Dzień czy dwa po maratonie, kiedy boleśnie złaziły mi dwa paznokcie, naiwaniały dwójki i łydki, już kombinowałam, jak spożytkować jesienną formę. Wymyśliłam sobie dyszkę, bo w tym roku, mimo szczerych chęci, ani się do żadnej dyszki porządnie nie przygotowałam, ani (w sumie nic dziwnego) żadnej porządnie nie pobiegłam. Co prawda cichutki głosik w mojej głowie marudził, że przecież miałam dosyć biegania, że obiecywałam odpoczynek, ale kto by go słuchał?
Na szczęście organizm wie, jak się upomnieć o swoje i, rozbisurmaniony 4-dniowym odpoczynkiem oraz bakcylami z przedszkola, załatwił mnie bez mydła - najpierw było zwykłe przeziębienie. Które po tygodniu przeobraziło się w zapalenie oskrzeli. Dostałam antybiotyk i z moich planów na dyszki zostało wielkie nic.
Nie biegałam przez 2,5 tygodnia i... nie przeżywałam tego jakoś szczególnie boleśnie. Co prawda od siedzenia i leżenia boli mnie kręgosłup, a od poprawiania sobie humoru jedzeniem, ledwo mieszczę się w parę spódnic (ha! nareszcie mogę ponarzekać, że coś jest na mnie za ciasne, a nie że spada z tyłka!), ale - co tam! Oskrzela wyleczone, maraton odespany i odjedzony - można myśleć o nowym sezonie.
Skoro o nowym sezonie mowa, to zrobiłam plany startowe na wiosnę. Zakładają one start w półmaratonie, start w maratonie oraz start... górski. W szczegółach widzę to tak:
3 kwietnia - Półmaraton Warszawski
Nobo - jak tu nie startować wiosną w Warszawie?! No jak? I to w ulubionej imprezie, w której wezmę udział po raz ósmy?
24 kwietnia - Orlen Maraton
Pomysł zakiełkował tej wiosny, gdy kursowaliśmy przy trasie jako dwuosobowy support Bartka, a następnie zaowocował, gdy pokonywałam kolejny podbieg w Poznaniu. Warszawa - stolica płaskiego Mazowsza - ma ten atut, że podbieg na maratonie może być jeden, ponieważ jakoś trzeba dostać się spod skarpy na skarpę. Po Lozannie i Poznaniu chce mi się nudnej trasy. Nie ukrywam, że za maratonem w Warszawie przemawiają również względy logistyczne. Oraz to, że mąż nie będzie biegł, co stwarza wiele możliwości w dziedzinie organizacji podawania odżywek.
22 maja - bieg z cyklu "Perły Małopolski" w Pienińskim Parku Narodowym
Mam ochotę na bieg górski, ale w wersji light, czyli niezbyt długi. Znalazłam sobie cykl Perły Małopolski, a w nim - bardzo pasujący mi termin na pokonanie 20,9 km w znajomym i bardzo lubianym miejscu, czyli w Szczawnicy. Nawet jeśli trasa będzie trudna (a w wiosennym błocku może być wesoło), to 20,9 km powinnam przeżyć.
Jeśli chodzi o plany czasowe:
Półmaraton - chciałabym rozprawić się z 1:40!
Maraton - 3:2x (nieśmiały x, żeby nie zapeszyć).
Bieg górski - bez planów, bez napinki.
Mam nadzieję, że tej zimy uda mi się przetrwać bez chorowania i że pod koniec maja rozpocznę roztrenowanie dobrowolne, a nie wymuszone.
I tak to.
1 komentarz:
Prześlij komentarz