W tym roku po raz pierwszy startowałam w Ekidenie bez Blogaczy, za to w barwach firmowych. Ze względu na to, że troszkę późno zorientowaliśmy się, że zapisy zaczęły się już jakiś czas wcześniej, nie było wyboru - zostawała druga tura w niedzielę (14:00). No dobra - może i będzie gorąco, ale przynajmniej nie trzeba zrywać się świtem.
Hehehe.
Komplikacje zaczęły się ze 2 tygodnie wcześniej, gdy dostaliśmy zaproszenie od mojej przyjaciółki na chrzest jej świeżutkiej jak majowa truskawka córeczki. Na 10 maja. Na 13.
Emmm...
Szybki kontakt z Fundacją Maratonu Warszawskiego - jak tylko coś się zwolni, na pewno Was przesuniemy. Jak obiecali, tak zrobili i wylądowaliśmy w pierwszej turze niedzielnej, czyli tej startującej o 9 rano.
Git.
Ironman został w domu z babcią, a my z mężem - wio na Szczęśliwice! Przyjeżdżamy, znajdujemy miejsce do parkowania, truchtamy w padającym deszczu do biura zawodów, mąż idzie na odprawę kapitanów, ja truchtam w padającym deszczu, spotykam męża, a on mi mówi (w padającym deszczu) tak "kochanie, nic się nie denerwuj - nie zabrałem numerów startowych, więc ty dostaniesz taki prowizoryczny, a ja szybciutko skoczę do domu".
Emmmm....
Rzeczywiście dostałam numer prowizoryczny, czyli wydrukowany ad hoc w biurze zawodów na kartce A4 i elegancko opatulony plastikową koszulką. Plus agrafki. Oddałam bluzę i pelerynę przeciwdeszczową koleżance, wzięłam pałeczkę i poszłam na start. W padającym deszczu. Na starcie spotkałam Przemka oraz dwóch kolegów. Nagle zrobiło się zamieszanie, wszyscy zaczęli iść, troszkę się z kolegą zacukaliśmy - przegapiliśmy strzał startera, czy co? Jednak chyba nie, bo starter wystrzelił chwilę później. Ruszamy i za chwilkę próbuję wyprzedzić lalę, która ustawia sobie play listę w smartfonie z takim zacięciem, jakby od tego zależało czyjeś życie. Lala orientuje się, że próbuję się przed nią wysforować, dostaję z łokcia i wypuszczam z ręki mokrą, więc śliską, pałeczkę.
Emmmm.....
Uwierzcie mi: podnoszenie pałeczki pośród nogami startujących biegaczy to nie bułka z masłem! Kiedy już ją podniosłam, okazało się, że znalazłam się w tłumie biegnącym nieco wolniej niż nawet zakładane przeze mnie spokojne tempo. Wyprzedzać nie było za bardzo jak, bo pierwsza pętla, licząca sobie 2195 m, prowadziła po wąskich i krętych ścieżynkach. Tak więc mój czas po tej pierwszej pętelce raczej nie powala (10:53).
Od drugiej pętli zrobiło się znacznie luźniej i zaczęło się konkretne wyprzedzanie oraz niespodzianki, np. niewysoka skarpka, po której wbiegało się wydeptaną trawą i która miała prawie 90 stopni kąta nachylenia. No, może nie 90, tylko 89,5, a przynajmniej tak to odczuwały moje nogi, gdy pokonałam ją dwa razy. Były i inne podbiegi, zakręty, kałuże (na szczęście w trakcie mojej zmiany przestał padać deszcz), ale, gdy już wyszłam z tłumu i zaczęłam sobie po prostu biec bez napinki, w sumie nie miało to najmniejszego znaczenia. Jakoś tak przyjemnie mi się biegło przez 5 km, przy trasie stało sporo znajomych, którym ogromnie dziękuję za doping, temperatura była idealna, na Szczęśliwicach wszystko kwitnie, więc po deszczu pięknie pachniało. Bardzo fajnie. Co prawda miałam mokre buty, mokre ciuchy i gila do pasa, ale to takie tam drobiazgi.
Oddałam pałeczkę koledze biegnącemu w drugiej zmianie, po czym pobiegłam za nim aż za linię mety, bo tak sobie zapamiętałam ze startów w Ekidenie na Kępie Potockiej.
Emmmm...
Mili ludzie za metą powiedzieli mi, że medale były wcześniej, więc przez trawnik, na przełaj, cofnęłam się po swój kawałek metalu na wstążce oraz przydziałową wodę i pobiegłam do samochodu, żeby się roztruchtać oraz przebrać w suche rzeczy. Czas? 34:22, więc, biorąc pod uwagę przygody na początku oraz to, że naprawdę, ale to naprawdę, szybkość nie jest aktualnie moim atutem (delikatnie mówiąc), nie łamię się.
Później działy się kolejne miłe rzeczy: okazało się, że mąż zdążył wrócić z numerami dla wszystkich, a nasza najmłodsza koleżanka, która dopiero co zaczęła biegać i startowała pierwszy raz w życiu w zawodach, prawie złamała 30 minut na 5 km!
No i tak to się dzisiaj działo.
EDIT: PS Dziękuję Kasi za pyszne ciasto i miłą pogawędkę :)
niedziela, 10 maja 2015
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
Ale na chrzest zdążyliście? ;-)
Bardzo fajny blog, dodałam go do mojej listy którą można znaleźć tutaj http://blogisportowe.blogspot.com/
Prześlij komentarz