W zawodach biegam stosunkowo rzadko, jednak czasem zdarza mi się kumulacja w jeden weekend. I tak, 13 czerwca wzięłam udział w Biegu Firmowym, a 14 - w Szybko po Woli.
W Biegu Firmowym wystartowałam po raz trzeci i po raz trzeci w sztafecie mieszanej - trzech chłopaków et moi. Po raz trzeci było bardzo gorąco i duszno. Po raz trzeci bardzo mi się podobało, choć bieganie w warunkach przypominających łaźnię parową (las) oraz grill (Polana Powsińska) nie należy do moich ulubionych rozrywek.
Rozgrzewkę miałam zapewnioną dzięki gigantycznemu korkowi ciągnącemu się prawie od Wilanowa do samego parkingu w Powsinie. Od Powsińskiej leciałam z Ironmanem na plecach, czując jak mój strój startowy robi się coraz bardziej mokry. Kiedy dotarłam do zagospodarowanego już przez męża i wcześniej przybyłych na miejsce zawodników kocyka pod parasolem i pomyślałam, że mam jeszcze się roztruchtać, zrobić przebieżki, a potem ruszyć z kopyta, ogarnęła mnie ochota na to, żeby dać drapaka w stronę metra Kabaty. Roztruchtanie było raczej symboliczne, przebieżek nie zdążyłam już zrobić, bo biegnący na pierwszej zmianie kolega mógł zjawić się w każdej chwili. Przypięłam numer startowy, poleciałam do strefy zmian (prawie przebieżka) i za parę minut pojawił się kolega, od którego przejęłam pałeczkę. Biegłam sobie przez duszny, ale miłosiernie zacieniony las, bez szaleństw, spokojnie, żeby się nie ugotować. Nagle - cojawidzę - rower z panem prowadzącym pierwszego zawodnika! Niestety nie załapałam się na to, żeby choć przez 5 sekund pobiec pierwsza, bo wyprzedził mnie pan z Accenture, potem pan z Citibanku, a potem jeszcze jeden pan. Pan, który do tej pory był pierwszy, został za nami, a pana z Citibanku spotkała przestroga od spacerowicza z kijkami "Uważaj, bo zawał dostaniesz". W międzyczasie zaczęła mi się przybliżać koszulka trzeciego wyprzedzającego i tak sobie wpadliśmy na Polanę Powsińską, na której żywiołowo dopingowała wolontariuszka (dziękuję), żywiołowo paliło słońce, a ja żywiołowo wyprzedziłam pana trzeciego wyprzedzającego i, ciężko dysząc, dogalopowałam do strefy zmian. Przyznam, że przez pierwsze 2-3 minuty po wyjściu z niej, miałam kolorowe migotki przed oczami, ale po kilku minutach w cieniu i wypitym litrze wody, wróciłam do normy.
Nasza drużyna zajęła 2 miejsce w sztafetach mieszanych, Ironman wystartował w Biegu Krasnala i dostał medal oraz maskotkę-myszkę, ja, jako 303 w kategorii open, wygrałam dwumiesięczny karnet do siłowni, nikt z nas nie dostał udaru słonecznego - popołudnie zaliczam do bardzo udanych.
No i brawa dla organizatorów za wyciągnięcie lekcji z zeszłorocznej katastrofy na Biegu Krasnala (50 czy 60 dzieci 2-6 lat na trasie, między nimi rodzice - trup słał się gęsto!) - tym razem puszczali najpierw 3-latki, potem 4-latki, potem 5-latki, i tak dalej. Dzięki temu dzieciaczki miały dużo miejsca i było po prostu bezpiecznie.
To była sobota, którą kontynuowałam pijąc hektolitry wody, żeby uzupełnić wszystko, co wypociłam podczas ponad 4-godzinnego pobytu w tropikach.
A w niedzielę - Szybko po Woli! Ostatni bieg klasyfikujący. Miałam biec po 4:45 - 4:50, żeby zrobić 10-kilometrowy drugi zakres, do którego trudno byłoby mi zmotywować się samej. No i (sorry za przynudzanie) naprawdę uwielbiam tę imprezę! Ogromnie mnie cieszy to, że w tym roku startuje więcej osób, biegi dziecięce są po prostu oblegane, przychodzą biegacze w różnych kategoriach wiekowych (do M75 włącznie) i prezentujący mocno zróżnicowany poziom biegowy. Organizacja jest na najwyższym poziomie, a atmosfera - nie mam słów!
Na starcie pogadałam z dwiema dziewczynami, pouśmiechaliśmy się z tymi, z którymi znamy się z poprzednich startów i ruszyłam. Ponieważ dziewczyny od razu wystrzeliły mocno, ja skorygowałam swoje tempo do 4:45 i biegłam do nawrotki. Tam, jak zwykle, nastąpiło lekkie spowolnienie, a za nią nieomal wpadłam na plecy dwóch biegaczy. Biegli tak, że trudno mi było się między nimi przecisnąć, więc stwierdziłam, że jakoś się tam za nimi dowiozę do szerszego kawałka. Noale rzut oka na Polara pokazał, że jesteśmy w okolicach 5:20 min/km. Zdecydowałam się na wyprzedzanie z lewej - w tym momencie wyprzedził mnie, lewą, trzeci biegacz. I zwolnił, kiedy znalazł się obok tych dwóch, których miałam wyprzedzać. Teraz już nie było mowy, żebym wyminęła zwarty mur męskich pleców inaczej niż trawnikiem. Obliczyłam odległość między nami i najbliższym drzewem i wyskoczyłam do przodu. Kilka susów - powinno już być ok - wróciłam na chodnik. Zrobiłam może ze 2 czy 3 kroki, gdy poczułam pod swoim kolanem czyjś but.
Nawet nie miałam szans na to, żeby utrzymać równowagę. Po prostu poleciałam do przodu na zbity pysk, asekurując się lewą ręką. No i - jebut. Zaliczyłam dzwon w miejscu, w którym na kostce bauma był rozsypany żwir z dochodzącej z boku ścieżki. Przez chwilę byłam w takim szoku, że nie wiedziałam, co się dzieje. Rozejrzałam się, żeby zobaczyć czyja noga mnie tak urządziła. Wszyscy biegną, a jeden z biegaczy do mnie woła coś w stylu "trzeba uważać i nie wbiegać pod nogi". Dla porządku narracji, nazwijmy go Mr Charming. Zatkało mnie. Podbiegła jakaś miła biegaczka, która pomogła mi wstać i zapytała, czy nic się nie stało, namówiła do dalszego biegu. Za Mr Charming wołali inni biegacze - że tak się nie robi, że kobieta, ale Mr Charming był twardy - wpadła mi pod nogi, to jej wina.
Dogoniłam Mr Charming, który, jak wychodzi z wyników, biegł docelowym tempem o ponad 10 sekund wolniejszym od mojego, i zdaje się, że zaczęłam z wysokiego C, tzn. od zwyzywania go od debili. Jałowa dyskusja, w której ja mu tłumaczyłam, że mnie podciął, że mi nie pomógł, że mnie nie przeprosił, a on - że weszłam mu pod nogi, że stanowię zagrożenie dla siebie i dla innych, że nie będzie mnie za nic przepraszał, bo nie ma za co, doprowadziła do tego, że pobiegłam do organizatora i powiedziałam mu, jakie zdarzenie miało miejsce, a następnie pokuśtykałam do karetki. Kiedy uroczy ratownicy medyczni usadzili mnie, żeby coś zrobić z moimi poharatanymi i obitymi kończynami, poryczałam się. Z bólu, z żalu za utratą podium w kategorii, z poczucia bezradności wobec muru - nie wiem czego: tchórzostwa? chamstwa? Chlipałam sobie, a ratownik medyczny lał hojnie octanisept, zmywał piach, żwir, przyklejał kolejne plastry, chłodził lodem w szpreju, pocieszał. Potem zdjęłam numer startowy i usiadłam przy trasie. Tak sobie siedziałam, dopóki nie nadbiegł mąż, który mnie zdopingował do ukończenia biegu. Najpierw szliśmy - ja tak więcej kuśtyk, kuśtyk, bo bolało mnie rozwalone kolano. Potem truchtaliśmy. Potem pokazałam mężowi Mr Charming, któremu mąż nawrzucał od damskich bokserów. Potem już pobiegłam, ale niezbyt szybko, bo bolało kolano, łokieć, biodro. Inni zawodnicy dopingowali mi na trasie, co było strasznie miłe. Ukończyłam bieg z czasem 1:04. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak szczęśliwa z samego faktu ukończenia biegu! Chyba na Maratonie Gór Stołowych.
Po biegu znów zaczęła się dyskusja z Mr Charming - zaczęła się od tego, że Mr Charming oskarżył męża o to, że "startuje do niego z łapami". Przyszli biegacze, którzy widzieli całe zajście. Wszyscy tłumaczyli nieszczęsnemu, że może i rzeczywiście wskoczyłam mu pod nogi, ale on zachował się nieelegancko - nie zatrzymał się, opieprzył. Mr Charming utrzymywał, że on mnie nie opieprzył - to ja na niego nabluzgałam. A poza tym nie wzięłam pod uwagę tego, że on się czuł ZAGROŻONY (facet dwa razy ode mnie większy) i bał się, że sam upadnie. Ale to ja upadłam - to ja mam rozwalone lewe kolano, lewy łokieć, poharatane lewe udo, zbite i rozwalone lewe biodro, poorane ręce! Mr Charming był twardy - przykro mi, to nie moja wina, pani sama potknęła się o moją nogę, sama pani powiedziała, że wskoczyła na trasę. Szkoda, że Mr Charming nie przyznał się, że musiał przyspieszyć, kiedy zobaczył, że go wyprzedzam i że wcześniej mnie przyblokował. Na koniec zapytał żałosnym głosem, dlaczego chcę go zrównać z ziemią i dlaczego chodzę i opowiadam o nim straszne rzeczy, bo on tu już drugi rok na te zawody przyjeżdża, a teraz będzie się wstydził tu pokazać. Odparłam, że na jego miejscu też bym się wstydziła i żeby może zabrał ten swój wstyd do gabinetu psychologicznego i zaczął nad sobą pracować.
I tak się pożegnaliśmy.
Straciłam podium w kategorii, mam jeszcze dziś poczucie strasznego niesmaku po incydencie z Mr Charming i w sumie nigdy chyba nie zrozumiem, dlaczego zachował się tak, jak się zachował.
Trudno.
Ale, z lepszych wiadomości - jeżeli chcielibyście, żeby biegi z cyklu Szybko po Woli były w 2016 roku darmowe oraz, żeby w 3 parkach na Woli odbywały się darmowe treningi przygotowujące do zawodów, można oddać swój głos w głosowaniu na projekt w ramach budżetu partycypacyjnego. Głosowanie odbywa się w dniach 16 - 26 czerwca, a poniżej wklejam stosowny link:
Głosuj na Szybko po Woli
Tymczasem dzisiaj korzystam z dnia wolnego od biegania i czule proszę swoje kolano, biodro i łokieć, żeby przestały boleć, bo jutro już bardzo chciałabym wyjść na trening!
poniedziałek, 15 czerwca 2015
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz