wtorek, 31 marca 2015

7 x 1/2

W sobotę policzyłam na palcach, który raz wystartuję w Półmaratonie Warszawskim. Pierwszy raz - 2009, potem: 2010, 2011, 2012, 2013 (niezapomniany: mróz, złamany palec i życiówka), 2014, czyli, jakby nie liczyć, pobiegnę po raz siódmy. Jej...

Miałam nie biec. Zimą niby trenowałam, ale wypadło dużo dziur w planie, poza tym nastawiłam się na pierwsze półrocze z dyszkami i piątkami. Nie robiłam żadnych dłuższych biegów (nie wiem, może raz pobiegłam powyżej 15 km) i żyłam sobie w błogim spokoju. Ale potem zdarzyły się różne rzeczy: wyłączono z ruchu Most Łazienkowski, co spowodowało konieczność zmiany trasy Półmaratonu, aby nie blokować przez większość dnia Mostu Poniatowskiego, który przejął na siebie dużą część ruchu samochodowego i autobusowego. Kiedy zobaczyłam tę nową trasę, aż westchnęłam z podziwu - bez kluczenia po wąskich uliczkach Powiśla i znajdujących się na nich "leżących policjantach", bez Agrykoli, bez przebiegania przez Łazienki, które są bardzo ładne, ale miejsca w nich trochę przymało na ponad 10 tys. biegaczy, bez dziwnych pomysłów typu przebieganie przez teren Cytadeli. Tylko po co biec połówkę, skoro nie jest się do niej przygotowaną?

Później wydarzyła się druga rzecz. Około tygodnia przed biegiem, trener zainteresował się, czy startujemy. Emmm, nieeee. To startujcie. Zapisałam się. Miałam prowadzić znajomego, który celował w wynik 1:48 - 1:45. Pomyślałam, że zrobię sobie łagodny BNP. Tylko jakoś zaraz później Ava napisała na FB, że ma biec na 1:42 i szuka zająca / towarzystwa. Zapytałam trenera, czy mam biec po 4:50, czy trzymać się planu łagodnego BNP. Trener bardzo się ucieszył i powiedział: 4:50, tylko zacznij sobie kilka sekund spokojniej.

Dolo, moja dolo.

W sobotę odebraliśmy pakiety - wszystko, jak zwykle na imprezach FMW, zorganizowane na najwyższym poziomie, tzn. żadnych kolejek, stania, przepychania się, czy burczących wolontariuszy. Kupiłam jeszcze żele ALE, które po amatorsku postanowiłam przetestować na trasie półmaratonu, pokręciliśmy się po expo i resztę dnia spędziliśmy na dopychaniu kalorii, a także podrzuciliśmy torbę z rzeczami na przebranie i kosmetykami do przyjaciół, którzy po półmaratonie zorganizowali miłe towarzyskie spotkanie u siebie w domu.

Rano, jak to rano - prysznic na pobudkę, lekkie śniadanie (rytualna jaglanko-owsianka) + cienka herbata, nerwy przedstartowe. O 8:45 nerwy wzrosły, ponieważ od 15 minut czekaliśmy na opiekunkę Ironmana. Dziewczynę, która nigdy się nie spóźnia, a jeśli zdarzy jej się obsuwa 3-minutowa, uprzedza o tym sms-em (ideał, do którego dążę od prawie 40 lat). Tuż przed 9 dostaliśmy sms-a - "przepraszam, nie przestawiłam zegarka - o której biegniecie???". Rozpakowaliśmy worki z rzeczami do oddania do depozytu i ubraliśmy się w stare polary + najbardziej złachane czapki, żeby zostawić je przy starcie, bo na fanaberie typu przebieranie i zostawianie rzeczy w depozycie nie będziemy mieli czasu. Opiekunka dotarła o 9:15, a my wybiegliśmy z domu i pokłusowaliśmy na start, zaliczając jednocześnie rozgrzewkę. O 9:45 spotkaliśmy się z Avą, Agnieszką i Przemkiem - Blogaczami, z którymi mieliśmy biec po 4:50. Przywiązaliśmy nasze wysłużone polary do kraty przy Zachęcie, mąż ustawił się w szybszej strefie, zabrzmiał "Sen o Warszawie" i ruszyliśmy.

Pierwsze dwa kilometry - słodkiboziu... Tempo w okolicach 5:10, jeśli nie wolniej, bo na trasie tłok niemożebny. To był najsłabszy punkt w organizacji - 13 tys. biegaczy warto było puścić falami, tak, jak zrobił to organizator 3 lata wcześniej, przy mniejszej ilości uczestników. Biegło się wtedy naprawdę luksusowo.

Na 3 km lekko przyspieszamy, ale tempo nadal wyższe niż 4:50. Dopiero od 4 km zaczął się bieg po tyle, ile trzeba. Na 5 km rozdzieliliśmy się - Agnieszka pobiegła bez picia, Avę gdzieś zgubiłam, Przemka też, a sama popełniłam błąd dnia - zamiast wody wypiłam trochę izotoniku. Już po 200 metrach poczułam ból w żołądku, a przez następne 5 km walczyłam z chęcią puszczenia pawia. To było tak męczące, że zaczęłam planować sobie, że wsiądę w metro na stacji Politechnika i na numer startowy dojadę do domu. Potem zawarłam z sobą umowę: jeśli w okolicach stacji będzie stała moja przyjaciółka z rodziną, pobiegnę dalej. Jeśli nie - zbiegam do metra. Nie wiem, co to miało mieć wspólnego z męczącym mnie rzygiem, ale wtedy wydawało mi się bardzo logiczne. Na 10 km otworzyłam tubkę z żelem i ledwo zmogłam połowę zawartości. To smakowało jak posłodzone mydło w płynie - obrzydlistwo! Na szczęście niedaleko były stoły z piciem. Pierwszy stół - pusty, drugi - dzieciaki w popłochu wyciągają kubki i baniaki z wodą. Dopiero kawałek dalej udało mi się porwać ze stołu kubek z wodą. Zwolniłam na jakieś 10-15 m, napiłam się i pobiegłam dalej, wyrzucając pusty kubek i niedopity żel. Ble.

Metro Politechnika. Skręcam na Trasę Łazienkowską i widzę moją przyjaciółkę z dzieciakami. Tak się ucieszyłam na ich widok, że się rzuciłam przyjaciółce na szyję i ucałowałam ją. Dobrze, że mnie wypchnęła z powrotem na trasę, bo mogłam już tak zostać, czyli uwieszona jej szyi. Niemniej, ich obecność i doping dały mi tyle energii, że po raz pierwszy zaczęłam cieszyć się biegiem. Przelot po Trasie Łazienkowskiej - sama przyjemność! Niestety na ślimaku, który schodził do Wisłostrady zrobiło się bardzo ciasno, a w dodatku nadbiegł zając z grupą na 1:40 (nie pytajcie, jak to możliwe i po ile biegli wcześniej oraz po ile nadrabiali - wolę sobie tego nie wyobrażać), więc znowu zwolniłam. Na Wisłostradzie wróciłam do swojego tempa i biegłam, biegłam, biegłam. Super było. Tunel. Za nim szpaler kibiców, m.in. Asia - kolejna Blogaczka - z córeczką. I kolejna dawka pozytywnej energii! Już niedaleko do mety.

Niestety po minięciu znacznika 18 km rozpoczęły się dwa słabe momenty - ponad kilometrowy podbieg oraz czerwone światełko rezerwy paliwa. Pół żelu i pozytywna energia, to jednak trochę mało. No ale dobra - już niedaleko, więc: byle do przodu. Na podbiegu stał kolega z synem - dostałam znowu gorący doping, który poderwał mnie do walki z narastającym zmęczeniem i uruchomił ukryte głęboko resztki energii. Miodowa - kostka brukowa powinna być zakazana. Auć, auć, auć. Biegnę niesiona okrzykami kibiców i, ku swojemu zdziwieniu, przyspieszam, choć nie wiem, jakim cudem. Obok kina Kultura stoi kolejny kolega i woła "Hania, dawaj!" - podobno uśmiechnęłam się i pomachałam, ale już tego nie pamiętam. Skręt w prawo - ciasno, więc ociupinkę zwalniam i jeszcze raz w prawo. Jeden wielki krzyk, doping, widzę metę - Boże, jak się cieszę, że wystartowałam, że pobiegłam! Ten finisz jest po prostu niezapomniany! Wreszcie meta. Oczywiście, zapominam wyłączyć od razu Polara, więc nawet nie wiem, z jakim czasem przybiegłam, ale szacuję, że między 1:43:30 a 1:44. Słabiej od życiówki, ale nie na życiówkę biegłam. Spotykam męża (życiówka), Agnieszkę (życiówka), różnych znajomych.

Taka jestem zadowolona, że pobiegłam, że mnie nie podkusiło, żeby szaleć, a z drugiej strony - żeby odpuścić. Trener też zadowolony. A w dodatku, kiedy przyszliśmy zmarznięci pod Zachętę, nasze polary i czapki czekały na nas tak, jak je zostawiliśmy. Ochroniarz z Zachęty, który palił obok papierosa, nie mógł wyjść z podziwu, że ludzie tacy uczciwi. No pewnie - w końcu to był Warszawski Dzień!

PS1 Czas 1:43:35, co dało mi 3 miejsce w kategorii branżowej!
PS2 Ani śladu zakwasów, dziś robiłam już skipy i setki :)

3 komentarze:

matka biega pisze...

Nieprawda - korzystałam z punktu z wodą :) Ominęłam tylko ostatni, na 20 km. Tylko ja kubek z piciem brałam na samym końcu punktu

Czmielu pisze...

Fajny blog, ciekawa relacja :) Gratuluję dobrego wyniku mimo tych trudności na trasie. Po przeczytaniu tego wpisu wprost nie mogę się doczekać startu w OWM 26 kwietnia.

Hankaskakanka pisze...

@Tomasz Wiktorowicz, powodzenia w OWM :)