niedziela, 5 października 2014

...i wtem

...zmieniłam jednorazowo zdanie.

Nobotak - zadeklarowałam się po nieciekawych doświadczeniach z zeszłorocznej edycji Biegnij Warszawo oraz po tegorocznej dyszce w ramach Orlen Marathon, że nigdy więcej biegów masowych, czyli takich dla -nastu tysięcy biegaczy. Bo tłok, bo trudno trzymać tempo, bo nawet treningu nie da się w tych warunkach zrobić. Wszystko to już było, więc nie będę się powtarzać.

I tak sobie trwałam w tym postanowieniu aż do czwartku, kiedy wydarzyły się dwie rzeczy. Kurier przyniósł mi pakiet startowy na Biegnij Warszawo, a trener zapytał, czy biegnę. Nie, nie biegnę, bo - patrz akapit pierwszy. Noale trener tak namawiał i tak przekonywał, że zaczęłam się łamać. W sobotę dowiedziałam się, że będę mogła startować ze strefy fał-i-pe, co samo w sobie jest średnio podniecające (nie, nie mam żadnej samogrzmotki z celebrytą / celebrytką, zresztą nie umiałabym ich rozpoznać), ale ujęło z wątpliwości startowych jedną przeszkodę - tłok na starcie, co oznacza brak nerwów i łokciowania. Jeja... Nodobra, tylko krowa nie zmienia poglądów - biegnę. Mąż też się zapalił do pomysłu i pojechał wykupić pakiet dla siebie.

Jakoś niezbyt się tym startem denerwowałam. Najwięcej emocji przysporzyło mi szukanie tojtojki z najmniejszą kolejką. Niestety, jak na bieg, w którym ponoć startowało ponad 10 tys. osób, błękitnych chatek było zaskakująco mało. Przed startem, jak to przed startem, konferansjer przekonywał wszystkich, że są fantastyczni i że dadzą radę oraz namawiał, żeby ładnie uśmiechnąć się do telewizji. Ja byłam skupiona na smarkaniu nosa.

Ruszyliśmy. Joj, rzeczywiście - start ze strefy pod szczególnym nadzorem jest luksusowy, tzn. można od razu ruszyć w swoim tempie i nie martwić się o wpadanie na plecy osób, które bieg kończą 100 m za linią startu. Biegłam więc i biegłam aż dobiegłam do ul. Goworka, na której jest podbieg. Tam pokonwersowałam chwilkę z miłym kolegą. Oraz, co tu dużo kryć, zwolniłam nieco. Podbieg zdawał się nie mieć końca. Przyszło mi za niego zapłacić spadkiem mocy w Alejach Ujazdowskich. Pozbierałam się w połowie Pięknej i już całkiem raźno pobiegłam Marszałkowską, Alejami Jerozolimskimi. Na Rondzie de Gaulle'a przycisnęłam. Nie pamiętam nic Placu Trzech Krzyży, z Alej Ujazdowskich oraz okolic Sejmu. Wróć - pamiętam flagę z napisem 9 km. Rzut oka w stronę Polara - kolejny kilometr, od 8 poczynając, który się organizatorom rozrósł o kilkadziesiąt - 100 metrów. No nic. Zbieg Górnośląską i Myśliwiecką - tam nie ma co kombinować, tylko trzeba sprawnie przebierać nogami. Rzucam okiem na Polara - złamię te 45 minut, czy nie? Zostało 400 metrów i powinnam przybiec poniżej 45 minut z dużym zapasem. Byle nie zwalniać. Piiiiik - 10 km stuknęło ponad 300 metrów przed metą. Noooonieeee... Parę sekund załamki, na szczęście przezwyciężonej błyskawicznie, i poprułam do mety po życiówkę: 45:19.

Szczęście!

Natomiast, jeśli chodzi o wrażenia organizacyjne to:

Po stronie plusów - fajna widokowo trasa, stało przy niej nawet sporo kibiców. Na mecie dostawało się wodę, izotonik, medal. Obsługa depozytów działała sprawnie. Torba do depozytu - zaskakująca, do wykorzystania np. na samochodziki albo książeczki Ironmana, zabierane w podróż samochodową.

Po stronie minusów - dlaczego taka strasznie brzydka koszulka?? Nie chodzi mi nawet o kolor, tylko o ufajdanie jej logo tego sponsora, śmego sponsora. Koszulki z poprzednich edycji, zwłaszcza tej z 2013 roku, były ładne i pomysłowe. Co się stało w tym roku? O mikrej ilości toitoiek już pisałam. Oznaczenie kilometrów - naprawdę, nie tylko mój Polar pokazywał, że ostatnie 3 kilometry liczone były hojnym gestem. Że nie wspomnę o tym, że trasa nie miała 10 km - była dłuższa.

W tym roku nie zmagałam się z przepychankami na starcie, więc nie mogę powiedzieć, czy było lepiej, czy nie, ale zdanie co do startów "masowych" zmieniłam jednorazowo. Z przyjemnością pobiegnę za tydzień w kameralnym Szybko po Woli, a i wybrany na listopad maraton, biorąc pod uwagę nadany mi numer startowy, raczej NIE zalicza się do pierwszej 20-tki największych maratonów w Europie. I dobrze.

3 komentarze:

Paweł / Poezjabiegania pisze...

Część trasy biegłem obok Ciebie, później - chyba na tym podbiegu - udało mi się uciec :) U mnie Garmin policzył 370 metrów więcej, co przekładając na moje tempo daje jakieś 90 sekund dodatkowych. Szkoda.

Adam pisze...

Orientujesz się może ile dłuższa? Mi Garmin przeważnie pokazuje dystans +1%, tu było +2,5%.
Jeśli chodzi o tłok w części ogólnodostępnej było lepiej niż poprawnie - pierwszy kilometr można było lecieć spokojnie poniżej 4:30 - oczywiście z lekkim slalomem, ale bez tragedii.

Hankaskakanka pisze...

@Paweł, szkoda, że nie klepnąłeś w plecy alboco :) Po Goworka miałam kryzys przez całe Al. Ujazdowskie ;)
@Adam, tak - dokładnie o 270 m. Znam kogoś, kto w zeszłym roku zadał sobie trud i zmierzył calutką trasę przy pomocy koła policyjnego, ścinając maksymalnie zakręty. Mój Polar, włączony 12 sek po starcie, pokazał prawie 300 metrów naddatku. Męża Garmin - ponad 300.