Niestety nie mogłam pobiec, bo w czwartek przyplątało się do mnie jakieś wirusisko. Akurat miałam umówioną wizytę u pana dr, żeby dostać zaświadczenie o zdolności maratońskiej, wymagane przez kochających papierologię stosowaną Włochów (w Trieście obsługa biura zawodów wrzuciła cenny kwit do jakiegoś pojemnika, nawet nie zwracając uwagi na zawartość). Pan dr mnie obejrzał, osłuchał, po raz kolejny zapytał "Jak pani żyje?" po zmierzeniu ciśnienia (92/56, czyli lepiej niż parę miesięcy temu, kiedy przyszłam po skierowanie na badania i wyszło piękne 88/55) i wystawił kwitek. Oraz stwierdził, że mam zaczerwienione gardło, więc dał coś na wzmocnienie odporności, kazał dużo pić, mało mówić (zabawne - jak to wytłumaczyć świrującemu z nudów Ironmanowi, który wychodzi z ospy, więc nie chodzi do przedszkola, zatem domaga się rozrywek domowych?), a następnie życzył mi udanego startu.
W piątek było trochę lepiej, a wczoraj beznadziejnie - zaniemówiłam. Więc na Szybko po Woli pojechałam, żeby pokibicować (przez klaskanie, a nie odgłosy paszczą) oraz odebrać pamiątkowy medal. Kibicowanie podobało mi się niezmiernie (jak zawsze). Jeszcze bardziej podobało mi się to, że stanęłam na podium w swojej kategorii wiekowej, zajmując 3 miejsce. Dostałam 3 kg soli Salco o zapachu lawendowym (podobno będę dzięki niej zregenerowana i zrelaksowana) oraz medal z wygrawerowanym nazwiskiem, miejscem w kategorii oraz czasami z czterech biegów, w których wzięłam udział. Smutno mi trochę, że dziś nie biegłam, ale muszę skupić się na tym, że za 4 tygodnie, jeśli już nie przydarzy się nic niespodziewanego, wystartuję w maratonie. I nie chcę / nie mogę jakiegoś tam sobie przeziębienia zamienić na coś gorszego. Bo bardzo, ale to bardzobardzobardzo, chcę 9 listopada pobiec jak najładniej. Albo w ogóle - po prostu pobiec.
No i tak właśnie jestem w fazie przejściowej - po startach na 10 km, na 5 km, z niezaspokojoną żądzą porządnego startu na dłuższym dystansie, niepewna, czy tego dopnę w tym roku. I jakośtak.
To chyba wskoczę do tej soli lawendowej.
Dekoracja
Trofea


1 komentarz:
Fajnie było widzę, ja bardzo chciałem się pojawić, no ale niedzielne bieganie bardzo mi nie pasuje (niedzielna "kawa" w kościele jak to ostatnio modnie jest mówić). No więc w sobotę zrobiłem sobie sam test na 10km na Agrykoli bo miałem w planie treningowym więc trzeba było.
Powodzenia u makaroniarzy, na pewno już się przyzwyczaiłaś do ichniego podejścia do dokumentów i życia w ogóle :) więc nie ma się co przejmować zgubionym dokumentem u nich. I tak koniec końców się okazuje że można przyjść bez żadnych dokumentów i i tak można biec :))) A my i tak przyjeżdżamy zawsze z kompletem dokumentów :)
Prześlij komentarz