niedziela, 28 września 2014

Jesienne porządki

Pobiłam rekord absencji na blogu. Powód był dosyć prosty - tyle się działo w moim życiu niebiegowym, że nie wystarczało mi energii ani inwencji na blogowanie. Kilka razy zabierałam się za pisanie np. o naszych wysokogórskich wakacjach, o rosnącej formie, o różnych różnościach. Ale nic z tego nie wychodziło, bo po chwili dochodziłam do wniosku, że pisze mi się źle, ciężko i koślawo. A z pisaniem jak z bieganiem - jeśli boli, lepiej odpuścić, odpocząć.

Co z moim bieganiem? Ano raz lepiej, a nawet fantastycznie, a raz gorzej, a nawet beznadziejnie. Kumulacja wszystkich stresów z ostatnich miesięcy dokopała mi mocno. Wewnętrzna bateryjka zaczęła świecić na czerwono, ale jeszcze przez jakiś czas lekceważyłam ją i myślałam, że dociągnę do maratonu, a potem jakoś to będzie. I dalej żyłowałam się na wszystkich frontach. No i skończyło się to tak:

Po fatalnym starcie na 10 km w Szybko po Woli (za chwilę szczegóły) 14.09, Maestro zakazał mi biegania na kilka dni. Bo na Woli po 2,5 km, które biegłam lekko i przyjemnie po 4:30 min/km, nagle dopadły mnie fale gorąca, zawroty głowy i ból pod kolanem, a do tego wszystkiego jeszcze przez kilometr biegłam walcząc z przemożną ochotą puszczenia pawia. Oraz chęcią lutnięcia biegaczce, która jechała od początku na moich plecach (była bardzo miła, bardzo ładnie biegła i w ogóle nic do niej nie mam, ale wtedy pałałam żądzą mordu). Po 3,5 km zeszłam na trawnik i stałam, trzymając się za kolano oraz modląc "żeby tylko nie rzygnąć, żeby tylko nie rzygnąć". A nade mną stał mąż, który mnie opieprzał, że odstawiam szopki. Tak się na niego wkurzyłam, że zaczęłam truchtać i truchtałam po 5:00-5:10 przez kilometr czy półtora. Mąż nadal się na mnie darł, ja darłam się na niego, żeby biegł i mnie zostawił w spokoju - wzór małżeńskiej harmonii. W końcu, po 5 km, zaczęłam przyspieszać i przyspieszałam równo do samego końca. Za metą (48:09, co dało mi 5 miejsce w generalce kobiet) rymnęłam twarzą na trawę i nie ruszałam się przez dłuższy czas. Czułam się ugotowana gorącem, w brzuchu miałam kamień, cały czas było mi niedobrze. Tyle, że kolano już w ogóle nie bolało. Potem ochlapałam się zimną wodą ze studni oligoceńskiej, a wtedy życie zaczęło do mnie wracać. Ale po zjedzeniu obiadu dostałam potwornego bólu głowy, który trwał dopóki nie poszłam spać przed 9 wieczorem. Spałam jak kamień przez prawie 11 godzin - chyba nawet Ironman obudził się przede mną.

W poniedziałek wstałam z... kacem. Pojechałam na stadion, żeby zrobić trening. Całe szczęście, że na stadionie był Maestro - kiedy zobaczył moje bieganie, kazał mi natychmiast przerwać trening i odpocząć. Oraz, jak już pisałam wyżej, nie biegać przez kilka dni. Najlepiej nie myśleć w ogóle o bieganiu.

Ale jak to możliwe, skoro trwa sezon na jesienne maratony, mnie w głowie brzęczy "Sen o Warszawie", fejsbuczek pęka od postów znajomych, relacjonujących stan przygotowań, życiówki z biegów kontrolnych... Noiwogóle miało być tak pięknie?

Odpoczęłam, wyszłam na małe roztruchtanie - bardzo przyjemne i dodające otuchy. 21.09 znowu stanęłam na linii startu Szybko po Woli i... znowu do bani. W dodatku pokłóciłam się z mężem, któremu na moim wyniku zależało chyba bardziej niż mnie - poganiał, pokrzykiwał, a ja chciałam mieć święty spokój, żeby wreszcie w ogóle zmusić się do biegu. Skończyłam z czasem 47:04 i mocnym postanowieniem: "Nie startuję w Maratonie Warszawskim". Tle dobrego, że tym razem obyło się bez bólu głowy i kaca.

Od wtorku, od kiedy zrobiłam szybkie 150-metrowe podbiegi na Agrykoli, poczułam coś w rodzaju powrotu energii. Może nie w jakichś szalonych ilościach, ale coś się ruszyło w moim nieco sponiewieranym organizmie. A Maestro kazał zapisać się na Bieg na Piątkę. Dzięki uprzejmości i elastyczności Fundacji Maraton Warszawski oraz pomocy pewnej niezrównanej Blogaczki (mryg-mryg), udało się załatwić mailowo przepisanie pakietu maratońskiego na pakiet piątkowy. Odebrałam go w, nota bene, piątkowy wieczór. Jak zwykle w FMW: sprawnie, miło i przyjemnie. Expo maratońskie biło na głowę wszystkie, które do tej pory widziałam. Wstąpiło we mnie przyjemne oczekiwanie i podniecenie przed niedzielnym startem. Miałam sobie biec w miarę spokojnie, jeśli się uda to na 22:30.

I z takim nastawieniem przyjechałam dziś na Stadion Narodowy. Wszystko zorganizowane jak w szwajcarskim zegarku - depozyty, WC-chatki, oznakowanie. Niestety na starcie nie było tak różowo, bo ludzie poustawiali się, jak chcieli. Głupio zrobiłam - zamiast iść za mężem mocno do przodu, zostałam tak, jak wydawało mi się, że będzie przyzwoicie. Co prawda, rozejrzawszy się dokoła, stwierdziłam, że bez mocy w łokciach się nie obejdzie, ale ludzie byli już mocno ścieśnieni (przecież wszyscy chcieli stanąć jak najbliżej początku), a do startu zostało mało czasu. No i przez pierwsze 500 metrów przepychałam się na chama: tratując, łokciując, mamrocąc nieprzyjazne inwektywy, gdy po 150 m dwie damy po prostu zatrzymały się w miejscu i przeszły do marszu. Ale, kiedy już wybiłam się na wolną przestrzeń, ostro przyspieszyłam, żeby nadrobić straty. Zwolniłam na zawrotce wokół palmy, gdyż tam zrobił się niewielki korek - wszyscy chcieli biec po wewnętrznej i zwalniali. Po zawrotce dałam już w długą i biegłam średnio po 4:15-4:17 aż do zakrętu do bramy prowadzącej na Stadion Narodowy. Tam zostałam podcięta przez jakiegoś uroczego pana, który nawet nie przeprosił. Wybiło mnie to na chwilkę z rytmu i spowodowało wewnętrzną telepkę od wyrzutu adrenaliny. Pozbierałam się po paruset metrach na sam finisz, który zrobiłam po 3:40 i wpadłam na metę z czasem 22:10. Co prawda przez chwilę złapałam nadzieję na poprawienie życiówki (22:06), ale i tak jestem ogromnie zadowolona, bo to mój najlepszy wynik na 5 km od ponad 2 lat! Bez treningów do "piątki", z ogólnym spadkiem mocy i motywacji.

A potem polecieliśmy z mężem na drugą część niedzielnej zabawy, czyli tradycyjne kibicowanie w Alejach Ujazdowskich. Przez 2,5 godziny wydzieraliśmy się, klaskaliśmy i podziwialiśmy wszystkich tych, którzy dzisiaj walczyli ze zmęczeniem, dopiekającym słońcem i rosnącą temperaturą. Byli niesamowici!

Zmotywowałam się do późnojesiennego maratonu. I do wskrzeszenia bloga :)

5 komentarzy:

Aniaha pisze...

Wypatrując kolejnego wpisu, przecierałam oczy ze zdumienia ;)
Dobrze, że wena wróciła. Na bieganie i pisanie.

Ava pisze...

Fajnie, że znów można Cię poczytać :) Będzie dobrze Haniu! Czuję że jeszcze o jakimś fajnym bieganiu jeszcze tej jesieni u Ciebie poczytam.
ps. finisz w 3:40? o żesz Ty!

drproctor pisze...

Dobrze, że nadal tu jesteś :-D A zdradzasz, gdzie ten późnojesienny maraton (bo zapewne jednak nie Poznań)? Może na Nocną Ściemę się skusisz? Tam to dopiero można życiówkę wykręcić ;-)

Hankaskakanka pisze...

@Aniaha, mam nadzieję, że na dłużej wróciła ;)
@Ava, jakoś samo niosło na stadionie :)
@DrP, niestety Poznań jest za wcześnie i jeszcze w tę samą niedzielę, co ostatni bieg Szybko Po Woli, na którym będzie wręczenie nagród i chyba stanę na pudle ;)

marek3420 pisze...

uff, nareszcie. Mariusz CH