Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że ze mnie mięczak, bo nie lubię ani dużych mrozów ani dużych upałów i (uwaga - będzie wyznanie) myślę, że jedne i drugie przeszkadzają mi w bieganiu. Przykro mi - nie powtórzę żadnych chwytliwych haseł typu "na bieganie nie ma złej pogody". Kto nie chce dalej czytać, bo szuka motywacji do wstania o 4 rano, żeby zdążyć z treningiem przed najgorszym żarem lub chciałby dowiedzieć się, ile lodu włożyć do czapki, żeby biec szybko mimo 50 stopni w słońcu - przepraszam! Nie tutaj. Choć czasem warto się upiec (byle nie na amen) i o tym będzie ten post.
Najpierw był tydzień w stronach komisarza Montalbano, w których klimat zwariował. Mieliśmy i burzę, podczas której temperatura spadła o ponad 10 stopni w kilka minut. Mieliśmy 2 dni rześkiego wiatru od morza (na tyle rześkiego, że w piątkowy wieczór chodziliśmy w bluzach z kapturami). Mieliśmy również scirocco, niosące ze sobą pył z burzy pustynnej gdzieś, hen, ponoć nad Iranem. Urywało łeb, a skóra i włosy pokryte były rudawym pudrem. Puder zgrzytał w zębach, zatrzymywał się w stronach książki, którą trzeba było trzymać bardzo mocno, żeby nie odfrunęła daleko, daleko. Noale biegało się przyjemnie, bo upał nie dokuczał, a trasa biegowa z widokiem na gaje cytrusowe i oliwne, gospodarstwa, pierdolniki przydrożne oraz stada kóz i owiec, jak zawsze zaczynająca się 3-kilometrowym podbiegiem, była nieodmiennie urocza. Szkoda tylko, że domy, których budowa rozpoczęła się 2 lata temu, stoją nadal nieukończone, na kolejnych chałupach lub płotach wiszą tabliczki agencji nieruchomości, a autochtoni ciągle mówią, że wieś umarła, wsi nie ma.
Wracając do upału - ten napadł na mnie już w czwartek, gdy przyjechałam na Agrykolę odrobić 600-metrówki. Słońce prażyło bez litości, więc część każdej przerwy spędzałam stojąc w cieniu i popijając izotonik, ale biegało mi się nieprawdopodobnie dobrze. Ponieważ czas już ogarnąć się na serio z treningami pod Maraton Warszawski, Maestro postanowił zdobyć dane wyjściowe i zmierzył mi poziom kwasu mlekowego po takim mocnym treningu. Jakieś śmiesznie małe wartości wyszły, co wprawiło mnie w szampański humor.
Następnego dnia wiele osób martwiło się ochłodzeniem i deszczem, a mnie w to graj, bo wieczorem chciałam zrobić regeneracyjne pętelki i nie czekać z nimi do 23. Warunki do biegania były wspaniałe.
I na tym wspaniałości się skończyły. Kiedy w sobotę przyjechaliśmy przed 11 do Lasu Kabackiego, żeby wziąć udział w Biegu Firmowym, było dosyć tak więcej ekhm. W słońcu gorąco, w lesie duszno jak w tropikach. Do tego błoto, komary i meszki. Dobra nasza - na komary i meszki spryskaliśmy się offami, a z resztą jakoś trzeba było sobie poradzić.
Ruszyłam jako druga w sztafecie, od razu zaliczając zdarzenie z gatunku - "E?". Jeszcze w strefie zmian trafiłam na panią, która goniła zawodnika z pierwszej zmiany, który, z kolei, nie zauważył jej i gdzieś poleciał z pałeczką. Pani wleciała mi pod nogi, zepchnęła mnie z trasy i w amoku goniła kolegę. Zestresowałam się. Potem było lekko pod górkę, zakręt, zaczęło się błoto. I duszno było okropnie, chociaż przynajmniej nie prażyło słońce. Biegłam sobie - ot, tak, byle nie za szybko, ale i tak dyszałam jak miech kowalski, a moje buty od czasu do czasu ślizgały się w czarnym błocku. Na ostatnim kilometrze wybiegłam na Polanę Powsińską, na której słońce od razu dało mi po głowie, potem był kawałek w piachu i troszkę pod górkę, potem jakieś zakręty, jeszcze trochę piachu, jeszcze zakręty i już oddałam pałeczkę koleżance. Nie wiem, dlaczego, ale tak się umęczyłam, że nie pamiętam nic od momentu zatrzymania się do chwili, kiedy wypiłam pierwsze łyki wody. 4,2 km w 19:23.
Później czekaliśmy na bieg dziecięcy - Ironman już w domu robił rozgrzewkę. Bieg miał wystartować o 14:30, ale nagle, o 14:05 usłyszeliśmy, że dzieci startują zaraz, więc złapaliśmy zawodnika i polecieliśmy z nim co koń wyskoczy. Organizator dał ciała nie tylko z przesunięciem momentu startu, ale i z tym, że najliczniej obsadzoną kategorię wiekową (do lat 5), puścił bez podziału na chłopców i dziewczynki, jak miało to miejsce w zeszłym roku. Dzięki temu, na niezbyt szerokiej, zaledwie 150-metrowej trasie, znalazło się ponad 40 dzieci w wieku od 2 (na oko) do 5 lat (przepaść rozwojowa!!), a każdemu z nich towarzyszył co najmniej jeden rodzic. Nowienc był ścisk i sceny jak na paliwowej dyszce. Jednego chłopca przewróciła mamusia, zdzielając go po głowie plecakiem, a spieszący synowi na ratunek tatuś, stratował biednego Ironmana, który rymnął jak długi. Ale co Ironman, to Ironman - zanim ruszyliśmy w jego stronę, narażając kolejne dziecko na stratowanie w ramach efektu domina, podniósł się i żywo dobiegł do mety. Dostał tam misia i medal. Misia niósł do samochodu "na barana", choć na początku był rozczarowany, że w tym roku nie dawali resoraków.
Pomijając wtopę z biegiem maluchów, impreza była przyjemna. Spotkaliśmy dużo znajomych, Ironman zawarł znajomość ze swoim imiennikiem, który na bieg przybył z własną kuchenką, kosiarką oraz wozem strażackim, a Ironman miał ze sobą koparkę, więc chłopaki dokonali wymiany sprzętu i fantastycznie się bawili. I zjedliśmy frytki z kiszonymi ogórkami. A co!
Jeszcze nie zdążyłam ochłonąć i ochłodzić się po kabackich tropikach, a tu w niedzielę trzeba wstawać na Szybko Po Woli. Jeśli w sobotę zdawało mi się, że jest gorąco, to buhahahaha. Zanim przeszliśmy jakieś 150 m od samochodu do punktu odbioru numerów startowych, miałam ochotę pokonać jeszcze kawałeczek i wskoczyć do jednego z parkowych stawów. Mąż mnie namówił, żebym startowała w krótkim topie i nie gotowała się w koszulce z krótkimi rękawami. Fajnie, fajnie, ale parę minut stania na linii startu spowodowało, że czułam się już lekko podprażona. Ciągle jeszcze liczyłam na (buhahahaha po raz drugi) chłodzący pęd powietrza i jakieś skrawki cienia.
No i tak wyszło, że, biegnący ze mną mąż narzucił na pierwszym okrążeniu stanowczo zbyt żwawe tempo (pierwsze 2 km poniżej 4:25 min/km), co spowodowało, że, kiedy zaczęliśmy drugie okrążenie, po długiej i idealnie nasłonecznionej prostej, a ja łyknęłam trochę wody, najpierw zrobiło mi się niedobrze, a potem poczułam, że piecze mnie wysmarowana mocno filtrami twarz i z mózgu robi mi się jajecznica. Pod koniec drugiego okrążenia, kiedy zaczęłam ostro słabnąć, a mąż cały czas mnie poganiał, przyszedł mi do głowy cudny pomysł - "Zejdę z trasy! Położę się w cieniu i pocałujta w ucho wójta". Podzieliłam się tą myślą z mężem, który się wkurzył. Polał mnie wodą po plecach i kazał się ogarnąć. Na trzecim kółku było strasznie. Miałam wrażenie, że przebieram nieswoimi nogami, starałam się nie patrzeć na Polara, bo pokazywał jakieś straszne rzeczy, co chodzi o tempo, twarz mnie paliła, a przez głowę przelatywały marzenia typu "Może zemdleję". Czwarte kółko - zatrzymałam się przy piciu wody, bo ręce mi się tak strasznie trzęsły, że nie mogłam w biegu skoordynować celowania krawędzią kubka do ust. A tu mąż na mnie krzyczy, żebym przestała się rozczulać nad sobą i wzięła się do roboty. No to zebrałam ostatki sił, żeby na niego wrzasnąć, żeby mi dał święty spokój. Dopiero po ósmym kilometrze trochę się ogarnęłam - chyba podziałała wizja bliskiej mety, baterii butelek z wodą i możliwości położenia się w cieniu. Przyspieszyłam bardzo nieznacznie, biegniemy i za chwilę widzimy drobną dziewczynę, która próbuje przytrzymać wielkiego i lecącego (dosłownie) z nóg faceta. Mąż zapytał, czy może jej pomóc i został z nimi, a ja, w pijanym widzie, pobiegłam dalej. Kiedy już miałam z 300 m do mety i widziałam upragniony cień, a baterie butelek z wodą wydawały się połyskiwać z daleka, skondensowałam opary energii i przycisnęłam. Wbiegłam na metę jako 6 z wynikiem 47:23. To jakiś cud, że nie gorzej, więc ucieszyłam się jak nie wiem co. Bo kiedy słońce wysmażało mój mózg na skwarki, myślałam, że będę szczęśliwa ze złamania 50 minut, a nawet z ukończenia biegu w jakimkolwiek czasie.
Poleżałam trochę w cieniu, wypiłam dużo wody, zjadłam pomarańcze, ochłodziłam się przy ujęciu wody oligoceńskiej, pogadałam ze znajomymi i nieznajomymi. Mąż przybiegł z naszą koleżanką, która robiła tego dnia zakładkę - najpierw dziesiątki kaemów na rowerze, a potem zawody. Biegaczem zasłabniętym zaopiekowali się ratownicy medyczni, a później przyjechała po niego karetka pogotowia. Mam nadzieję, że dziś czuje się już dobrze. Dzielna biegaczka dostała nagrodę fair play. Zostaliśmy na oklaskiwaniu podium żeńskiego i męskiego oraz na wspólnej fotce. Ironman namówił mnie na wspólną przebieżkę od startu do którejś latarni i z powrotem. "Ja wygram, dobrze, mamo?". Aż żal, że następne zawody w Parku Szymańskiego będą dopiero za 3 miesiące! Jak mawiał potrzaskany na kawałki Terminator: "I'll be back!".
Foto Napędzany Kebabem - Cezary biega, pisze, je
No a upiekłam się na tyle konkretnie, że w nocy miałam kłopoty ze snem, co do mnie raczej niepodobne, podczas, gdy tętno szalało jak na ósmym kilometrze wolskiego pieca. Dziś czuję się już świetnie, tylko na jutrzejszą Agrykolę zabiorę czapeczkę i turystyczną lodówkę z lodem. Może będę wtedy w stanie coś poradzić w sprawie lodu do czapki.
Hasta la vista!

4 komentarze:
Gratulacje za obie biegi a szczególnie niedzielny w totalnym upale! Ja też nie cierpię takich warunków, ale jak widać człowiek potrafi się spiąć jak musi nawet gdy słońce wypala mu czaszkę:) No i wielkie gratulacje dla Ironmana - szkoda że taki bajzel był na biegu dla dzieci, ja też to kiedyś przerobiłam w Choszczówce, ale rozumiem że miś i medal zrekompensowały zawodnikowi różne niedogodności ;-)
Dzięki :) Miś i medal to jedno, ale prawdziwą nagrodą była jazda kolejką - taką, do której wrzuca się 2 zł i ona zaczyna się kołysać oraz wygrywać melodyjki. Koszmar, ale Ironman był w 7 niebie ;)
Dobry ten wpis :D ja czapkę wszędzie biorę, inaczej boli mnie głowa. Ale i tak na mecie firmowego myślałam, że kolana zegną mi się w drugą stronę, a całą wodę wlałam sobie na plecy i klatę.
Prześlij komentarz