niedziela, 4 maja 2014

Respekt na dzielni

Park Szymańskiego - nie będę zaglądać do gugla, żeby sprawdzić, kiedy otrzymał tę nazwę, ale, kiedy przychodziliśmy do niego lub położonego po drugiej stronie Górczewskiej Parku Moczydło, żeby rozprostować 6-letnie kości, wylatać się i przewietrzyć dziecięce płuca, nie wyglądał tak ładnie jak dzisiaj. Niedaleko była moja zerówka. Codziennie przejeżdżałam obok parku w drodze do szkoły, położonej w sercu robotniczej Woli (szkoła miała tę przewagę nad osiedlowym kombinatem wzruszeń, że lekcje zaczynały się w niej o 8, a nie o 14, a w klasie było maksymalnie 30, a nie 40 dzieci, dysponowała dwoma boiskami i salą gimnastyczną). Również nie przypominam sobie podobnego stopnia zadbania parku. Trasa autobusu, którym dojeżdżałam do liceum, też wiodła obok parku, ale nie pamiętam porannych widoków zza okna - pewnie wkuwałam wtedy na ostatnią chwilę łacińskie deklinacje, uczyłam się na pamięć fragmentów "De Bello Gallico" względnie charakterystyki roślin okrytonasiennych lub też rodzajów waz greckich, a w drodze powrotnej spałam. Potem przeprowadziłam się do centrum, żeby już nigdy nigdzie nie dojeżdżać, ale do Parku Szymańskiego czasem zaglądałam - na rowerze albo biegowo.

Wystarczy podróży sentymentalnych.

W zeszłym tygodniu zapisaliśmy się na "Szybko Po Woli" - cykl biegów organizowanych przez Jana Golenia z Ergo. Naczytałam się entuzjastycznych opinii na fejsbuczku, u Ani. I tak bardzo, po orlenowym ataku klaustrofobii, chciało mi się małego, kameralnego biegu na 10 km! Trasa nie ma atestu, ale 10 km rzeczywiście ma, prowadzi po 4 pętelkach wokół wspominanego wyżej Parku Szymańskiego. Nie jest łatwa - dużo na niej zakrętów, agrafek, które wybijają z rytmu i spowalniają, ale biegnie się cały czas w ładnej zieleni, po asfalcie, więc coś za coś. I, nie mogę przestać się tym ekscytować, nie ma tłoku!!

Dzisiaj rano było bardziej nerwowo niż sentymentalnie, gdyż podjęłam decyzję, że otóż i natomiast nigdzie nie jadę. Ironman znów zaszalał zdrowotnie (pierwszy rok w przedszkolu - nigdy nie wierzyłam w historie o bakcylach kładących całe rodziny, a trzeba było), byłam zmęczona, niewyspana i zdenerwowana. A starty stresują mnie dodatkowo. Jestem mistrzynią treningów, za to przed zawodami zżerają mnie nerwy. Nowienc oświadczyłam mężowi, że jedzie sam, wysłałam sms-a trenerowi i trwałam w mocnym postanowieniu do 8:50. Kiedy przebrałam się w ciuchy biegowe, wrzuciłam do mężowej torby koszulkę na zmianę i złożyłam nowe oficjalne oświadczenie. Że jadę, ale jeszcze nie wiem, czy wystartuję.

Przyjechaliśmy na miejsce. Sielanka!! Jak za dawnych, pradawnych czasów - powoli schodzą się kolejni biegacze, dużo znajomych twarzy, nie ma tłoku, jest miło, spokojnie. Do tego piękna pogoda, kwitnące kasztany i wszystko inne. Dobra. Biegnę.

Start o 10 i przez 300-400 m szukam tempa, bo 4:17 nie utrzymam przez 10 km. Nienienienienie. Pierwsza agrafka, mosteczek, łuk, jeden zakręt, drugi, "podbieg" po trawiastych schodkach, okrążenie wokół stawu, druga agrafka i pierwsza pętla zakończona. Druga pętla. Bardzo jestem wdzięczna koledze ze studiów, który dopinguje dwa razy na każdej pętli, bo jego doping pozwala przełamać kryzysy związane z koniecznością pokonywania tych samych agrafek, schodków i zakrętów. Po drugiej pętelce wiem, że może złamię 46 minut, ale nie jest to pewne. Trzecia pętelka. Kolega woła, że jest szybko. Od czasu do czasu, po kolejnej agrafce, widzę męża, który uśmiecha się do mnie i macha. Na początku czwartej pętelki dokonuję szybkiego przeglądu w pamięci i wychodzi na to, że jestem... czwarta. Po pierwszej agrafce na czwartym kółku dochodzi do przetasowania - biegnę przez chwilę druga, ale trzecia dziewczyna tak przyspiesza, że nie mam szansy jej dogonić. Przebiegam po raz ostatni pod łukiem startu / mety i prowadzący Jan Goleń oznajmia, że jestem trzecia wśród kobiet. Dopadam ławki, na której siedzą już dwie pierwsze dziewczyny i sobie przez chwilę wspólnie dyszymy oraz wymieniamy gratulacje. Z ławką wygrywa trawa - kładę się na niej i odpoczywam chwilę, syta chwały.

45:46 - moja nowa życiówka na 10 km. Wreszcie bliżej wymarzonych 45 minut!

Tymczasem na trawniczku, w słońcu, kwitnie życie towarzyskie. Jest tak miło! A jeszcze milej robi się, gdy mąż przynosi wiadomość, że stoi podium i po przybiegnięciu ostatniej zawodniczki odbędzie się dekoracja. Ostatnia zawodniczka przybiega z uśmiechem na twarzy i dostaje wspaniały aplauz.

No i stajemy na podium. Dostałam statuetkę i kilogram soli do kąpieli solankowych - oj, przyda się, przyda! Po dekoracji jeszcze losowanie nagród i w końcu jedziemy do domu.

Na szczęście "Szybko Po Woli" to cykl biegów, więc mam ogromną nadzieję, że uda mi się znowu wystartować. O ile milej jest biec w grupie 105 zawodników, niż w tłumie 10.000 +. Jak fajnie, gdy bieg organizowany jest przez biegaczy, dzięki czemu na starcie wszyscy proszeni są o ustawianie się zgodnie ze swoimi możliwościami, przebieganie pod łukiem Start / Meta po lewej, gdy kontynuują bieg, po prawej - gdy kończą. Nie ma bałaganu, wpadania sobie pod nogi. Jak wspaniale, gdy biegną na tyle doświadczeni i kulturalni biegacze, że ustępują miejsca szybszym BEZ konieczności zdzierania gardła "lewa wolna" lub sięgania do mocniejszego repertuaru. Nikt nikomu nie rzuca kubków pod nogi ani nie pluje na buty. Raj!

Z ciężkim sercem polecam te zawody, bo może nagle przyjedzie na nie 500-600 osób i czar pryśnie, ale gorąco życzę organizatorom sukcesu i satysfakcji - dzisiejszy dzień zapamiętam jako jedno z najmilszych wydarzeń biegowych, w jakich brałam udział.

A, a, ze szczegółów organizacyjnych: numer startowy odebraliśmy w 2 minuty, na miejscu jest depozyt, toi-toiki, wolontariusze rozdają napoje po każdej pętli, na mecie dostaje się wodę, można poczęstować się pomarańczami i drożdżówkami. I, nie przestanę tego podkreślać, jest szalenie miło.

I nie ma tłoku!

PS Jeszcze raz publicznie dziękuję mężowi za świętą cierpliwość i, emmmm, zmotywowanie mnie do biegu :)

11 komentarzy:

Krasus pisze...

Ogromne gratulacje, pudło piechotą nie chodzi!:) A małe zawody mają swój smak, o tak! Miałem podobnie myśli po Monte Kazurze tydzień temu.

KA pisze...

GRatulacje! Nie mogę odżałować, że nie przyjechaliśmy kibicować. Nie doceniłam staszkowego daru przekonywania!

Hankaskakanka pisze...

@Krasus, dziękuję :) Dochodzę do wniosku, że kameralne biegi są najfajniejsze. Po wielkich imprezach typu Bieg Niepodległości, Biegnij Warszawo, Orlen 10K, czy nawet Półmaraton Warszawski, sprawiają podwójną frajdę!
@KA, dzięki :) No ja nie wiedziałam, czy wystartuję dopóki nie przyjechaliśmy na miejsce i nie zobaczyłam, jak jest fajnie ;) Już samo to, że z depozytu nie trzeba było iść ponad kilometr na start, mnie ujęło ;)

Krasus pisze...

A już lokalne biegi, gdy prowadzący z mikrofonem zna zawodników i z nazwiska ich wywołuje przed metą? Bajka!:)

Leszek Deska pisze...

Tak, takie małe biegi mają urok - mam zamiar się pojawić, tylko na razie brak okienek w kalendarzu :)

drproctor pisze...

Szacun na dzielni być musi :-) Jeszcze raz gratuluję - zarówno pudła, jak i życiówki! Oraz oczywiście święt(n)ego męża ;-)

Hankaskakanka pisze...

@Krasus, tak było właśnie na "Biegiem po Woli" :)
@Leszek, polecam!
@DrProctor, dziękuję bardzo i w imieniu męża także ;)

Unknown pisze...

No i można tylko mieć nadzieję, że tak kameralne te zawody pozostaną. Wielkie gratulacje!

Ren A. Gąs pisze...

Gratuluję podium i życiówki.

Ren A. Gąs pisze...

Gratuluję podium i życiówki.

Ren A. Gąs pisze...

Gratuluję podium i życiówki.