wtorek, 15 kwietnia 2014

Piiiiiip

Elastyczność, szmelastyczność - w niedzielę osiągnęłam apogeum frustry biegowej.

Dobra, pogodziłam się z tym, że nie biegnę wiosennego maratonu, bo moja noga z lekka strajkuje. Inwestuję w nią nieustająco i liczę na to, że w końcu będzie z nią dobrze. W ogóle robię co mogę.

A potem przychodzi dzień startu na 10 km, które mam pobiec po 4:40 min/km na pierwszych 3 km, a potem przyspieszać, byle nie za mocno, więc się cieszę, że może wreszcie będzie malutka życiówka. I jest tak:

Mąż biegł w maratonie, więc zaplanowałam, że zaraz po zmianie ciuchów wsiadam na rower i gnam na romantyczne spotkanie. Poprzedniego dnia ustaliliśmy, że będę stała obok znacznika 33 km i od tego miejsca zapewnię wsparcie moralne. Na wszelki wypadek mąż zdemontował fotelik dziecięcy, bo, kiedy robiłam za holownik na Maratonie Warszawskim AD 2009, było wielu chętnych na podwózkę (pożyczyłam roweru od dzieciatej przyjaciółki). W startowy poranek przykuliśmy Srebrną Strzałę do jakiegoś płotu, rozstaliśmy się przy depozytach i każde zajęło się swoim losem.

Przebieralnie zrobiły na mnie ogromne wrażenie - oddzielne pokoiki z podłogą, krzesełkami, zamykanym drzwiami, a nie namiot, po którym hula wiatr, podczas gdy bose stopy stawiamy na gołej ziemi (robiło wrażenie na zeszłorocznym półmaratonie warszawskim, gdy trzeba było stać na ubitym śniegu). Luksus! Potruchtałam w stronę startu, zrobiłam prawie 2-kilometrową rozgrzewkę i, słysząc nawoływanie do wchodzenia do stref startowych, poszłam do swojej. To znaczy do tej na 45-50 minut. Weszłam, rozejrzałam się i poszłam do następnej strefy - na 40-45. Tam nie było wiele lepiej.

Obok mnie stało 3 młodzieńców, którzy rozmawiali tak: Ty, [piiip], a ten co [piiip] prowadzi na 50 minut, to [piiip] musi ich [piiip] przyprowadzić na 50 minut [piip] i ani [piiip] sekundy mniej ani [piiip] więcej." Po wielu piiiiipach (chyba nie pominęłam żadnego) jeden z młodzieńców zajarzył: "Bo oni mają [piiip] takie specjalne [piiip] zegarki. I te zegarki im [piiip] wszystko [piiip] pokazują." Przede mną stanęła pani, która zwierzała się przez telefon komuś, że nigdy nie biegła 10 km. Obok niej pan z ogromną nadwagą, a obok niego tatuś z wózkiem. Znam jednego tatusia, który biega z wózkiem na czasy typu 37-38 minut...

Zaczęłam się zastanawiać, czy przejść do strefy 35-40, ale jakoś nie mogłam się przełamać, bo blokowałabym szybszych. Głupia jestem.

Kilka minut przed startem obsługa zamknęła dojście do strefy startu na 10 km, gdyż prowadziło ono przez trasę maratonu, na której ustawiali się już pacemakerzy elity. Ale nie masz cwaniaka nad Warszawiaka - za mało ochrony do pilnowania płotków, przez które przeskakiwali kolejni biegacze. Niektórzy szarpali się z ochroniarzami, bluzgi leciały jak skowronki, a tłum chętnych na bieg na 10 km nadal nadciągał od strony Stadionu Narodowego... Nie brakowało tych, którzy przeciskali się przez oczekujących na start maratończyków.

Ruszyliśmy my, ruszyli maratończycy - pomachałam Maestro, dostałam całusa od męża i wio przez bramę. Klepnęłam Polara, ale, prrrrr, ta brama to nie start. Start był nieoznaczony - po prostu nagle przechodziło się przez maty i to był start. Oukeeeej.... Oryginalne.

Po starcie nieoznaczonym niewiele się zmieniło. Próbowałam biec, ale głównie przebierałam nogami w miejscu i przeciskałam się przez każdą szczelinę w ludzkim murze, jaką udało mi się znaleźć. Wbiegliśmy na Most Świętokrzyski, gdzie jest ociupinkę pod górkę, więc tłum zwolnił jeszcze bardziej. Gotując się z frustracji (tempo 6 minut z groszami), rzuciłam pod nosem sarmackim "piiiip" i rzuciłam się przez łokcie, nogi i kółka od wózków. Przez chwilę biegłam krawężnikiem za panem, który darł się "przejścieeee!!". Za mostem odrobinę się przeluźniło - przyspieszyłam. Po 3 km walki o każdy metr wreszcie wyrównałam tempo. Wszystko było cudownie przez jakiś kilometr, bo potem zaczął się podbieg Konwiktorską. Niezbyt stromy, ale długi. I czas, a wraz z nim tłum, stanął w miejscu. Tempo spadło do 5:10 - całą energię koncentrowałam na przedzieraniu się między ludźmi, wyprzedzaniu, wyprzedzaniu, wyprzedzaniu. Po podbiegu przyspieszyłam mocno i biegłam raźno aż do zakrętu w stronę Krakowskiego Przedmieścia, na którym znów zadziałała jakaś magia i wszyscy zwolnili. Znów trzeba było lawirować, wyprzedzać, rwać tempo.

Zakręt w stronę Tamki - zbiegamy i wreszcie jest luźniej. Cudownie, tylko na zbiegu zaczęło napierniczać coś w prawym udzie. Przeszło mi przez głowę, że to koniec, że zejdę, bo i tak nie mam szansy na życiówkę, za to właśnie pracuję na kontuzję. Ale jakiś głosik szepnął - jeszcze ci ta noga nie odpada, więc leć. No to leciałam i było cudownie aż do zakrętu w stronę mostu, bo tam węziej i lekko pod górkę, więc znów hamujemy - kto wie, co czai się za wzniesieniem? Na zbiegu z mostu, razem z zawodnikiem na wózku i paroma innymi biegaczami darliśmy się do dwóch lejdis w słuchawkach, żeby zwolniły lewą stronę i puściły wózkarza (swoją drogą - trochę dziwny pomysł, żeby puszczać wyścig wózkarzy tak, że finiszował z tłumem na 10 km). Wybrzeże Kościuszkowskie, podbieg, na którym przepuszczamy wózkarzy, zakręt i finisz. Tam daję upust niewykorzystanej energii i lecę ile sił w nogach. Wpadam na metę zadowolona, że koniec przepychania się i zła, że było jak było. W zasadzie się nie zmęczyłam, więc lituję się nad panami z kamerą i mikrofonem, którym wszyscy odpowiadają "no" na pytanie "do you speak English?". I udzielam wywiadu.

Przybiegłam na 47:19 - 8 sekund słabiej od starej życiówki. I co z tego, że bez zadyszki?

A potem woda, medal, depozyty, w których dziewuszka 5 razy sprawdza mój numer i miota się po całym boksie w poszukiwaniu worka, luksusowa przebieralnia i lecę sprawdzić, czy nikt nie podwędził Srebrnej Strzały spod płotu. Jest, stoi - sukces!

Jadę spokojnie do miejsca zbiórki, po drodze głośno i gorąco dopingując czołówce i Maestro. Troszkę czekam na męża, wypatruję jego pomarańczowej koszulki i w końcu - jeeeest! Mina mi rzednie na widok jego miny, a potem dostaję w oko rzuconym paskiem od pulsometru, więc jest bardzo romantiko. No nic, ja na biegach potrafiłam powiedzieć mężowi, żeby się zamknął albo odwalił albo żeby [piiiip], więc mam w sobie wiele wyrozumiałości. Oko całe, pasek od pulsometru ląduje w plecaku, a ja gonię męża. Nie jest w najlepszej formie - już w domu powiedział mi, że trafiłam na jego najgorszy kryzys i że trzymało go tylko to, że będę na niego czekać i jechać gdzieś w zasięgu wzroku. Służby porządkowe zganiają z trasy, więc jadę głównie po chodnikach. Nagle mąż krzyczy, że mam mu dać Power Bombę na 38 km. Coooo? Gdzie? "W plastikowej torebce. Nie mam siły z tobą rozmawiać."

Emmm. [Piiiip], w jakiej plastikowej torebce??

Przyciskam pedały i jadę w stronę 38 km, po drodze natrafiając na pana z służby porządkowej, który wrzeszczy "Won mi z tym rowerem na chodnik!!". Chodnikami docieram do 38 km i zaczynam szukać tej [piiiip] torebki z magiczną fiolką. Znajduję ją po wybebeszeniu zawartości plecaka na chodnik, mamrocąc dużo [piiiip], akurat wtedy, kiedy nadbiega mąż wrzeszcząc "Hankaaaa!". Daję mu cenny ładunek, zbieram rzeczy do plecaka i jadę dalej. Kiedy go łapię przed 39 km już jest bardziej rozmowny. Umawiamy się, gdzie będę na niego czekać po skończeniu biegu i puszczam samopas. Wypatruję pomarańczowej koszulki na moście, ale gdzieś się zgubiliśmy.

A potem okazało się, że męża na 40 km złapały skurcze. Rozciągał się, szedł, w końcu pobiegł, ale stracił około 2 minut. Skończył z czasem 3:24:44, robiąc nową maratońską życiówkę.

Męża życiówka poprawiła mi humor. Ale osobista frustra pozostała aż do wieczora. Wraz z mocnym postanowieniem: nigdy więcej dużych biegów na 10 km. Chyba, że zostanę premierem i będę ustawiana w pierwszej linii. Piiip.

PS Wczoraj wieczorem wyszłam na zadane 12 km wolnego biegu - siąpił deszczyk, na ulicach było jakoś wyjątkowo pusto, patrzyłam na rozwijającą się zieleń, oddychałam wyjątkowo czystym (jak na Warszawę) powietrzem i czułam, jak każdy krok i każda kropelka deszczu, zabierają ze mnie frustrę, ochotę do rzucania [piiiip] i dają poczucie, że jest po prostu dobrze. I tyle.

10 komentarzy:

Unknown pisze...

Nie pojmuję jak można ustawiać się na biegu w nie swojej strefie czasowej. I mam nadzieję, że uchowają się jakieś kameralne biegi na 10 km.
Gratulacje dla męża nowej życiówki!

Marysia pisze...

Ogrzalam sie tym postem! x
Dzieki!

Gratulacje dla kolegi malzonka i trzymam kciuki za kolejne pani biegi!

Ava pisze...

Cholera, szkoda, że tak to się rozegrało. w sensie tego tłumu. Twoja uczciwość jak widać w tym przypadku nie została wynagrodzona, bo niestety większość osób pewnie miała głeboko gdzieś w którym sektorze staje. Podobnie jak ma gdzieś kulturę wypowiedzi [piip] :) A może spróbuj coś z kalendarza na Maratończyku.pl? Tam jest duzo biegów na 10 km w maju i czerwcu i w mniejszym tłoku poleciałabyś jak strzała. Gratulacje dla Staszka za maraton - jest drugą osobą po Krasusie którą stawia na nogi power bomba - muszę tego spróbować :)

borman pisze...

OWM to ponoć organizacyjny sukces. Jak widać propaganda organizatorów to tylko puste słowa.
Dzięki Haniu, wyleczyłaś mnie z chęci startu w dużej imprezie. Łódzki maraton to max na co mnie stać. Ach, i jeszcze ten nieszczęsny Poznań, który będzie próbował pobić rekord frekwencji, a na którym chcę zmierzyć się z trójką. Ufff...

Hankaskakanka pisze...

@Emilia, ja też tego nie rozumiem. Dziękuję w imieniu :)
@GingerGin, dziękuję - przekażę komu trzeba ;)
@Ava, czegoś sobie poszukam, ale ciśnienie spadło ;) Właśnie jestem ciekawa, z czego wynikało to ustawianie się jak popadnie - być może dla wielu osób były to pierwsze czy drugie zawody w życiu i nie wiedzieli, że są strefy, itd. Ale wisiały tabliczki... Tak trudno policzyć, że, skoro na treningu truchtam sobie po tyle i tyle, to dychy w 35-40-45-50 minut w życiu nie polecę? Nie rozumiem tego.
@Borman, wiesz, najgorsze jest to, że poza tym pierdzielnikiem na starcie, dziwnym pomysłem z nieoznaczonym startem rzeczywistym (czyli z matą do pomiaru czasu) i puszczeniem wózkarzy, organizacja była tip-top. W życiu nie widziałam tak dopieszczonego miasteczka biegowego, takiego systemu informacyjnego, wielkich oznakowań kilometrów z mapą trasy i informatorem drogowym. Za linią mety wszystko, tzn. wydawanie medali, napojów, szło jak po sznurku (w przeciwieństwie do korka na Biegnij Warszawo), dla zmęczonych były leżaki, dmuchane fotele. Więc nie wszystko mogę zwalić na organizatora :)
Natomiast my sobie szukamy małego maratonu gdzieś-tam, bo na udział w biciu frekwencji w Warszawie chyba nie mamy ochoty, choć jesteśmy już zapisani i opłaceni. Mam nadzieję, że Poznań jednak oprze się magii pięciocyfrowej frekwencji...

drproctor pisze...

Powoli dochodzę do wniosku, że wyznaczania stref jest bez sensu. I tak trzeba przechodzić do szybszej, niż Ci przydzielono... Menżu (sic!) gratulujemy życiówki, a jeśli chcielibyście pobiec jakaś dyszkę w Wielkopolsce, to zapraszamy :-)

Hankaskakanka pisze...

@DrProctor, ma sens, ma, tylko trzeba wypracować system zachęcający lub zmuszający ludzi do wchodzenia do swoich stref. Np. w Lozannie było tak, że trzeba było zadeklarować wynik. Dostawało się przydział do strefy (kolor numeru startowego) i za start z innej strefy dostawało się karne minuty do wyniku :) Jeśli chodzi o dyszki w Wielkopolsce, to od paru lat chodzi mi po głowie Maniacka ;) W tym roku wypadła podczas naszych nart.

drproctor pisze...

Karne minuty do wyniku - genialne. Ale już widzę szum jaki by się u nas podniósł, gdyby komuś coś doliczyli. Inna kwestia, że kolorystyczne oznaczenie stref to też świetne rozwiązanie. Od razu widać, kto wlazł nie do swojej...

Katja pisze...

Strefy startowe i brak pomyślunku niektórych dyszkowców- temat rzeka. Na niedzielnym maratonie w Wiedniu startowałam z odległej dla swojego czasu strefy (w zdeklarowanej przy zgłoszeniu nie było już miejsca, a że zgłaszałam się późno, to dostałam wlepę na numer startowy z szarego końca). I niespodzianka - na początkowych kilometrach myślałam, że zostanę stratowana, bo ludzie lecieli jak szaleni. Od 5 kilometra niektórzy sztafeciarze już maszerowali, trzeba było uskuteczniać manewry wyprzedzania, na 6 widziałam pierwszą reanimację z udziałem ratowników.

Hankaskakanka pisze...

@DrProctor, prawda? Te karne minuty działają na wyobraźnię!
@Katja, rzeczywiście, w Wiedniu startują jednocześnie sztafeciarze, półmaratończycy i maratończycy - ze zdziwieniem patrzyłam na ludzi gnających przez wolną strefę ;) Ale, kiedy biegłam 5 lat temu, wydawało mi się, że nie było jakiegoś bydlęcego ścisku. Może Wiedniowi też wzrosła frekwencja i jest już inaczej.