To może napiszę co u mnie? Sytuacja przedstawia się tak:
Wczoraj minął czwarty tydzień biegania, liczony od nie-pamiętam-którego powrotu po kolejnym przeziębieniu. Zrobiłam w tym czasie 20 albo 21 treningów (liczę z pamięci). Nie wiem, co wreszcie zadziałało - mój wielki, mocno ugruntowany wkurw, preparaty na wzmocnienie odporności czy potrójne racje kaszy jaglanej? Wszystko jedno! Najważniejsze, że coś chwyciło i tym razem udało mi się porządnie wkręcić w treningowe trybiki. Forma powolutku rośnie. Jeszcze nie wiadomo, czy się utrzyma, czy nie opadnie, czy nie będzie zakalca, ale na razie (odpukać przez lewe ramię) z analiz Maestro i mojego samopoczucia wynika że jest dobrze. No to słodko, choć na nic spektakularnego się nie nastawiam, bo trudno będzie powtórzyć wyczyn z zeszłej jesieni, czyli zbudować życiówkową formę w 8 tygodni po długim rozmemłaniu. Tym razem tych tygodni mieliśmy od powrotu do biegania 11, noale.
Będzie co będzie. Tymczasem nawet pogoda sprzyja moim treningom. Zamiast nieustannie szlifować wybiegania w śniegu, stabilizację na lodzie oraz szaleć na podbiegach, mogę, jak człowiek, robić biegi ciągłe, kilometrówki, dwukilometrówki, trzykilometrówki. Na powietrzu, na suchym chodniku - luksusy w lutym! Luksusy mają też swoją cenę: w zeszłym tygodniu ubiłam pierwszego komara z Agrykoli, więc strach się bać, co będzie w maju, ale co ja się będę martwić majem?
Całkiem różowo jednak nie jest, bo jak by być mogło? Co tym razem się przytrafiło? Hahah - ciut mnie pokręciło. Parę tygodni stresu związanego z chorobami w domu, noszenie gorączkującego Ironmana, niedosypianie i inne atrakcje - szyja i bark do wymiany. Spać się nie da bo boli, siedzieć się nie da bo - jak wyżej, a na trening wychodzimy, gdy zadziała paracetamol. Ile tak można, zanim wątroba zachowa się jak Felicjan Dulski i powie "a niech Was wszyscy diabli"? No niedługo. Wspaniała fizjoterapeutka, która podjęła się zrobienia czegoś z najnowszym felerem, wykryła winowajcę - naciągnięty mięsień w plecach (o ile dobrze pamiętam dźwigacz łopatki) i lekki stan zapalny. Następnego dnia po rozluźnianiu leżałam w domu jak most i modliłam się, żeby wreszcie przestało boleć. Nie wyszłam na regeneracyjne roztruchtanie, ale już w niedzielę rano było znacznie lepiej. W związku z tym, machnęłam bardzo przyjemne poranne wybieganie, w towarzystwie wychodzącego z kontuzji kolegi.
Po latach biegania w grupie wiem, że nie mogę robić szybkich treningów w towarzystwie - albo się wtedy ścigam albo zwalniam, nie potrafię skupić się na swoim tempie. A trening za szybki lub za wolny to trening zmarnowany. Natomiast jeśli chodzi o wybiegania, w trakcie których można sobie swobodnie pogadać - towarzystwo mile widziane!
W poniedziałek szyja, pod rękami nieustraszonej fizjoterapeutki, zupełnie odpuściła. We wtorek robiłam kilometrówki, które potwierdziły, że formie szyja nie przeszkadza, wczoraj było jakieś regeneracyjne rozbieganie, dziś odpoczywam, przez następne trzy dni trenuję i... będę chwilę w górach.
Cieszę się jak niewiemco.
Może w tych górach znajdę wenę. Alboco.
Miłego weekendu!
3 komentarze:
Podejrzewam, że tym czymś jest to wydłużone przedwiośnie ;-)
Miłego weekendu, również.
Super że forma jest i że ustrzegłaś się grypy, choć była blisko :) Faktycznie pogoda zrobiła biegaczom prezent po prostu i moje dzisiejsze hasanie po lesie było luksusowe. Myślę że wypad w góry jeszcze Cię wzmocni biegowo więc maratonik pójdzie zgodnie z planem :)Czego życzę!
@Bober, to też bardzo prawdopodobna hipoteza ;)
@Ava, pogoda nadal trzyma się mocno!
Prześlij komentarz