Tak, znowu poprzynudzam o tym, że mamy grube i niesprawne dzieci oraz młodzież. Bo to, co widziałam dziś na Agrykoli, przerosło nawet babcię z placu zabaw ("Adrianku, nie biegaj, bo się spocisz"). A może od takich dziadków / rodziców / opiekunów się zaczyna?
Na Agrykoli było tak: robimy sobie z mężem siłę biegową na różne sposoby, w międzyczasie obserwując kolejne grupki dzieci i młodzieży z pobliskich szkół, przychodzące na zajęcia z (buhaha) kultury fizycznej. Najwięcej było dziewczynek w wieku od 10 do 15 lat - większość z nadwagą lub już otyła, te które ćwiczyły w krótkich spodenkach, prezentowały taki cellulitis, jaki do tej pory widywało się na nadbałtyckich plażach na otyłych paniach po 60-tce. Na kilkanaście dziewczynek, co najmniej 5-6 siedziało z boku i nie ćwiczyło.
Dziewczynki, które podjęły trud uczestnictwa w zajęciach, nie były w stanie przebiec więcej niż 150-200 metrów. Przebiec? Przetruchtać! Po przebyciu tego dystansu, trzymając się za brzuchy, dysząc jak parowozy i słaniając się na nogach, przechodziły do tempa spacerowego. 2,5-letni Ironman jest w stanie pobiec dalej!
Chłopcy biegali trochę więcej, ale i dla nich pokonanie 1 km wydawało się nadludzkim wysiłkiem. Pan od w-f zrobił im rozgrzewkę z podskokami - 3/4 ledwo odrywało nogi od ziemi! Więcej energii widziałam podczas gimnastyki zorganizowanej dla miejscowych emerytów w sycylijskiej rybackiej wiosce.
Dlaczego to tak wygląda? Czy mam w pamięci zbyt wyidealizowane w-fy ze swojej podstawówki, na których chłopcy grali w "nogę" albo koszykówkę, wszyscy biegaliśmy na 60, 100, 600 m (przechodzących do marszu dziewczynek było może ze 2-3 na całą klasę)? Czy mnożą mi się w pamięci popołudnia spędzone na graniu w dwa ognie, zbijaka, klasy, gumę, podchody, prześmigane na rowerach, przebiegane podczas zabaw w chowanego albo berka?
Co wyrośnie z tych kluchowatych dzieciaków? Kiedy, z naturalnej potrzeby ruchu, przerzucają się na tryb uśpienia? Kto za to jest odpowiedzialny? Czy, jak napisałam, dziadkowie / rodzice / opiekunowie, którzy widzą w ruchliwości dziecięcej samo zło i kłopot (ile razy słyszałam, po tym, jak Ironman postawił pierwsze kroki, złowrogie "No, to teraz się nalatacie!" "Skończył się spokój!")? Czy może przedszkole, w którym, minimum programowe MEN przewiduje 45 minut pobytu na świeżym powietrzu? Zresztą słyszałam już o niejednym przypadku, w którym przedszkole, na wniosek rodziców, decydowało się na niewyprowadzanie dzieci na dwór zimą. Bo rodzice twierdzą, że dzieci przeziębiają się od świeżego powietrza (!!!). Czy wszystko można zwalić na telewizory, komputery, smartfony, gry komputerowe? Kto pozwala dzieciom na spędzanie wolnego czasu prawie wyłącznie przed ekranem? Dlaczego w siermiężnych latach 80-tych, w których chodziłam do podstawówki, dzieciaki - raczej niewożone na tenisa, jazdę konną, balet i inne wykwintne zajęcia - były co do zasady szczupłe i ruchliwe, a teraz wyglądają jak ameby na sterydach?
Ostatnio przeczytałam, że obecne pokolenie polskich dzieci i nastolatków ma szansę zostać pierwszym, którego średnia długość życia będzie krótsza od średniej długości życia pokolenia ich rodziców. Co jeszcze trzeba powiedzieć lub napisać, żebyśmy my - rodzice, dziadkowie, opiekunowie - wygonili dzieciaki na dwór?
wtorek, 10 września 2013
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
14 komentarzy:
Zgadzam się - jest dramat. Powody moim zdaniem to m.in. całkowita zmiana stylu życia społeczeństwa w porównaniu z tym co było gdy my byliśmy mali. Po pierwsze - dostęp do mediów czyli TV, telefonów, komputerów i innych gadżetów zapewniających szybką choć płytką rozrywkę. Poza tym jaki rodzic takie dziecko. Mama i tata spędzają tak czas to i dzieci pójdą w ich ślady. Poza tym, brak czasu dorosłych dla dzieci - nie chce im się zająć młodymi, więc młodzi łapią się za pierwszy czasozabijacz z brzegu czyli gry, filmy itp. Inna sprawa - brak pieniędzy na fajne zajęcia dodatkowe (wiem z rozmów po zebraniu z rodzicami w klasie mojego syna). I to tak się kręci. Myślę że jeszcze trochę czasu upłynie (parę lat) aż sytuacja się zmieni na lepsze. Ale wierzę że tak się stanie :)
Czyja to wina? Pewnie wszystkich po trochu, ale uważam, że sposób, w jaki są zorganizowane zajęcia w-f też nie ułatwia sprawy. Ja będąc uczennicą szczerze nienawidziłam w-f-u a obawiam się, że te zajęcia niewiele się od tamtej pory zmieniły. A co do pozostałych powodów - niestety, spędzający cały wolny czas przed telewizorem albo komputerem rodzice nie przyzwyczają dzieci do aktywności fizycznej.
Będą wyglądały jak ludziki z bajki Wall-E, takie co się woziły na fotelach i taczały po podłodze, gdy spadły.
Zaczyna się od rodziców. Gdy brak dobrego przykładu, to skąd maja wiedzieć? Potem presja otoczenia: w piłkę? oj chodź zobacz ile mam przyjaciół na fejsie/film/gra/etc, a potem to juz im sie nie chce.
@Ava, no właśnie wspominaliśmy z S., że w sumie nie chodziliśmy na żadne dodatkowe zajęcia sportowe w dzieciństwie (ja tylko na basen z tatą), a ciągle coś robiliśmy sportowego na powietrzu. Latem - to, o czym już pisałam (rower, podchody, berek, klasy, guma, dwa ognie, itd., chłopaki grały godzinami w "nogę"), a zimą ganiało się po 100 razy pod górkę z sankami, żeby jechać przez 5 sekund albo szurało z łyżwami na osiedlowe lodowisko. Dzieciaki jeździły na deskorolkach, hulajnogach. No i do szkoły chodziło się na piechotę albo jeździło komunikacją miejską, a nie było się wożonym samochodem przez rodziców. Ileż inerwałów wykonałam, z ciężkim tornistrem na plecach, żeby złapać nadjeżdżający na przystanek autobus ;)
@Emilia, oczywiście, wzorce są wynoszone z domu. A zajęcia z wf? Co można zrobić przez 45 minut, w czasie których dzieciaki jeszcze muszą się dwa razy przebrać? 1-2 razy w tygodniu? WF jest za mało. Jeśli rzeczywistość wygląda, tak jak wygląda (dzieci spędzają prawie cały dzień na siedząco), bez wprowadzenia codziennych zajęć sportowych w szkołach, nic dobrego się nie wydarzy. Ale już sobie wyobrażam ten lament! W końcu zabierze się uczniom cenny czas na naukę zdawania testów.
@Wiolqn, ciekawe jest to, że w Stanach udało się wyhodować pierwsze pokolenia niesprawnych i chorych grubasów w czasach przedinternetowych.
Co jakis czas zdarza mi się miewać wf na Agrykoli, więc zastanawiam się czy nie byłam opiektem Pani obserwacji;-) Dla pocieszenia dodam, nie mam celulitu, w liceum są trzy godziny wf tygodniowo,(w gimnazjum nawet 4), a dzis startowalam w biegach przelajowych w mojej dzielnicy ,tak chwalę tak, żeby zaprzeczyc tym wszystkim „zarzutom” w nasza strone jakie ostatnio słychac w mediach, zmienia się całe społeczeństwo, a za tą zmianę są odpowiedzialni dorosli, a nie dzieci. Gdyby porównać ludzi w wieku srednim wieku i dzisiejsze nastolatki (pod wzgledem wagi, trybu życia etc.) załozę się że gorzej wypadną grubasne korpoludki, które juz dawno zapomniały co to wf i ruch w ogóle...
Z tym celulitem to przesadzilam,wiem, wiem, celulitu to tylko faceci nie mają, a tak poza tym to bardzo lubie Pani bloga. Pozdrawiam.
takie małe dzieci i już taki cellulit, to co będzie potem, maskara
Rzeczywiście - jak sięgnę pamięcią, w mojej klasie mało było osób otyłych. Jednak z wuefu wykręcałyśmy się z dziewczynami na potęgę... Niestety. Cały sport w moim życiu miał miejsce po szkole, mogłam pływać, jeździć na rowerze, chodzić po górach godzinami. Miałam rodziców, którzy byli aktywni i wpoili mi tą aktywność. Na wakacje nie jechaliśmy leżeć plackiem na plaży tylko chodzić w góry, albo gdzieś w las i dzień w dzień robiliśmy wycieczki rowerowe. Mieszkałam na prawie-wsi, całe dnie spędzało się na świeżym powietrzu ganiając po polach, łąkach i drzewach. Natomiast co do szkoły... Do dziś pamiętam jak jedna pani od wuefu powiedziała mi: "Marysia ty biegłaś jak pokraka". Wzięłam to sobie wtedy do serca i zaczęłam unikać lekcji, na których było bieganie. A teraz regularnie 3-4 razy w tygodniu przebiegam pod domem tej nauczycielki.
No pewnie jest niezbyt z tym w-f'em ale to zależy od nas - rodziców. Moje córki jeszcze na razie za małe ale staramy się żeby miały dużo ruchu. A dla przykładu mojego kolegi z roku syn jest w szkole gdzie ma 10 (!!) godzin w-fu tygodniowo - po 2 dziennie.
@Werha, jeśli bierzesz udział w biegach przełajowych, nie sądzę, żebyś przechodziła do spaceru po 150 m truchtu :) Cieszę się, że jesteś usportowioną nastolatką! Ja nią nie byłam i do dziś żałuję.
@Moni1255, cukrzyca, choroby układu krążenia, problemy ze stawami, z kręgosłupem, wysoki poziom cholesterolu, itd.
@Maria, no ja też nienawidziłam w-f w szkole i miałam niewielu dobrych nauczycieli tego przedmiotu :( Poza tym chodziłam do szkoły w przedwojennym budynku, mającej niezbyt dużą salę gimnastyczną, więc często ćwiczyliśmy na korytarzu. Ale po szkole zaczynało się szaleństwo na podwórku, a poza tym dojeżdżałam komunikacją i ganiałam za autobusem ;)
@Leszek, 10 godzin w-fu tygodniowo? Domyślam się, że chodzi o szkołę prywatną, w której zajęcia sportowe są dodatkowo płatne? Jeśli jest to państwowa szkoła, bardzo proszę o adres. Na razie słyszę, że godziny w-f w państwowych szkołach są redukowane do 1 (słownie: jednej) tygodniowo.
Moim zdaniem i dziesięć lekcji wuefu nie załatwi sprawy, jeśli dzieci nie polubia aktywności fizycznej. A dzieci, nawet te starsze, uczą się przede wszystkim przez przykład, a ten idzie z góry.
Ale duch w narodzie nie ginie - podczas urlopu widziałem w Trzebiatowie dziewczynki grające na podwórku w gumę :-)
No niestety takie czasy nastały...
jest to przykre i wina leży po wielu stronach. Nie da się jednoznacznie określić kto jest winny.
Wszystko się zmienia- najwidoczniej taka ma być ewolucja.
Jestem aktywną osobą, która kochała wf i spędzała każdą chwile swojego dzieciństwa/ dojrzewania i dorosłego życia na sporcie, pod różną postacią.
Jak widzę obecne dzieci to jest mi ich żal... ale to jest moje spojrzenie, bo wiem że mogłyby czas na grach- spędzić z kolegami goniąc się po podwórku...
Problem jest bardzo złożony i trudno wpaść na pomysł rozwiązań, które by poprawiły całą sytuację.
Przyczyn jest wiele...
1) Alternatywy spędzania wolnego czasu - np. jeszcze kilkanaście lat temu dostęp do komputera czy Internetu był ograniczony - dlatego część dzieci, które kiedyś spędzały wolny czas na podwórku, teraz spędzają go przy komputerze.
2) Architektura miejska - co z tego, że spróbujemy wygonić dzieci na podwórko skoro... podwórka brakuje? A liczba tabliczek typu "gra w piłkę zabroniona" wciąż rośnie?
3) Popularność różnych sposobów spędzania wolnego czasu - kiedyś można było się spotkać z kolegami, żeby pograć w piłkę nożną, teraz być młodzi spotykają się żeby pograć w piłkę ale na Playstation. Nic z naszych prób zachęcenia dziecka do ruchu skoro np. nie będzie miało ono z kim pograć w zwykłą piłkę nożną.
4) Dieta - ten celulit nie bierze się tylko z braku ruchu, ale także ze złej diety - i tutaj również wpływ ma otoczenie - np. zwiększona obecność automatów ze słodyczami w szkołach.
5) Przyzwyczajenie do wygody - dzieci w większym stopniu niż kiedyś są przyzwyczajone do wygody, częściej mają wiele rzeczy podanych na tacy... a sport? Po co się męczyć?
6) Zmieniają się normy i wymagania - dzieci nie widzą problemu bo patrzą po swoich rówieśnikach i mają wrażenie, że są "normalne". Kiedyś chłopiec z nadwagą czuł presję patrząc na swoich chudszych kolegów, teraz mając co drugiego kolegę, który waży tyle ile on, nie ma powodów żeby dostrzegać jakiś problem.
W skrócie: nie wygląda to zbyt dobrze.
@DrProctor, to rzadki widok :)
@Agnes, ja nienawidziłam w-fu (przez większość roku odbywał się na korytarzu szkolnym, więc żadna frajda), ale lubiłam zabawy podwórkowe, jazdę na rowerze, itp. Dziwi mnie, jak doszło do tego, że w dzieciach została zabita naturalna potrzeba ruchu.
@Przemek, zgadzam się z większością tego, o czym piszesz.
Prześlij komentarz