Chciałabym napisać słowo (lub kilka - naście - dziesiąt - set) usprawiedliwienia apriorycznego.
Mój blog ma prawie 4 lata i przez te 4 lata przygotowywałam się do kolejnych maratonów. Niech je policzę - Triest, Warszawa, Annecy, Sztokholm, Góry Stołowe, czyli pięć (mam wrażenie, że żadnego nie pominęłam). W okresie poprzedzającym każdy maraton, spisywałam regularne swoje treningowe przygody - blog spełniał funkcję swoistego pamiętnika treningowego.
No i tym razem nie będzie.
Powodów jest kilka (naście?). Jeden z najważniejszych - nie mam na razie czasu na regularne blogowanie. Tak, tak, niby spisanie treningów i wrażeń z nich to rachu-ciachu i po strachu, można też przekopiować dane z Gacka, ale tak nie chcę. Nie chcę blogować na odwal się, byle tylko zapełnić czymkolwiek świat wirtualny. Nie lubię pisać w pośpiechu, pod presją czasu, a tak by to w najbliższej przyszłości wyglądało.
I co teraz? Przygotowuję post o kontuzjach - żadne tam kompendium wiedzy, tylko raczej obserwacje, wspomnienia, refleksje. Jeśli w ramach przygotowań do maratonu wydarzy się coś nadzwyczajnego np. stwierdzę, że nie ma fajniejszego środka treningowego od stumetrówek lub znów wpadnę na plan filmowy i ktoś zaproponuje mi główną rolę, nie omieszkam o tym napisać! Myślę, że raz w miesiącu zrobię jakieś podsumowanie treningów, a na pewno przygotuję je po maratonie.
Dzisiaj mogę napomknąć, że mój plan treningowy wygląda nieco inaczej niż zwykle, a nawet całkiem inaczej, gdyż biegam 4 razy w tygodniu. 3 treningi są treningami jakościowymi, jeden - krótszym biegiem spokojnym. Od czasu do czasu zdarzy się dłuższe, spokojne wybieganie, ale żadnych 30-35-kilometrowych tasiemców nie przewiduję.
Zapewniam, że biegam, że ćwiczę, że kręgosłup wydaje się zadowolony z życia, za to tym razem szwankuj ą mięśnie w lewej nodze (łydka, biodrowo-lędźwiowy). Cudotwórca znów się nade mną znęca raz w tygodniu, pocieszając, że z konsekwencjami dwóch złamań w ciągu 7 miesięcy będę borykać się jeszcze przez jakiś czas. Kupiłam "berety" do ćwiczeń, mata do jogi i ja znów często się do siebie przytulamy - może jakoś to będzie?
Jadę niedługo na 4 dni w Pieniny, więc przed długą przerwą nacieszę się jeszcze górskimi krajobrazami oraz podbiegami i zbiegami.
Mam nowe szosówki (Saucony Cortana 2) oraz dostałam do testowania kosmicznie wyglądające trailówki (Nike Zoom Terra Kiger). Napiszę coś o jednych i drugich, kiedy już zdążę się z nimi bardziej oswoić. Po pierwszym bieganiu w Cortanach (ponad 12 km, ale nie wiem, ile dokładnie, bo Garmin nie zapamiętał danych z treningu) mogę powiedzieć tyle, że na początku miałam wrażenie biegania w baletkach, czyli butach na bardzo cienkiej podeszwie. Dosłownie wydawało mi się, że dotykam skarpetką płyt chodnikowych. Przedziwne.
No i tyle u mnie słychać.
sobota, 31 sierpnia 2013
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
Permanentny deficyt czasu - zaliczam go do chorób cywilizacyjnych :) .
Trenujesz 4 razy w tygodniu i to pod maraton? A w jaki czas celujesz?
@Borman, ale wcześniej trenowałam 3 razy w tygodniu (przez kilka lat z rzędu) ;) Przed Erą Ironmana dochodziły do tego jeszcze 2 siłownie tygodniowo, a potem już tylko 1 albo 1 crossfit. Teraz 4 treningi biegowe i jeden siłowy. No i codzienne rozciąganie. Na razie nie celuję w żaden czas. Mam pod coś ustawione tempa treningowe, ale zobaczę za miesiąc, jak to wygląda. Moim marzeniem jest, żeby się nie rozsypać na kawałki w trakcie przygotowań i maratonu :)
Mam nadzieję, że co jakiś czas coś napiszesz. Twoje teksty - nawet najzwyklejsze podsumowania tygodnia - czyta się rewelacyjnie.
@Adam, oczywiście, że napiszę :) Tylko trudno mi teraz prowadzić cotygodniową kronikę wypadków. Treningi zapisuję w zeszycie A4 ;) Miło mi, że lubisz czytać moje wywody :D
Prześlij komentarz