Przebiegłam już kilka maratonów, bywało się na obozach biegowych, ale nigdy jeszcze mój organizm nie sygnalizował tak dobitnie, że go nieco pognębiłam. W pierwszym tygodniu po MGS czułam się raczej marnie. Było mi ciągle zimno i na myśl o zjedzeniu czy wypiciu czegoś chłodnego miałam dreszcze obrzydzenia. Czułam się "przed-przeziębieniowo", czyli rozbita, zakichana, z drapiącym gardłem. Spokojnie, mówiłam sobie, trzeba przeczekać, odespać i odkarmić.
Przeszło.
W pierwszym tygodniu biegałam raz - 35 minut po wydmach falenickich. Poza tym tuningowałam kręgosłup u Cudotwórcy, rozciągałam się, jadłam ciągle kaszę jaglaną na dziesiątki sposobów i piłam rozgrzewające herbatki.
A potem zaczęło się nasze maleńkie lato, czyli wyjechaliśmy z Ironmanem na wywczas na Podlasie, na którym część "odkarmianie" przychodziła mi z ogromną łatwością. Zaczęłam po trochu truchtać - za radą Agnieszki - po pół godziny na wyjście. Bez patrzenia na Garmina, bez żadnych założeń szybkościowych. La liberta'! Rozciągałam się, ganiałam za pędzącym na swoim rowerku Ironmanem, kursowałam na trasie: odludzie - stacja PKP w Białej Podlaskiej, z regularnością autobusu, gdyż ciągle ktoś do nas przyjeżdżał lub od nas wyjeżdżał, obserwowaliśmy życie bocianów, zdarzało się zaskoczyć jelonka buszującego w zbożu, zrywaliśmy poziomki i dziko rosnące maliny. Po 9 dniach sielanki, wróciliśmy do Warszawy z mocnym postanowieniem - za 3 dni wracamy! I wróciliśmy, tzn. ja z Ironmanem. Pierwszy raz jechałam z nim sama w dłuższą trasę, ale wszystko udało się znakomicie. Ironman najpierw przez prawie godzinę czytał jedną z ulubionych książek, potem przez 1,5 spał, a potem już było blisko celu, więc udało się załagodzić różne kryzysy repertuarem śpiewanym. Ufff...
A potem zaczęło się nasze maleńkie lato, czyli wyjechaliśmy z Ironmanem na wywczas na Podlasie, na którym część "odkarmianie" przychodziła mi z ogromną łatwością. Zaczęłam po trochu truchtać - za radą Agnieszki - po pół godziny na wyjście. Bez patrzenia na Garmina, bez żadnych założeń szybkościowych. La liberta'! Rozciągałam się, ganiałam za pędzącym na swoim rowerku Ironmanem, kursowałam na trasie: odludzie - stacja PKP w Białej Podlaskiej, z regularnością autobusu, gdyż ciągle ktoś do nas przyjeżdżał lub od nas wyjeżdżał, obserwowaliśmy życie bocianów, zdarzało się zaskoczyć jelonka buszującego w zbożu, zrywaliśmy poziomki i dziko rosnące maliny. Po 9 dniach sielanki, wróciliśmy do Warszawy z mocnym postanowieniem - za 3 dni wracamy! I wróciliśmy, tzn. ja z Ironmanem. Pierwszy raz jechałam z nim sama w dłuższą trasę, ale wszystko udało się znakomicie. Ironman najpierw przez prawie godzinę czytał jedną z ulubionych książek, potem przez 1,5 spał, a potem już było blisko celu, więc udało się załagodzić różne kryzysy repertuarem śpiewanym. Ufff...
Przed wyjazdem z Warszawy udało mi się wyskoczyć na poranne bieganie z koleżanką - zrobiłyśmy 8,5 km niespiecznego biegania po Łazienkach i przyległościach. To był pierwszy trening z nowego planu, otrzymanego od Agnieszki, obejmującego fazę rozruchu przed obozem, na którym, jak obiecała A., zacznę orkę. Domyślam się.
Na odludziu zrobiłam jeszcze 10-kilometrowy cross w upalny niedzielny poranek (podbiegi - juhuuuu!) oraz zafundowałam mężowi i sobie fantastyczne popołudnie z TRX-em oraz matą do ćwiczeń.
Od niedzieli zrobiło się masakrycznie gorąco, a, kiedy mąż wyjechał, nie miałam zmiennika do pilnowania Ironmana. Zostało tylko rozciąganie.
We wtorek wieczorem wróciliśmy do Warszawy. Koniec racuszków z jabłkami na śniadanie, koniec pierogów z soczewicą i placków ziemniaczanych na kolację, koniec ciast na deser po obiedzie, koniec wylegiwania się na kocu pod lipami, podczas gdy młodzież poniżej 1 metra wzrostu szaleje w dmuchanym baseniku albo piaskownicy - koniec maleńkiego lata.
W środę znów tuningowałam kręgosłup u Cudotwórcy. Od czwartku dostałam nerwicy beztreningowej. Zaplanowałam sobie wyjście na siłownię, ale dzień potoczył się tak, że nie miałam szansy na nią dotrzeć przed wieczorem. No a wieczorem już mi się nie chciało wychodzić z domu. Wyprawiłam więc swoich chłopaków na wycieczkę z Ironmanowym rowerkiem, wyciągnęłam matę, piłkę "swiss ball", zrobiłam rozgrzewkę i zabrałam się za piękny łomot, czyli 40-45-minutowy trening na bardzo krótkich przerwach. Były burpees, wykroki, wykroki z trzymaniem starej piłki do nogi (zamiennik piłki lekarskiej) i skręcaniem tułowia, deska, podpór bokiem, ćwiczenia na brzuch - skośne i proste, "motylki" i nie pamiętam, co jeszcze. Do tego rozciąganie i ogromna radocha z tego, że się tak zmęczyłam.
W piątek wstałam z budzikiem, choć miałam ochotę wyrzucić go przez okno. Na szczęście byłam umówiona na trening z koleżanką, dzięki czemu wyłączyłam budzik i wyturlałam się z łóżka, po czym, w stanie śpiączki, przebrałam się w ciuchy biegowe, zjadłam co-nieco, wypiłam ziołową herbatkę i wyszłam z domu. Trening odgonił resztki senności: 1,5 km rozgrzewki, a potem 3 minuty biegu, 10 pompek, 3 minuty biegu, 20 przysiadów, i tak po 6 razy, a na koniec 2 km po 4:50 min/km. 60 pompek, 120 przysiadów i 2-kilometrówka na deser - oh, yeah! Było przefajnie, a 2-kilometrówka po 4:46-4:47, bez wielkiej zadyszki. Choć to pierwszy akcent od końca czerwca, więc mogło być różnie. Miałyśmy szczęście, bo trafił nam się w stosunkowo chłodny (poniżej 20 stopni) i pochmurny poranek.
Mimo aktywnego początku dnia, miałam w sobie jeszcze głód ruchowy, więc wpakowałam Ironmana do fotelika rowerowego i pokręciliśmy się po mieście. Nawiasem mówiąc, jazda z dzieckiem w foteliku to piękne ćwiczenie na równowagę i siłę nóg - rower jest naprawdę ciężki i nadsterowny, a dziecko zapewnia wrażenia dodatkowe, np. podskakując lub kiwając się na boki (na tyle, na ile pozwalają szelki), pokrzykując wesoło do matki, która stara się nie przytulać za mocno do jadącej obok furgonetki ani nie glebnąć na zakręcie.
Rozciąganie załatwiłam wieczorem.
Dziś chciałam wreszcie iść na siłownię, ale dzień taki piękny... Szkoda go na przerzucanie żelastwa w 4 ścianach! Na bieganie za gorąco, jeśli wstało się o hedonistycznej 9 rano. No to co? Rower! Nie wiem, ile kilometrów, nie wiem, jak szybko, wiem, że jazda przez nasłonecznione miasto była wspaniała. Spędziłam urocze popołudnie po drugiej stronie Wisły (wyjąwszy incydent z siwym panem z wąsem, który o mało nie skasował mnie na spokojnej uliczce, zwyzywał od najgorszych i sugerował przejście do rękoczynów). Jazda na rowerze sprawia mi coraz więcej przyjemności, ale, uprzedzając sugestie, nie zamierzam przerzucać się ani na kolarstwo ani na triatlon.
Patrzę na prognozy na przyszły tydzień i napełniają mnie głębokim pesymizmem, bo temperatury powyżej 30 stopni znoszę raczej kiepsko, a jak biegać, skoro nawet w nocy ma być powyżej 20??? Może przeproszę się z żelastwem. W pieczarkarni, przynajmniej teoretycznie, jest klimatyzacja.
Nicto - za tydzień będę już na obozie. Czekają na mnie Karkonosze, Góry Izerskie, zasuw od rana do wieczora. Nie mogę się doczekać!
8 komentarzy:
Dobrze, że odpoczęłaś po MGS i już czujesz się lepiej. To co, jesienią nowa życiówka w maratonie?
Musi być fantastycznie na tym Podlasiu, z dala od zgiełku i tłumów turystów :) Ale przede wszystkim zazdroszczę Ci obozu - też bym chciała, ale nie było mozliwości jednak żeby w tym terminie się wyrwać :) A kiedy maraton?
@Emilia, nie chcę epatować fałszywą skromnością, ani się zarzekać, ani robić z siebie bidusi, ale nie nastawiam się na życiówki w tym roku - co będzie, to będzie. Jak Adam Małysz, oddam jak najładniejszy skok :D
@Ava, to jest raj. Gdyby tam były prawdziwe góry, właśnie zmieniałabym adres ;) Maraton jest w ostatnią niedzielę października (chyba 27).
To ty w mojej okolicy bylas :) cudnie tu u nas, idealne miejsce na rozleniwienie i regeneracje
jaka sielana! :)
Zapachniało z tego wpisu idyllą :)
A prognozy faktycznie antybiegowe - 35 stopni - aż się cieszę na mini-roztrenowanie.
@Wiolqn, o tak - idealne! I na wakacje dla dzieciaków, które mogą zobaczyć prawdziwą wieś, tzn. taką, która nie składa się wyłącznie z betonowych płotów i pól ugorowanych za dopłaty ;)
@Itsfineirantoday, nie da się ukryć :) Choć, jeśli w tej sielance uczestniczy trzech mocno małoletnich (od 9 miesięcy do 2,5 roku), wyrzuty adrenaliny nie należą do rzadkości :)
@Adam, idealny czas na roztrenowanie albo wracanie do treningów. Cieszę się, że nie muszę w tych warunkach robić wybiegań ani akcentów :) Czekam na Twoją relację z Maratonu Karkonoskiego!
Prześlij komentarz