Wrażenia ogólne: biegałam mniej niż zwykle (tylko około 70 km), bo oszczędzałam kręgosłup, pognębiony już pierwszą wycieczką górską. Nie byłam na żadnym z dwóch treningów OWB2 - raz ze względu na kręgosłup, a drugi raz ze względu na to, że Ironman się rozchorował. Zresztą z tego powodu wróciliśmy z obozu już w nocy z piątku na sobotę. Jestem bardzo zadowolona z ilości oraz zawartości treningów siłowych - 2 crossfity i 1 trening "zwykły" oraz, tradycyjnie, z zajęć z rozciągania. Techniki, za którą nie przepadam (wybacz, Olku), doceniając jej pożyteczność, było w sam raz (3). Wolałabym więcej zajęć ze stabilizacji (były tylko jedne) - nie tylko je lubię, ale i wiem, jakie są dla mnie dobre. Na temat stołówkowego jedzenia nie chce mi się pisać - nie wiem, czy gdzieś jest dobre. Przywieźliśmy dużo swoich wiktuałów, np. kotleciki z soczewicy, falafele, pasztety wegetariańskie, domowe konfitury, miód, przyprawy. Panie z kuchni bez problemu odgrzewały nam nasze potrawy. W momentach kryzysowych chodziliśmy na pizzę i surówki. Dało się przeżyć.
Wróciłam zadowolona ze swojej formy górskiej i siłowej, bardzo niewyspana (niewygodne łóżko, hałas do późna, Ironman, który się rozchorował pod koniec pobytu), lekko zawirusowana (od 10 lat nie miałam tzw. "zimna", a teraz wyglądam jak ofiara nieudanego botoksu), odchudzona (chlip, chlip) i opalona w krótkie spodenki i koszulkę. A, i mam kratę na brzuchu. Nnnnooo, prawie kratę.
A teraz po kolei:
Sobota 10.08
Wyjeżdżamy rodzinnie z Warszawy i, ku wspólnemu zaskoczeniu, docieramy do Szklarskiej Poręby po 6,5 godzinach jazdy (wliczając w to popas pod chmurką). Ironman, zmęczony podróżą, pada, więc możemy obydwoje uczestniczyć w spotkaniu informacyjnym. Tkoboska, jaki tłum ludzi!
Niedziela 11.08
Nie damy rady iść na rozruch we dwoje. Idzie mąż, a ja szykuję Ironmana. Po śniadaniu wybieramy się we trójkę na pobliskie boisko "Orlik", żeby Olek mógł sfilmować nasze bieganie. Skip A, skip C, trucht, tempo na 10 km, tempo na 400 m, tempo na 400 m bez butów i koniec. W międzyczasie, na zmianę, gramy z Ironmanem w "nogę". Zmęczyłam się.
Po krótkiej przerwie pakujemy Ironmana do trójkołowca i biegniemy ze wszystkimi pod Regle. Tyle wspomnień sprzed 2 lat! Zatrzymujemy się po paru kilometrach i, na zmianę z mężem, robimy skipy, przeplatanki i dostawianki. Pod górkę. To z nas, które nie fika pod górkę, buduje z Ironmanem domek z kamyków i pilnuje, żeby nie wchodził nikomu pod nogi. Jacek tłumaczy nam, na czym polega "piramidka" i cała grupa rusza, a my musimy poświęcić trochę czasu na przekonanie Ironmana, żeby wrócił do swojego powozu. 2 lata temu było łatwiej. W końcu ruszamy i my - 3 minuty w tempie na 10 km, minuta przerwy, 2 minuty, przerwa, 1 minuta, przerwa, 2 minuty, przerwa, 3 minuty. Wymieniamy się prowadzeniem wózka - kiedy ja prowadzę, biegniemy moim tempem na 10 km. Kiedy prowadzi mąż - szybciej niż moje tempo na 5 km. Jest z górki, pod górkę, po kamieniach, Ironman protestuje. Byle szybciej do celu.
Dobiegamy i Jacek zachęca nas do zrobienia pętelki pod górkę. Z żalem odmawiamy, bo Ironman chce znowu wyjść, a poza tym wózek pod górkę w terenie... To nie asfaltowa Agrykola. Odnosimy za to kolejny sukces dyplomatyczny - Ironman pakuje się do wózka z ponad metrowym kijem, który okazuje się najpiękniejszą rzeczą w całym lesie i biegniemy. Po drodze zdarza się cud - młody zawodnik zasypia.
10 km na Garminie i meldujemy się pod pensjonatem.
W którymś momencie idę jeszcze na badanie u Agnieszki i mierzenie kątów przez Jacka. Agnieszka stwierdza, że mam trochę za bardzo napiętą lewą czwórkę i lewą łydkę, a poza tym ok. Jacek za to przeciera oczy ze zdumienia, bo się okazało, że przez 6 miesięcy moja prawa rzepka dokonała dziwnego obrotu wokół własnej osi i jest kompletnie nie na miejscu w stosunku do stopy. Dlaczego? Jak?
W którymś momencie idę jeszcze na badanie u Agnieszki i mierzenie kątów przez Jacka. Agnieszka stwierdza, że mam trochę za bardzo napiętą lewą czwórkę i lewą łydkę, a poza tym ok. Jacek za to przeciera oczy ze zdumienia, bo się okazało, że przez 6 miesięcy moja prawa rzepka dokonała dziwnego obrotu wokół własnej osi i jest kompletnie nie na miejscu w stosunku do stopy. Dlaczego? Jak?
Po południu oddajemy Ironmana w ręce miejscowej pani opiekunki, która okazuje się być ósmym cudem świata. Naprawdę. Sami idziemy na zajęcia z techniki i na crossfit. Na technice powtarzamy w nieskończoność różne kombinacje skipów, wieloskok, skaczemy również przez szczebelki leżących drabinek. Crossfit? Klasyka - skakanki, rzymska łaźnia, burpees, scyzoryki, wiosłowanie na TRX. Wieczorem zabieramy dziecię na godzinne rozciąganie. Nic więcej nie pamiętam.
Poniedziałek 12.08
Wycieczka biegowa!! Rozsądek każe zwalczyć pokusę i nie wybierać wersji 40 km (kręgosłup nie lubi zbiegania po kamieniach), którą kusi Jacek. Wybieram wersję 30+ i pakuję się z mężem oraz resztą wesołej wycieczki do busika wiozącego nas do Borowic. Kawałeczek asfaltu, odbijamy w prawo i zaczynamy wspinaczkę żółtym szlakiem. Naszym pośrednim celem są Pielgrzymy.
Wspinamy się stromo Doliną Jodłówki. Mamy do pokonania ponad 600 m przewyższenia na około 5-kilometrowym dystansie. Utrzymuję tempo kicającego przede mną męża, przeskakuję po kamieniach pomiędzy maleńkimi strużkami wody, nad głową szumią drzewa. Jest rześko, przyjemnie, powietrze pachnie tak, jak może pachnieć w słoneczny, górski poranek. Nagle docieramy do szlaku prowadzącego spod Świątyni Wang na Śnieżkę - co za różnica! Tłum jak na autostradzie, brukowana droga - na szczęście prędko znów skręcamy w las, z którego, niestety, wypadamy z powrotem na bruk. W miarę szybko docieramy pod Pielgrzymy, urządzamy sesję fotograficzną, zjadamy kanapki i w ogóle robimy piknik do chwili, w której do męża dzwoni Olek, pytający, gdzie się zgubiliśmy. Powinniśmy byli czekać na resztę grupy kawałeczek niżej, przy skrzyżowaniu z zielonym szlakiem. Informujemy pozostałych piknikowiczów o konieczności powrotu i prędko kicamy po kamieniach w dół. Po kolejnej sesji foto ruszamy zielonym szlakiem w stronę Odrodzenia.
No, nareszcie szlak wymagający technicznie! Kamulce, skały, góra, dół, urwisko z prawej, ściana z lewej, przeskakiwanie przez strumyczki i kałuże. Ekstaza! Prawie jak w Stołowych. Dobiegam do Odrodzenia głodna, zmęczona, ale bardzo zadowolona. Moje zadowolenie sięga zenitu, gdy zjadam dobre naleśniki z jagodami i zmieniam mokre rzeczy (skarpetki i koszulka) na suche.
Grupa kontuzjowana (kolanowcy, pasmowcy, itp.) ma biec czerwonym szlakiem do Szrenicy i tam wsiąść, pod rygorem ściągnięcia na siebie gromów Agnieszki, na wyciąg (przy problemach z kolanami i pasmem piszczelowo-biodrowym zbieganie jest rozrywką zakazaną). Reszta, w tym ja, pobiegła niebieskim szlakiem po czeskiej stronie. Medvedi Bouda, Martinova Bouda, zielony szlak w stronę Labskiej Boudy, żółty szlak na Śnieżne Kotły, na których tradycyjnie mroził arktyczny wiatr, czerwony szlak do Mokrej Przełęczy, zielony szlak (Mokra Droga) do schroniska pod Łabskim Szczytem i wreszcie przerwa. Gdzieś w okolicach Mokrej Przełęczy, poczułam, że jestem okropnie głodna i kończy mi się paliwo. 16 km między jednym punktem odżywczym a drugim, to trochę za dużo dla takiego głodomora jak ja. Olek poratował mnie połówką batonu i mieszanką pestek słonecznika z rodzynkami, co wystarczyło, żebym z trybu zombie przeszła do trybu "bieg". W schronisku postanowiłam naładować się cukrem, zresztą nic specjalnie zachęcającego do jedzenia nie było - wypiłam 1/3 półlitrowej butelki Coli (fuj) i zjadłam pół batonika Prince Polo XXL (fuj fuj). Tak nabuzowana sacharozą nie miałam innego wyjścia - musiałam zbiegać spod Łabskiego Szczytu z zachowaniem wszelkich nauk męża - wyciągaj nogi, wbijaj pięty i nie waż się hamować. Wyhamowałam dopiero przy dolnej stacji wyciągu na Szrenicę.
Jeszcze kawałek nudnego asfaltu i, mając ok 33 km na liczniku (nie włączyłam Garmina od razu po starcie), dobiegam pod drzwi pensjonatu. Ponad 1300 m w górę i ponad 1300 w dół. Podobało mi się!
Wykres autorstwa Jacka Gardenera (brakuje końcowych 8 km)
Wieczorem rozciągaliśmy się w basenie, a także udało mi się skorzystać z kilku minut grzania kości w saunie. Ale największą nagrodą była pizza na kolację. Niewiele brakowało, a zjadłabym ją razem z talerzem.
Złą wiadomością dnia było to, że kręgosłupowi zdecydowanie nie spodobało się zbieganie po kamieniach. Zablokował się tak, że nie odpuścił już do końca pobytu.
O ile dobrze pamiętam, w poniedziałek wieczorem miałam jeszcze omawianie badania, kątów i techniki biegowej. Jest lepiej niż było w lutym - mniej machania na boki, mniej "kaczkowania" (człap, człap- stopy na boki), ale jeszcze nie wróciłam do poziomu sprzed dwóch lat. Badanie kątów nie odpowiada temu, co widać po butach, a nic nie odpowiada temu, co widać, gdy biegam - statyka nie pokrywa się z dynamiką. Jacek stwierdził, że nie wie, o co chodzi. Ja tym bardziej. Powinnam zwracać uwagę na to, żeby lądować stopą pod osią ciała, a nie z przodu, bo to obciąża kręgosłup. I to chyba wszystko.
O ile dobrze pamiętam, w poniedziałek wieczorem miałam jeszcze omawianie badania, kątów i techniki biegowej. Jest lepiej niż było w lutym - mniej machania na boki, mniej "kaczkowania" (człap, człap- stopy na boki), ale jeszcze nie wróciłam do poziomu sprzed dwóch lat. Badanie kątów nie odpowiada temu, co widać po butach, a nic nie odpowiada temu, co widać, gdy biegam - statyka nie pokrywa się z dynamiką. Jacek stwierdził, że nie wie, o co chodzi. Ja tym bardziej. Powinnam zwracać uwagę na to, żeby lądować stopą pod osią ciała, a nie z przodu, bo to obciąża kręgosłup. I to chyba wszystko.
Bieganie po asfalcie jest nudne! (foto A. Senk)
Widok z okolic Labskiej Boudy
Śnieżne Kotły - ziiiimnooo (zdjęcie A. Senk)


3 komentarze:
Ale fajny obóz :) Jak się chce biegać po górach to chyba taka impreza to mus. No z Ironmanem to chyba faktycznie nie było łatwo, bo mały człowiek ma coraz bardziej swoje zdanie i swoje pomysły więc wyobrażam sobie że musiało być trochę cieżko - ale z drugiej strony, niektorzy z powodu dziecka rezygnują w ogóle z takich wyjazdów, bo nie chce im się podejmować trudu. Trzymam kciuki żeby twoj kręgosłup się szybko odblokował :)
Czytało się rewelacyjnie, czekam na ciąg dalszy.
Z rzeczy organizacyjnych fajnie by było, gdyby na obozach dla sportowców, nawet amatorów, było w miarę cicho w nocy, żeby można było się regenerować i żeby jedzenie trzymało pewien poziom.
Cała reszta tego co opisałaś absolutnie zachęca do natychmiastowego zapisana się na taki wyjazd :)
@Ava, dziękuję za kciuki - przydają się :)
@Adam, będzie ciąg dalszy, tylko muszę się poobozowo ogarnąć ;) Jeśli chodzi o jedzenie, niestety w placówkach zbiorowego żywienia króluje bylejakość. Niby nie dostawaliśmy rzeczy w panierce, smażonych, była kasza, ale opcja wege na kolację w piątek dostała (jako dodatek do kaszy, ryżu lub makaronu) chiński sos z torebki. Brokuły i brukselka z mrożonki w pełni sezonu na warzywa i owoce to też lekkie przegięcie. Tak po prostu jest i już :(
Prześlij komentarz