Czy ktoś oglądał "Piątek z Pankracym" i pamięta, że kukiełkowy pies czasami wzdychał i mówił "tak sobie leżę i myślę"? Nowienc tak sobie leżałam na kocyku pod podlaskimi lipami, wystawiając kończyny do słońca w celu łapania wit D i myślałam, co by tu dalej.
Spełniłam swoje marzenie o maratonie górskim. Co prawda nie wyszedł on tak, jak to sobie wymarzyłam, gdyż nawet w najbardziej hipochondrycznym scenariuszu nie przewidziałam strajku kręgosłupa (nieno, w najbardziej hipochondrycznym łamałam nogę i zwoził mnie GOPR, więc już wolę wygibasy przy bufetach), ale dotarłam do mety prawie pół godziny przed jej zamknięciem i starałam się być twarda jak wola Ironmana, gdy odmawia udania się na drzemkę.
No i co teraz?
Jasna sprawa, w kalendarzu zaznaczyłam 27 października i już od dawna mamy bilety do Helwecji, ciesząc się na maraton w Lozannie oraz najmilsze spotkania. A co przed, co po?
Zaczęłam od porządnego roztrenowania. Przez dwa tygodnie co jakiś czas truchtałam sobie przez 30 minut. Czasem szybciej, czasem wolniej, czasem po płaskim, częściej po pagórkach. Trochę ćwiczyłam, dużo się rozciągałam, Cudotwórca rozkleszczał mój kręgosłup, Ironman go zakleszczał z powrotem. Dostałam nowy plan biegowo - ćwiczeniowy.
10 sierpnia wyjeżdżamy na obóz biegowy do Szklarskiej Poręby. Już śni mi się, że jadę w stronę Jeleniej Góry i widzę przez szybę samochodu Karkonosze ze stacją przekaźnikową przy Śnieżnych Kotłach. Czuję smak naleśników z jagodami w Chatce Górzystów. Ach... już niedługo!
Wiosną myślałam, żeby pobiec w półmaratonie w Tarczynie i poprawiać życiówkę z Warszawy. Przykra sprawa, ale na myśl o ściganiu się po asfalcie, mam dreszcze obrzydzenia. Więc z Tarczyna chyba nici.
Wybieramy się do Krynicy na Festiwal Biegowy, gdyż, dzięki uprzejmości biegającej koleżanki (macham do Ciebie, J.!), dostaliśmy pakiety na Życiową Dychę, którą zamierzamy pobiec z Ironmanem w wózku i w ten sposób uczcić dziesiątą rocznicę ślubu (jej! starzy rodzice i dziecko!).
Być może pobiegnę jakoś żwawiej w Biegnij Warszawo, bo przez kilka lat z rzędu zawsze byliśmy w terminie biegu wyjechani, a teraz będzie okazja do odświeżenia wspomnień z Run Warsaw 2007, czyli mojego (naszego) debiutu startowego.
Być może poprowadzę koleżankę w Biegu Niepodległości, a na pewno nie pobiegnę w nim na wynik. Po pierwsze, nie wierzę w superkompensację po maratonie (tzn. nie wierzę, że zadziała u mnie), a po drugie obiecałam sobie uroczyście 2 lata temu, że nigdy więcej nie będę biec na życiówkę w BN. No więc.
A potem zacznę wielkie roztrenowanie, połączone z powrotem na jogę i pracą na siłowni, żeby się nie rozlecieć na kawałki.
Integralność cielesna jest dla mnie bardzo ważna, gdyż mam już prawie sprecyzowane cele na 2014. Nie wiem jeszcze, czy pobiegnę w jakimś wiosennym maratonie. Natomiast wiem, że chciałabym wystartować w Biegu Marduły (25,5 km w Tatrach). Jeśli chodzi o dłuższy bieg górski waham się pomiędzy Cortina Trail (46 km w Dolomitach) a Maratonem Gór Stołowych (moje serce zostało w Pasterce i nie czuję, gdy rymuję). W odwodzie mam inny bieg w Dolomitach (54 km) odbywający się we wrześniu oraz Maraton Karkonoski. Wszystko zależy.
Nie ukrywam, że bieganie w górach jest dla mnie o wiele bardziej nęcące niż znęcanie się nad swoją psychiką w celu wyciśnięcia jeszcze paru sekund albo minuty z dystansów asfaltowych. O tych tartanowych wolę nawet nie wspominać, gdyż po przygodach w Górach Stołowych trzeba by było "all the king's horses and all the king's men", żeby mnie wyciągnąć na tłuczenie okrążeń w ramach WTC, niezależnie od tego, jak fantastycznie takie tortury wpłynęłyby na moją dynamikę biegu i inne parametry. Sarenki stadionowej już ze mnie raczej nie będzie.
Ktoś zapytał po MGS, jak można biec przez 8 godzin. Uściśliłam, że przez 8 godzin nie tylko biegłam, lecz także szłam i leżałam, zatem nuda mi nie groziła. Niemniej jednak, w górach mogę wytrzymać znacznie więcej, niż wytrzymałabym na płaskim asfalcie lub tartanie. Wystarczy rozejrzeć się, odetchnąć głębiej, żeby poczuć w sobie nowe pokłady siły - takie, o jakich istnienie nigdy się nie podejrzewałam. W górach wszystko jest możliwe i do biegów górskich chciałabym przygotowywać się tu, na płaskim jak naleśnik Mazowszu. Nie dla życiówek, nie dla ścigania się - ale dlatego, że mi się to podoba, sprawia mi frajdę, kręci.
I tyle, moi drodzy, na kocyku pod lipami wymyśliłam.
wtorek, 23 lipca 2013
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
Pankracego pamiętam (choć dopiero co miałem dopiero szóstą rocznicę ślubu), ale tekstu o leżeniu i myśleniu niestety nie...
Jesteś kolejną osobą która roztacza achy i ochy nad bieganiem po górach. Cholibka, w tym musi coś być ;-)
A pomysł poprowadzenia kogoś w BN niezgorszy - może też tak zrobię (o ile znajdzie się ktoś, kto chciałby być przeze mnie poprowadzony)?
Hm, dostrzegam pewne podobieństwa :)... do mojego niedawnego "leżę i myślę". Też nagle zaczęłam myśleć że ten Tarczyn nie ma sensu i że wolę np. góry albo inny bieg, który będzie czymś więcej niż tylko tłuczeniem po asfalcie. Ostatecznie jednak tam biegnę, bo się wcześniej zapisałam, ale w 2014 bez gór się nie obejdzie :)) Chociaż wiele po nich nie biegałam (w przeciwieństwie do Ciebie) to myślę, że wlaśnie to co napisałaś, że "Wystarczy rozejrzeć się, odetchnąć głębiej, żeby poczuć w sobie nowe pokłady siły" jest powodem, dla którego bieg po górach jest czymś wyjątkowym, taką "cudowną katorgą" :) A zatem Haniu powodzenia w Twoich planach, bo piękne są!
@DrProctor, góry odkryłam dla siebie dosyć późno, więc jest to miłość dojrzała i głęboka :) Zaczęło się od powrotu na narty (miałam w tym długą przerwę), a potem już potoczyło się swoim torem :)
@Ava, przeczytałam Twój post, gdy byłam w trakcie klecenia swojego. Na Podlasiu miałam rzadko więcej niż 10 minut przy komputerze, co miało swoje dobre strony :) Chyba taki czas w roku na refleksje dobry ;) Dziękuję Ci za dobre słowo!
strach Cię zostawiać na chwilę bezczynnie po dlipą :)
A dlaczego BN tak Ci do życiówek nie pasuje? Wszak trasa, teoretycznie oczywiście, pierwsza klasa.
A Bieg Marduły kusi nie tylko Ciebie, oj kusi :)
@Wiolqn, tak całkiem bezczynnie to nie ;)
@Adam, trasa jest w porządku, ale przepychanie się na pierwszych dwóch kilometrach, samochód z Piłsudskim na wiadukcie - nie na moje zdrowie ;) A ustawiać się w strefie dla biegnących na 35 minut nie zamierzam :)
Prześlij komentarz