W niedzielę wieczorem zacisnęłam zęby, założyłam białą koszulkę z różowym, różową bransoletkę, przypięłam różowy chip do sznurowadeł w neonowych butach. I wio do Parku Fontann, gdzie znajdowało się miasteczko biegowe oraz start i meta She Runs the Night. Pierniczę - i tak boli, a nie odpuszczę sobie wieczoru "na mieście". 3 tygodnie wcześniej impreza została odwołana z powodu zalania Warszawy i cofnięcia przez miasto stosownego zezwolenia. W tę niedzielę pogoda do biegania była idealna - rześko, bez deszczu, w kolorach zachodzącego słońca. Nawet komary nie dokuczały, bo przegnał je wiatr.
Debiutantka, której miałam towarzyszyć na dystansie 5 km, nie zdradzała oznak PP. Zrobiłyśmy rozgrzewkę, oddałyśmy towarzyszącym nam chłopakom cieplejsze rzeczy i ustawiłyśmy się w oczekiwaniu na start. Który, niestety, opóźnił się o około pół godziny. Niestety nie wiem dlaczego. Przynajmniej spotkałam inne koleżanki, więc czas mijał szybko i wesoło. Ale w końcu padł strzał i ruszyłyśmy.
Nawet trudno opisać, jak miło i pięknie biegło się niespiesznie przez najładniejsze fragmenty Warszawy, przy nieomal nieustającym dopingu kibiców (takich tłumów nie widziałam nigdy, przenigdy w Warszawie!), w zapadającym zmierzchu. Coś niesamowitego! Nie zaglądałam do tajemniczych pętli (energii, światła, przyspieszenia), bo debiutantka nie chciała zwiększać dystansu do przebiegnięcia, ale sposób ich oznakowania, sposób oznakowania kilometrów (świecące słupo - ekrany) - robiły wrażenie.
Wbiegłyśmy nieco wolniej po ślimaku na Karowej, dopiero pod koniec przechodząc do marszu, bo pojawiła się kolka. Przerw na marsz było jeszcze parę, aż w końcu spojrzałam na zegarek i powiedziałam tak "Możemy jeszcze przybiec poniżej 30 minut, ale musisz już biec bez przerwy. Dobrze wyglądasz, nie mdlejesz, nic Ci nie odpada - lecimy." Na protest "nie wiem, co na to mój brzuch", odparłam w stylu Najlepszego Zająca (tak, kochanie, to o Tobie) "trudno, najwyżej się porzygasz na mecie". I poleciałyśmy, przy czym zostałam nieźle zaskoczona na ostatnich 300-400 metrach tempem, jakie narzuciła sobie dzielna zawodniczka. Zagrzewałam ją więc do jeszcze ostrzejszego finiszu i... udało się - wbiegłyśmy po czerwonym dywanie, w błysku fleszy i przy dopingu naszych chłopaków przekroczyłyśmy metę z czasem 29:47. Hura i wielkie brawa dla M.! Która, nawiasem mówiąc, jak już się rozbiega, będzie kosiła takie życiówki, że hej - wysportowana, szczupła, z długimi po szyję nogami.
Chłopaki podały nam przez płot ciepłe ubrania, odebrałyśmy przydziałową wodę, a następnie, z rąk postrojonych smokingowo panów, słynne medaliki okolicznościowe. Popatrzyłam jeszcze na podświetlone kolorowo fontanny, na prośbę Debiutantki zrobiłyśmy sobie zdjęcie z jednym z wysmokingowanych panów i poszłyśmy w górę ul. Sanguszki do punktu zbiórki z chłopakami.
Co prawda nie skorzystałam z żadnych atrakcji towarzyszących typu manikiur, porady stylistki, porady dietetyczne (może trzeba było pójść i powiedzieć, że chcę schudnąć i zobaczyć, co dietetyk na to?), a na koncercie Hey nie mogłam zostać, ale wieczór zaliczam do naprawdę udanych. Jestem pod wrażeniem organizacji miasteczka biegowego - poustawianych kierunkowskazów, namiotów, które nie wyglądały jak skrzyżowanie jurty ze straganem, jednolitego, przemyślanego zaprojektowania całości.
Tak jak pisałam, jedyna rysa na szkle to opóźniony start. No ale, skoro bieg był tylko częścią kilkugodzinnej imprezy, może nie miało to aż takiego znaczenia?
Jeśli chodzi o kręgosłup, w trakcie biegu nie bolał w ogóle, ale po - strasznie. Jestem już po jednej wizycie u Cudotwórcy, który potwierdził moją diagnozę - blokada odcinka lędźwiowego i zapadnięcie kości krzyżowej, czyli nie dziwota, żem taka poskręcana. Po 40-minutowych wygibasach część blokady puściła i czuję się lepiej, ale robię w domu 2 x dziennie zadane ćwiczenie i wybieram się jutro na ostateczne starcie. Po cichutku zanoszę prośby do wszelkich możliwych Instancji Wyższych o to, żeby w sobotę kręgosłup nie dokuczał mi za bardzo na trasie. Na mecie może się nawet porzygać.
Debiutantka, której miałam towarzyszyć na dystansie 5 km, nie zdradzała oznak PP. Zrobiłyśmy rozgrzewkę, oddałyśmy towarzyszącym nam chłopakom cieplejsze rzeczy i ustawiłyśmy się w oczekiwaniu na start. Który, niestety, opóźnił się o około pół godziny. Niestety nie wiem dlaczego. Przynajmniej spotkałam inne koleżanki, więc czas mijał szybko i wesoło. Ale w końcu padł strzał i ruszyłyśmy.
Nawet trudno opisać, jak miło i pięknie biegło się niespiesznie przez najładniejsze fragmenty Warszawy, przy nieomal nieustającym dopingu kibiców (takich tłumów nie widziałam nigdy, przenigdy w Warszawie!), w zapadającym zmierzchu. Coś niesamowitego! Nie zaglądałam do tajemniczych pętli (energii, światła, przyspieszenia), bo debiutantka nie chciała zwiększać dystansu do przebiegnięcia, ale sposób ich oznakowania, sposób oznakowania kilometrów (świecące słupo - ekrany) - robiły wrażenie.
Wbiegłyśmy nieco wolniej po ślimaku na Karowej, dopiero pod koniec przechodząc do marszu, bo pojawiła się kolka. Przerw na marsz było jeszcze parę, aż w końcu spojrzałam na zegarek i powiedziałam tak "Możemy jeszcze przybiec poniżej 30 minut, ale musisz już biec bez przerwy. Dobrze wyglądasz, nie mdlejesz, nic Ci nie odpada - lecimy." Na protest "nie wiem, co na to mój brzuch", odparłam w stylu Najlepszego Zająca (tak, kochanie, to o Tobie) "trudno, najwyżej się porzygasz na mecie". I poleciałyśmy, przy czym zostałam nieźle zaskoczona na ostatnich 300-400 metrach tempem, jakie narzuciła sobie dzielna zawodniczka. Zagrzewałam ją więc do jeszcze ostrzejszego finiszu i... udało się - wbiegłyśmy po czerwonym dywanie, w błysku fleszy i przy dopingu naszych chłopaków przekroczyłyśmy metę z czasem 29:47. Hura i wielkie brawa dla M.! Która, nawiasem mówiąc, jak już się rozbiega, będzie kosiła takie życiówki, że hej - wysportowana, szczupła, z długimi po szyję nogami.
Chłopaki podały nam przez płot ciepłe ubrania, odebrałyśmy przydziałową wodę, a następnie, z rąk postrojonych smokingowo panów, słynne medaliki okolicznościowe. Popatrzyłam jeszcze na podświetlone kolorowo fontanny, na prośbę Debiutantki zrobiłyśmy sobie zdjęcie z jednym z wysmokingowanych panów i poszłyśmy w górę ul. Sanguszki do punktu zbiórki z chłopakami.
Co prawda nie skorzystałam z żadnych atrakcji towarzyszących typu manikiur, porady stylistki, porady dietetyczne (może trzeba było pójść i powiedzieć, że chcę schudnąć i zobaczyć, co dietetyk na to?), a na koncercie Hey nie mogłam zostać, ale wieczór zaliczam do naprawdę udanych. Jestem pod wrażeniem organizacji miasteczka biegowego - poustawianych kierunkowskazów, namiotów, które nie wyglądały jak skrzyżowanie jurty ze straganem, jednolitego, przemyślanego zaprojektowania całości.
Tak jak pisałam, jedyna rysa na szkle to opóźniony start. No ale, skoro bieg był tylko częścią kilkugodzinnej imprezy, może nie miało to aż takiego znaczenia?
Jeśli chodzi o kręgosłup, w trakcie biegu nie bolał w ogóle, ale po - strasznie. Jestem już po jednej wizycie u Cudotwórcy, który potwierdził moją diagnozę - blokada odcinka lędźwiowego i zapadnięcie kości krzyżowej, czyli nie dziwota, żem taka poskręcana. Po 40-minutowych wygibasach część blokady puściła i czuję się lepiej, ale robię w domu 2 x dziennie zadane ćwiczenie i wybieram się jutro na ostateczne starcie. Po cichutku zanoszę prośby do wszelkich możliwych Instancji Wyższych o to, żeby w sobotę kręgosłup nie dokuczał mi za bardzo na trasie. Na mecie może się nawet porzygać.
3 komentarze:
Wygląda na to,że ta impreza ma naprawdę oryginalną oprawę. Brzmi świetnie! I gratulacje dla debiutantki :-)
To, jakie kłody pod nogi rzuca Twój kręgosłup przechodzi ludzkie pojęcie. Prawdziwe szczęście w tym wszystkim, że się lubisz rozciągać :)
Jako postronny i dopingator też byłem pod wrażeniem imprezy, było super!:)
A cytat "trudno, najwyżej się porzygasz na mecie" muszę na stałe wpisać do kanonu moich motywatorów, dzięki!
Prześlij komentarz