wtorek, 9 lipca 2013

O tym, jak leżeć przy bufecie, czyli MGS 2013

Na początku uprzedzam: post jest nieomal tak długi, jak długa była trasa Maratonu Gór Stołowych i może zawierać brzydkie wyrazy oraz pewną dozę egzaltacji.

Do roboty:

Spełniłam swoje marzenie, czyli wystartowałam w górskim maratonie i dotarłam do jego mety w regulaminowym limicie czasu. Po drodze działo się wiele ciekawych rzeczy, bo takie już moje szczęście.

Pomijając wszystkie szczegóły logistyczne poprzedzające start, 6 lipca dojechaliśmy z mężem, najwspanialszym kibicem, jakiego sobie można wymarzyć (o tym będzie jeszcze dalej) do Karłowa. Było pochmurno, raczej chłodno. Zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę schroniska w Pasterce, przy którym znajdował się start. 2 km marszu i byliśmy na miejscu. Od razu zachciało mi się czegoś ciepłego do picia i postanowiłam zjeść przyniesioną ze śniadania bułkę z dżemem (byłam tak zdenerwowana, że wcześniej ledwo cokolwiek w siebie wmusiłam). Usiedliśmy w schronisku, wypiłam gorącą wodę z dużą ilością cytryny, przyszedł nasz kolega, przy starcie spotkaliśmy Blogaczy - Pawła, Radka oraz Sławka, jeszcze trochę znajomych. Na razie uroczo, tylko skąd motyle w brzuchu?

Dostałam od męża buziaka i kopa na szczęście. Ustawiłam się bliżej tyłu biegnących, żeby, broń Boże, nie blokować nikogo ze ścigających się, padł strzał i ruszyliśmy. Przez pierwsze kilometry było łatwo - duktami leśnymi trochę pod górę, trochę płasko, trochę z góry. Nic strasznego, tylko tłok okropny i trudno było w nim utrzymać swoje tempo. Uzgodniliśmy z napotkanym po paru kilometrach znajomym, że postaramy się trzymać razem, bo jemu lepiej idą zbiegi, a mnie podbiegi, więc zawsze jakoś tam będziemy się holować. Przekroczyliśmy granicę Czech i niedługo po tym zaliczyliśmy pierwszy ostrzejszy podbieg. Nadal - nic strasznego. Wbiegliśmy między skały, w których zrobiło się gorzej - bardzo ciasno, niektórzy mieli problem ze zbieganiem / schodzeniem po skałach, więc kilka razy staliśmy w wąskich gardłach w miejscu i czekaliśmy na swoją kolejkę do przedostania się przez szczelinę pomiędzy gigantycznymi głazami. Potem zrobił się roller-coaster - mocno w górę albo w dół, zawsze po skałach, między skałami, po wystających korzeniach, aż wreszcie znowu znaleźliśmy się na nieco bardziej ucywilizowanej ścieżce leśnej i wypadliśmy na pierwszy bufet (8-9 km). Tam spędziłam dosłownie 2-3 minuty - tyle, ile było trzeba na wypicie wody, zjedzenie banana i pomarańczy. I wio, bo znajomy gonił. Biegłam ciągle asekuracyjnie, tzn. starałam się nie obijać zanadto, ale i nie szaleć, bo nie wiedziałam, co jeszcze mnie czeka na trasie.

Niedługo po bufecie zaczął się konkretny bal. Nie pamiętam prawie nic, oprócz ciągłego zbiegania po kamieniach i korzeniach, a następnie wbiegania po nich ostro pod górę. Były kamienne schody, kolejne "ucha igielne" między skałami. Gdzieś na 11 a może 12 km tej zabawy, gdy po raz kolejny zeskoczyłam z kamienia na kamień, poczułam znajome PYK w dole kręgosłupa, a potem narastający ból.

"Owmordę" pomyślałam sobie. To pięknie.

Zwolniłam i coraz częściej przechodziłam do marszu, bo szybsze zbieganie i łupanie piętami o kamienie sprawiało mi jeszcze więcej bólu. Wydostaliśmy się już z imponującego labiryntu skał i wbiegaliśmy / wchodziliśmy do lasu. W lesie starałam się biec jak najwięcej, korzystając z w miarę przyjaznego podłoża, ale bolało strasznie. Zaczęłam mieć kłopoty z normalnym oddychaniem. Pomyślałam sobie, że dotrę do drugiego bufetu (tego samego, co pierwszy) i tam będzie czekał na mnie mąż, więc będę mogła zejść z trasy i zabrać się z nim z powrotem. Wybiegłam na polanę, na końcu której widać było bufety. Przeszłam znów do marszu. Zobaczyłam męża, który machał do mnie z daleka i wybiegł mi na przeciw, próbując zrobić zdjęcie, ale właśnie byłam się pobeczałam, więc poprosiłam, żeby może nie uwieczniał akurat TEJ chwili. Doszliśmy do bufetów. Mąż zaczął mnie motywować: zobaczysz, rozciągniesz się i będzie dobrze, nie rezygnuj! Położyłam się w cieniu i po chwili zaczęłam robić ćwiczenia na rozluźnienie odcinka lędźwiowego. Trochę dziwnie ludzie patrzyli, ale miałam to wtedy nieco poniżej kości ogonowej. Usiadłam. Zjadłam coś, napiłam się, znowu poleżałam i porozluźniałam te nieszczęsne plecy. Pomogło.

Wstałam jak nowo narodzona, umówiłam się z mężem, że będzie na mnie czekał przy czwartym bufecie (Błędne Skały) i pobiegłam dalej, a mąż zabrał do Karłowa panią, która zeszła z trasy z powodu kontuzji kolana.

Pierwsze kilometry następnego odcinka były wręcz zaskakująco łatwe - asfaltowa droga, w miarę płaska - fajnie się po niej biegło. Zwłaszcza, że kręgosłup nie bolał, węglowodany krążyły w żyłach, a szczęście z pokonania bolesnego kryzysu tryskało uszami. Podbiegłam, zbiegłam, podoganiałam i poprzeganiałam ludzi, którzy opuścili bufet kilka minut przede mną. Jednak kolegi, z którym mieliśmy się holować, już nie dogoniłam. Może dlatego, że on przy bufecie zabawił 2 minuty, a ja na pewno ponad 10.

Minął półmetek, wszystko wyglądało cudownie - piękny las, niezbyt trudna trasa pod górkę i nagle PYK po raz drugi. W zasadzie to już nie było PYK, tylko (przepraszam wrażliwych na kulturę słowa) JEBUT.

Nie będę się cytować.

Znowu zaczęło boleć jak diabli. Podjęłam tłumaczenie mojemu kręgosłupowi, że bardzo go kocham, ale jest to miłość interesowna - porozluźniam go i ogólnie dopieszczę przy Pasterce (bufet na 28-29 km), a on pozwoli mi dobiec do mety. Bo schodzić z trasy w drugiej połowie biegu już naprawdę nie chciałam.

Człapałam sobie, trochę biegłam, wypatrywałam tej Pasterki jak rozbitek stałego lądu, w głowie grał mi
refren z piosenki Tiltu ("jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie"), zawiązałam rozwiązane sznurowadło. Jeszcze dwa kilometry, jeszcze kilometr, wamać, gdzie ta Pasterka. Jest! Jest! Porwałam z bufetu wodę i pomarańcze, usiadłam na trawie, zjadłam, wypiłam, zaczęłam się rozciągać. Postanowiłam też trochę poleżeć w pozycji embrionalnej, co zaniepokoiło przechodzących GOPRowców "Wszystko ok?", "Tak, tak", "Na pewno?", "Tak, muszę poleżeć, bo kręgosłup boli". Postali w niezdecydowaniu i chyba stwierdzili, że nie umieram. Poszli. Zebrałam się i ja i ruszyłam na ostatnie 18 km trasy, zawierające nową pętelkę. Ach... Co ja wiedziałam o trudach trasy MGS.

Początek był miły - przez łąkę, przez las, towarzysko, wesoło. Potem było super strome podejście, trochę asfaltu, na którym ludzie zaczęli się pocieszać, że teraz to już szybko szosą do Karłowa, ale mnie coś nie zgadzało się z zapamiętanym z profilu trasy "kłem". Słusznie się nie zgadzało - follow the red ribbons, a tam skały nieomal pionowo (przynajmniej tak mi się wtedy wydawało) pod górę, a z góry, ze Szczelińca, słychać "...iiiii dobiega kolejny zawodnik ze wspaniałym czasem 5:11. Brawo!!". Jeżumalusieńki. Podchodziłam i powtarzałam sobie "Pamiętaj, to tylko wykroki z kettlem. To tylko wykroki z kettlem." Góra, stoi wolontariuszka i kieruje nas do zejścia, które wygląda tak - skały, skały, korzenie i wziuuuuuum w dół. Tamto podejście i trasa w dół były jednym z najtrudniejszych odcinków całego biegu. 1 km pokonałam tam w ponad 17 minut, nie zatrzymując się ani na sekundę. W jednym punkcie stała jeszcze pani z gigantyczną kamerą - mało nie zjechałam na zębach na ten widok.

Wreszcie dotarłam na dół. Było ponad 34 km. Wybiegłam na jakiś leśny dukt, a tam, niespodzianka - mąż. Martwił się, że mnie boli, zabrał się z panią kamerzystką z Karłowa i postanowił wcześniej mnie złapać. W międzyczasie zdążył pokierować kilkanaście osób na właściwy odcinek trasy (oszołomieni urokami kła wypadali na dukt i nie wiedzieli, gdzie są) oraz rozciągnąć biegacza, którego złapały kurcze. Mówiłam, że najlepszy kibic?

Biegliśmy piękną łąką, na której rozwinęłam skrzydła i, podziwiając wreszcie widoki (wcześniej głównie skupiałam się nad tym, co pod nogami i 5 m dalej), biegłam całkiem żwawo, zważywszy to, że miałam 35 km ciężkiej trasy w nogach. Niestety moje szczęście trwało krótko - 1,5 km i znowu JABADABADUJEBUT. Tym razem zabolało tak, że uklękłam przy trasie w jakichś zeschłych liściach. Miałam ochotę się w nich zakopać na najbliższy miesiąc. Mąż zmobilizował mnie do dalszego biegu (marszu), ale dosłownie paręset metrów dalej, gdy zobaczyłam ładną trawę, położyłam się w niej i znowu zaczęłam cyrk z rozciąganiem. Trochę pomogło, ale nie do końca.

Już nawet nie miałam siły biec, tylko szłam noga za nogą. Parę kilometrów dalej, po ponad 39 km, usiadłam znów przy drodze. Na ból zaczęło nakładać się zmęczenie. Łyknęłam żel, spróbowałam trochę się powyginać, minęło nas mnóstwo osób, pytających, czy nic się nie stało i czy mogą pomóc. Zebrałam się i poszliśmy w stronę podejścia do Błędnych Skał. Stojący przy jego początku GOPRowcy zainteresowali się moim nieszczególnym wyglądem i zaproponowali podanie tlenu. Podziękowałam, choć mile namawiali i znowu zaczęłam sobie mówić "to tylko wykroki z kettlami". Nie pamiętam zbyt dużo z tego odcinka. Rymnęłam na trawę przy ostatnim bufecie, prosząc męża, żeby wziął mi wodę do bukłaka. Znowu się porozciągałam. Coś zjadłam, coś wypiłam. Mąż powiedział, że już zostanie ze mną do mety. Wstałam i zaczęliśmy ostatni odcinek trasy. Po jakimś czasie stwierdziłam, że wcale nie zbiegamy, tylko wbiegamy, a Szczeliniec nadal majaczy gdzieś w mglistej dali. Z każdą minutą ogarniał mnie coraz większy wkurw na to, że wymarzonej szosy do Karłowa ani widu ani słychu, że będę miała kiepski czas, i tak dalej, i tak dalej. Na szczęście wkurw okazał się konstruktywny - im dłużej trwał, im bardziej bolał mnie kręgosłup (tak, tak - ból chwycił dosłownie kilometr od ostatniego bufetu), tym szybciej biegłam. Już mi było wszystko jedno, byle wydostać się z tych skał.

W końcu zobaczyłam upragnioną szosę. To teraz gaz do dechy. Biegłam po 5-5:15 min/km, mając w nogach jakieś 44-45 km. Mijałam wracających ze Szczelińca biegaczy, którzy, wszyscy bez wyjątku, zagrzewali mnie do boju. Wyprzedzałam kolejne osoby. Kibicowali mi starsi państwo, siedzący przy piwie i kiełbaskach z grilla. Jacyś biegacze zaczęli wołać "A co to za finisz? Ktoś się nieźle obijał na trasie!". Nie zatrzymał mnie nawet podbieg pod schody do Szczelińca. Na te schody wpadłam jak furia i zaczęłam po nich lecieć - po dwa, po trzy, jeśli się dało. To tylko wykroki z kettlami! Wyprzedziłam kolejne osoby, biegacze ochrzanili jakąś rodzinę, żeby zrobiła mi miejsce i wołali "jeszcze 100 m!". Akurat było 350, ale to nic. Już w sumie nic nie było ważne, tylko przebiec linię mety i położyć się! Schody się skończyły, prawie wpadłam na plecy biegnącej przede mną dziewczyny, kładka, już widać schronisko. Przechodzę w sprint, wyprzedzam dziewczynę (przepraszam, ale ja już naprawdę chciałam skończyć!) i wpadam na metę. Mam ochotę ściskać wolontariuszy, którzy dają medale, ale wyładowuję cały kłąb emocji na znajomej biegaczce, która już wykąpana i przebrana stoi nieopodal. Przytula mnie, rzucam jej się na szyję i chlipię, coś gadam bez sensu. To tylko kilka sekund, za chwilę już zaczynam zachowywać się normalnie - pytam, jak jej poszło (oj, chciałabym taki wynik!), gratuluję i idę szukać męża. A ten święty człowiek już stoi przy bufecie i zamawia dla mnie piwo. Spotykamy kolegę. Siedzimy sobie przy bufecie (taka moja karma 6 lipca), pijemy to piwo, a na mnie wreszcie spływa ogromne, ogromne szczęście.

W zeszłym roku nie wystartowałam w górskim maratonie, bo miałam śruby w stopie. Teraz o mało nie zeszłam z trasy przez niewdzięczny kręgosłup. Ale w końcu się udało - dotarłam do mety!

A teraz o samym biegu:

Ile dokładnie kilometrów mierzyła trasa, tego chyba nie wie nikt. Według organizatorów - 46 km, ale wskazania różnych urządzeń (Garminów, Suunto, Endomondo) wahały się od rzeczonych 46 do prawie 49! Mój Gacek pokazał prawie 48. Lubi przesadzać, więc obstawiam, że było bliżej 47.

Przewyższenia? Według organizatorów ponad +/- 4000 m, a według portalu bieganie.pl 3600 (+1900/-1700).

Czy zasłużenie Maraton Gór Stołowych nazywany jest najtrudniejszym górskim maratonem w Polsce? Nie biegłam w żadnym innym, ale nigdy w życiu nie mierzyłam się z tak trudną technicznie trasą w żadnych górach. Na czym polega jej trudność? Bardzo strome podbiegi i zbiegi po skałach, kamieniach, wystających korzeniach, miejscami jest szalenie wąsko i kręto, czasami nawet ślisko. W zasadzie nie ma długich, nużących podbiegów - ciągle coś się zmienia, dzieje, trzeba wykazywać duże skupienie i uwagę, pracuje całe ciało.

Organizacja? Według mnie był to najlepiej zorganizowany bieg, w jakim kiedykolwiek uczestniczyłam, zwłaszcza, wziąwszy pod uwagę okoliczności przyrody. Trasa oznaczona świetnie - trzeba było zwracać uwagę na czerwone taśmy i żółte kartki ze strzałkami. W wielu miejscach były też wielkie, białe strzały wymalowane farbą na gruncie. W bufetach przelewało się od wszelkiego dobra, błyskawicznie uzupełnianego przez miłych wolontariuszy - rodzynki, orzeszki ziemne, wafle z masą kakaową (chyba), arbuzy, pomarańcze, banany, woda i izotonik. Jeśli dodać do tego opiekę GOPRowców, punktualny start i metę z przepięknym widokiem, nie wiem, czego jeszcze można sobie życzyć. Nie byłam, niestety, na after party w Szczelince (koncert, jedzenie i losowanie nagród), bo spieszno mi było do Ironmana.  Dodam do tego jeszcze, że nie zapomnę fantastycznej atmosfery na trasie - wzajemnej życzliwości, uwagi. Warto nadmienić, że Marcin Świerc, który zajął pierwsze miejsce, z troski o pozostałych biegaczy poprawiał oznaczenia na trasie, ponieważ ktoś po czeskiej stronie poprzestawiał je czy też pozdejmował. Czy można sobie wyobrazić piękniejszy gest?

...i na koniec kilka słów z gatunku "autorefleksja": oczywiście, jestem ogromnie szczęśliwa, że udało mi się wreszcie zadebiutować na maratonie górskim i ukończyć tak trudny bieg. Czas (8 godzin 3 minuty), oczywiście nie powala, ale mogłam albo zejść z trasy na 18 km albo poświęcić ambicję wynikową i próbować biec do końca, robiąc to, co robiłam - pomagając sobie rozciąganiem i rozluźnianiem. Jeśli chodzi o inne aspekty przygotowań, o ile pamiętacie, zaliczyłam 4,5 -miesięczną przerwę w bieganiu. Pierwszy bieg ciągły (10 km) zrobiłam dopiero pod koniec listopada czy na początku grudnia! Niemniej jednak, czułam, jak ogromny postęp siłowo-wytrzymałościowy zrobiłam w ciągu ostatniemu roku, czyli po złamaniu, dzięki regularnej pracy na siłowni (lato, jesień i połowa zimy), na crossficie (od jesieni), dzięki obozowi biegowemu w Tatrach, dzięki treningom - monstrom (nie wiem, czy udałoby mi się zrobić taki finisz, gdyby nie te masakryczne składanki autorstwa Agnieszki) i dzięki ćwiczeniom ze stabilizacji. W moim treningu mało było długich wybiegań - po obozie biegowym, na którym zrobiłam około 110 km w tydzień, rzadko przekraczałam 50 km tygodniowo, a moje najdłuższe wybiegania to Półmaraton Warszawskie, ze 2, może 3 treningi powyżej 20 km i jedno wybieganie prawie 30-kilometrowe. W ogóle mi tego nie brakowało! Nie wiem, czy nie byłoby nawet marnowaniem czasu tłuczenie jednostajnych kilometrów po płaskim asfalcie czy duktach Lasu Kabackiego. Ot, zagwozdka.

Dzisiaj byłam u Cudotwórcy, bo nie udało mi się odblokować samej swojego zbuntowanego odcinka lędźwiowego. Rozmawiamy z Agnieszką o dalszych pomysłach na ujarzmienie go, zamierzam poświęcić lipiec na jeszcze więcej rozciągania i siły, a jesienią zobaczymy, co z tego wyjdzie w Lozannie.

Na koniec - moment oskarowy: wszystkim, którzy trzymali kciuki i wysyłali do mnie dobre myśli, dziękuję za zdalne wsparcie. Myślę, że niosło mnie ono przez najgorsze momenty. Bardzo dziękuję Agnieszce za wielostronne przygotowanie mnie do biegu - biegowo, siłowo, stabilizacyjnie - oraz za nieustającą motywację i wsparcie. A najbardziej dziękuję, oczywiście, mężowi, który, choć sam boryka się z kontuzją, pomagał mi w przygotowaniach,  dodawał otuchy i animuszu w dniach największej Paniki Przedstartowej, aż wreszcie okazał najcenniejszą pomoc na trasie. Gdyby nie było go na 18 kilometrze, bardzo możliwe, że zrezygnowałabym z biegu. Jest ogromnym szczęściem, kiedy można dzielić swoją pasję z najbliższą osobą.

Aha, oczywiście już mam wybrane 2 biegi górskie na przyszły rok - po MGS nic już nie jest mi straszne. Zresztą zamierzam wrócić w Góry Stołowe, bo trasa może i jest piekielnie trudna, ale impreza wspaniała!

Szczeliniec - my love! 

Stamtąd przybiegliśmy - widok z mety

14 komentarzy:

Maria pisze...

Twarda jesteś, nie ma co :) gratuluję i życzę powodzenia w kolejnych startach, oby kręgosłup więcej nie dokuczał! A taki mąż to skarb :)

borman pisze...

Co tu dużo mówić - mistrzyni!

Unknown pisze...

Twardzielka! Naprawde w glowie mi się nie mieści, jak trudna musi być ta trasa. Pokonałaś kryzys i przebiegłaś tak trudną trasę i to z bólem. Wielkie gratulacje!

Leszek Deska pisze...

Gratulacje, te wszystkie relacje z MGS zaostrzają mój apetyt, może uda się za rok tam spotkać?

Anonimowy pisze...

wielkie gratulację.
widać, że walka była ogromna ale na końcu wielki sukces.

zazdroszczę wytrwałości i walki do końca. mam nadzieję, że podobną wolę walki będę miał ja w sierpniu.

Gohs pisze...

Gratulacje i szacun przeogromny :)))

Hankaskakanka pisze...

@Maria, dziękuję! Nie zamierzam teraz startować przez parę miesięcy, więc może się łobuz opamięta i przestanie wycinać numery ;)
@Borman, :D
@Emilia, dzięki! Mam nadzieję, że po MGS żadne kryzysy nie będą mi straszne ;)
@Leszek, polecam, ale rozważyłabym wtedy jakieś treningowe bieganie po górach w międzyczasie. Wiele rzeczy można wyćwiczyć w Warszawie, ale radzenia sobie z trudnym technicznie terenem - nie bardzo, niestety :(
@Biegamblog, a gdzie startujesz w sierpniu? Karkonoski czy Chudy Wawrzyniec? Będę trzymać kciuki!
@Gohs, dziękuję :)

Anonimowy pisze...

Chudy Wawrzyniec :)

Adam pisze...

Gratuluje i zakończonych sukcesem zmagań z trasą i kręgosłupem i świetnej relacji.
A jakie górskie plany na następny rok? Zdradzisz, czy na razie tajemnica?

drproctor pisze...

Popłakałem się... Autentycznie popłakałem się czytając...
Serdecznie Ci gratuluję - ukończenia MGS, spełnienia marzenia, zwycięstwa nad bólem, a przede wszystkim Najlepszego Kibica Na Świecie!

matka biega pisze...

ło matko - dzielna jesteś strasznie! Super, że dobiegłaś do mety.

Ava pisze...

Dopiero przeczytałam :) No i łzy w oczach. Ech, Hanka, nie ma co, masz w sobie hart ducha.Wyobrażam sobie jak bardzo trudno mierzyć się z takim górskim monstrum kiedy kręgosłup boli tak, że nawet iść nie idzie. Jesteś wielka, masz wspaniałego męża-kibica i w ogóle uściski i gratulacje :) A ja może też dołączę za rok...

Hankaskakanka pisze...

@Adam, dziękuję! Nie, to nie tajemnica - chciałabym pobiec w Mardule, a potem albo Cortina Trail (46 km w Dolomitach, przewyższenia ok 2500 m) albo znów MGS albo Karkonoski - w zależności od tego, jak będą się układały plany wakacyjne. Cortina jest jednak priorytetem :)
@DrProctor, to teraz ja się wzruszyłam :)
@AgnieszkaK, nie wiem, czy dzielna - na pewno byłam zdesperowana, żeby dobiec ;) Dziękuję!
@Ava, z Twoim przygotowaniem siłowym i doświadczeniem skałkowym, myślę, że to świetny pomysł!

amatorka_com pisze...

fajnie ,dramatycznie ale fajnie :))