środa, 27 lutego 2013

Turnus wśród turni odc. 2

Z obozowego pamiętniczka:

Dzień nr 1 - niedziela

O 8:30 spotykamy się pod pensjonatem na rozruchu, podczas którego zaliczam pierwszą glebę na wylodzonej drodze. Kolano boli jak diabli, a w następnych dniach nabierze pięknych, nasyconych barw - głębokiego fioletu i zieleni. Po rozruchu wracamy na śniadanie, po którym zbieramy się z mężem na sesję filmową na stadionie COS-u, oddalonego od naszej noclegowni o trochę ponad kilometr. Na zaśnieżonej bieżni Olek filmuje wykonanie skipu A, skipu C, truchtu, biegu w tempie drugozakresowym i w tempie na 5 km. Wracamy truchtem na badanie ortopedyczne przeprowadzane przez Jacka i Agnieszkę. Jacek ustawia mnie na podoskopie, a potem, przy pomocy lasera, sprawdza jak bardzo mam pokrzywione nogi. Agnieszka bada stopień rozciągnięcia i stwierdza, że jest dobrze.

W porze, w której normalni ludzie zbierają się do obiadu, my zbieramy się na zabawę biegową. Biegniemy do Drogi pod Reglami, skręcając w jej stronę przy skoczni. Tam trzymam się mocno płotu i obserwuję kolejne osoby, które fikają na gładziuteńkim lodzie. Tylko ci z kolcami mają szansę na utrzymanie równowagi i godności. Biegniemy w końcu Drogą pod Reglami, zatrzymując się przy wejściu do jednej z dolin. Prowadzi do niej droga o długości i nachyleniu odpowiednim dla przewidzianych przez Olka ćwiczeń - biegu tyłem, dostawianki i wykroków, wykonywanych, ma się rozumieć, pod górę. Biegniemy dalej, aż do wejścia do Doliny Strążyskiej (chyba?). Tam, na drodze Olek ustawia słupki i ruszamy ze skipami, ćwierćskipami, ćwiczeniami na koordynację oraz sprawność w uskakiwaniu przed samochodami i busikami. Na położonej obok polanie pojawiają się kolejne skutery śnieżne, wiozące całe rodziny (nie ma to jak aktywne spędzanie czasu z dziećmi), zaskakująco podobnie poubierane (futrzane czapy, futrzane kozaki) i bardzo hałaśliwe. Parkują skutery obok nas - smród i hałas psują całą frajdę z treningu. Olek prosi, żeby wyłączyli silniki, bo spaliny śmierdzą. Wyłączają, ale jeden ze skuterowiczów wyskakuje w naszą stronę i błyszczy dowcipem "Jak puszczę bąka to też będzie śmierdzieć." Kurtyna.

Podczas naszych rozrywek skipowo-koordynacyjnych Jacek zdążył oblecieć całą polanę i wbić w różnych miejscach 6 kolorowych pałeczek sztafetowych. Dlaczego? Ano dla zabawy - dobieramy się w 5-osobowe zespoły, łapiemy za ręce i biegniemy razem (nie wolno puścić ręki sąsiada) w poszukiwaniu pałeczek. Drużyna, która pierwsza przyniesie ich najwięcej, wygrywa. Ruszamy. Ach, zabawa jest przednia, gdyż śnieg sięga czasem do kolan, czasem do połowy łydki, a czasem połowy uda, no a bieg z nieruchomymi rękami jest naprawdę trudny. Niemniej jednak szybko zdobywamy dwie pałeczki i lecimy z nimi do Jacka i Olka, zgarniając po drodze, w ramach fair-play, drużynę bezpałeczkową. Po jakimś czasie okaże się, że szóstej pałeczki nie znalazł nikt. Prawdopodobnie została zabrana albo zakopana przez miłych skuterowiczów, gdyż tylko oni korzystali z polany w tym samym czasie.

Ruszamy na poszukiwania (Foto A. Senk)

W trakcie objaśniania drugiej zabawy, jedna z koleżanek zaczyna krzyczeć "Tyyyy! Zostaw to!!" Co się dzieje? Zacnie wyglądający, ubrany na sportowo pan, wracający z wycieczki nordic walking, zainteresował się zostawionymi pod drzewem nakładkami z kolcami. I to do tego stopnia, że postanowił je sobie wziąć na pamiątkę. Gdyby nie sokole oko koleżanki, pewnie by mu się to udało. Wtedy przestałam się dziwić, że w Zakopanem sprzęt narciarski i snowboardowy wnosi się w komplecie do restauracji, zamiast zostawiać na zewnątrz. Prawdopodobnie po 10 sekundach nie było by po nim śladu. Nie lubię narzekania pt. "tam, zagranico to kultura", ale tym razem sobie pozwolę, bo porównania nasuwają się same: w zeszłym roku zostawialiśmy pod schroniskiem czy restauracją nawet wózek biegowy -  na pół godziny, godzinę, dwie - niczym nieprzywiązany, niepodłączony pod prądu pod wysokim napięciem, niestrzeżony przez szkolone pitbulle ani ochroniarzy z długą bronią. I nikt go nie podwędził.

Wracając do Zakopanego 2013, w drodze do domu zaliczyłam kolejną glebę - tym razem na tyłek i łokieć, więc do pensjonatu dotarliśmy już zaopatrzeni w nakładki z kolcami i nie rozstawaliśmy się z nimi do końca pobytu.

Na tym nie koniec dnia treningowego - po obiadokolacji poszliśmy do pobliskiej sali gimnastycznej, na której Agnieszka zrobiła nam trening siłowy i rozciąganie. Na szczęście nad salą jest długo otwarty sklep spożywczy, więc po powrocie można było uzupełnić stracone kalorie. Nie pamiętam momentu zasypiania.

Dzień nr 2 - poniedziałek

Rozruch został nam darowany, gdyż w planie mieliśmy wycieczkę biegową. Grupa Jacka, w tym mój mąż, wysiadła przy Dolinie Kościeliskiej, a cała reszta - przy Chochołowskiej. Pierwszy przystanek mieliśmy zaliczyć w schronisku. Większość trasy pokonałam z trzema koleżankami - Basią, Martą i Gosią. Trasa łatwa i przyjemna. Gadałyśmy z dziewczynami jak nakręcone i zatrzymywałyśmy się na sesje fotograficzne, ponieważ wyszło słońce i rozstąpiły się chmury. Co za widoki!

Dolina Chochołowska (Foto A. Senk)

W schronisku przebrałam się w suche rzeczy, zjadłam kanapkę i przepyszną szarlotkę z jagodami oraz wypiłam dwie herbaty z sokiem. W międzyczasie przybiegła grupa zaawansowana, która, korzystając z pięknej pogody, miała później wbiec na Grzesia. I wbiegła, choć pogoda zmieniła się w połowie drogi. My ruszyliśmy do Przełęczy Iwaniackiej. Tam zaczęła się górska przygoda, gdyż podejście pod Przełęcz jest naprawdę strome. Weszłam na górę pierwsza, a zaraz za mną Basia - idealna dla mnie towarzyszka górskich wycieczek. Trzymałyśmy się razem albo w niewielkiej odległości na wszystkich wyprawach - mobilizowałyśmy się nawzajem, na łatwiejszych odcinkach gadałyśmy. Basia ma znakomitą kondycję i używa do biegania zdrowego rozsądku, co oznacza, że nigdy nie pozwala sobie na zbędne szaleństwa i wie, jak rozłożyć siły. W dodatku obie byłyśmy połamane - Basia, świeżo po zdjęciu gipsu, biegała z ręką w stabilizatorze, a ja ze sklejonymi paluchami, wypsikanymi obficie sprejem z ketonalem. Dwie inwalidki na trasie.

Szczęście na przełęczy

Z Przełęczy Iwaniackiej schodziłyśmy bardzo ostrożnie, bojąc się wywrotki i kolejnego połamania. W dodatku okazało się, że mając na nogach stuptuty, nie mogę zbiegać z wbijaniem pięt w podłoże, gdyż zaczepione właśnie o pięty paski od stuptutów dają fantastyczny poślizg. Bogu dzięki za liczne gałązki, których się przytrzymywałam przy kolejnych zjazdach. W końcu dotarłyśmy do schroniska Ornak, w którym, wbrew protestowi Olka, zjadłam zestaw: barszcz czerwony + krokiet (miałam już zdecydowany odrzut na słodkości), a następnie pobiegliśmy w dół doliny do szlaku prowadzącego na Przysłop Miętusi. Kolejny podbieg i podejście, a następnie beztroski zbieg doliną Małej Łąki, prosto do busiku czekającego z ekipą, która robiła tego dnia najmniejszy kilometraż. Nam wyszło coś około 24 km. Czy to koniec dnia? Nieeeee! Po kolacji mieliśmy miłe rozciąganie, pod czujnym okiem Agnieszki i w towarzystwie Ironmana, rozciągającego się razem z nami. W dodatku bardzo szybko opanował stabilizację na bosu.

I znów uzupełnianie kalorii oraz kamienny sen.

Dzień nr 3 - wtorek

Nie ma przebacz - rozruch o 8:30, po rozruchu śniadanie, a po śniadaniu krótka wycieczka biegowa. Pobiegliśmy wzdłuż szosy przez Jaszczurówkę do Cyrhli, gdzie odbiliśmy na szlak prowadzący, jakże by inaczej, w górę, na Wielki Kopieniec, z zabawami na polanie. W kopnym śniegu, ma się rozumieć. Mój bidny paluch tak strasznie oberwał na zbiegach w poniedziałek, że po wykonaniu skipów C tyłem pod górę (w kopnym śniegu - warto podkreślić po raz kolejny), w połowie żabek pod górę poczułam, że boli nie na żarty. Wczołgałam się na szczyt Wielkiego Kopieńca, odbyliśmy na nim sesję foto i zsunęliśmy się na dół.

Którędy na dół? (Foto A. Senk)

Dalsze zabawy w kopnym śniegu zostały mi oszczędzone, więc nadmiar energii i złość na paluch wyładowałam na mocniejszym zbieganiu, w czym towarzyszył mi mąż. Wieczorem zaliczyliśmy jeszcze zajęcia z plyometrii (pliometrii? - jak to się pisze?), które miały poprawić naszą skoczność, która, z kolei, ma przyczynić się do polepszenia techniki biegowej. Paluch znowu dostał łomot - spuchł, zsiniał - zatem wieczorem, zanim zapadłam w niedźwiedzi sen, stwierdziłam, że na biegówki następnego dnia na pewno nie pójdę.

A o tym, co było następnego dnia - w kolejnym odcinku.

3 komentarze:

Ava pisze...

Aaaaaaaaaaaa, ale fajny wycisk :) Czekam na dalszy ciąg, bardzo dobrze się czyta! ps. dobrze że przyłapaliście złodzieja - to smutne strasznie, że u nas niektorzy ludzie nie mają wpojonego poczucia prywatnej własności :(

drproctor pisze...

No ja nie mogę czytać takich rzeczy bo zaraz mnie ściska tam gdzie wolałbym żeby nie ściskało ;-) Tym bardziej czekam na ciąg dalszy!

Hankaskakanka pisze...

@Ava, przyznam, że to strasznie smutne, że nawet w schronisku górskim trzeba uważać na kradzieże. A wycisk był niezgorszy!
@DrProctor, coś się ciąg dalszy wykluć nie może, bo masa zajęć, ale w weekend przysiądę ;)