poniedziałek, 25 lutego 2013

Turnus wśród turni odc. 1

Mój trzeci obóz biegowy z obozybiegowe.pl i pierwszy obóz zimowy, przeszedł do historii. Zanim podzielę się obozowym pamiętniczkiem - małe podsumowanie. Żeby mi później pewne sprawy nie uciekły.

Obóz sam w sobie

Kadra trenerska w niezmienionym składzie - Agnieszka, Olek i Jacek. Agnieszka dbała o to, żebyśmy się wzmocnili, rozciągnęli i ustabilizowali oraz badała wszelkie niedociągnięcia w budowie oraz stopniu rozciągnięcia. Olek szlifował naszą technikę i skoczność (dzięki biegom przez płotki pokonałam kolejny stopień pozłamaniowego urazu do skakania) i czuwał, żeby grupa "średniaków" nie pogubiła się w górach ("Olku, daleko jeszcze??"). Jacek szefował górskim wycieczkom i przeganiał grupę zaawansowaną jeszcze dalej i wyżej. Cała trójka analizowała to, co Olek nagrał pierwszego dnia na stadionie, a następnie wystawiała recenzje, które, w moim przypadku można streścić po laicku tak: stopa lata, w skipie A za nisko kolana i co Ty robisz z tymi barkami? Jacek dodatkowo badał wszystkie buty biegowe, jakie przywieźliśmy na obóz i bardzo wnikliwie oglądał nasze nogi.

Poza bieganiem mieliśmy zapewnione takie rozrywki jak: zajęcia z techniki biegowej, plyometrii, stabilizacji, siły, rozciągania (w tym jedna sesja rozciągania w basenie) i... mam nadzieję, że niczego nie pominęłam! Aha, były jeszcze zabawy w śniegu do połowy uda - żabki pod górę, dostawianka pod górę, skip C tyłem pod górę, szukanie pałeczek sztafetowych w grupach trzymających się za ręce. I tak dalej.

Można było się zmęczyć, można było dowiedzieć się dużo o swoim stopniu wytrenowania w wielu wymiarach (np. wytrzymałość, technika, wytrzymałość górska, strategia biegowa, stabilizacja, siła, rozciągnięcie, skoczność, itd.), wreszcie - można było przewietrzyć głowę, pobawić się w towarzystwie fajnych ludzi i przełamać różne swoje wewnętrzne bariery.

Rzecz jasna, już wpisałam do kalendarza termin obozu letniego.

Ja na obozie

Niestety, ze względu na świeże złamanie musiałam się nieco oszczędzać, więc przebiegłam tylko 111-112 km (tak pi razy oko), podczas gdy mąż - 130, i nie poszłam na środowe biegówki. I tak zrobiłam znacznie więcej, niż miałam nadzieję przed wyjazdem.

Jestem mile zaskoczona siłą swoich nóg - ani cienia zakwasów w czworogłowych czy dwójkach. Jak na swoje skromne możliwości, całkiem sprawnie pokonywałam podbiegi (choć często zmieniały się w podejścia), a, kiedy już pozbyłam się stuptutów, których paski robiły za skrzyżowanie łyżew z nartami, oraz przeszłam szkolenie ze zbiegania pod czujnym okiem męża, również poruszanie się w dół przestało być wielkim wyzwaniem. Natomiast moje słabe punkty to łydki - nie wiem, czy bóle w nich zawdzięczam wyłącznie lichej kondycji mięśni czy również nakładkom z kolcami (o nich za chwilę).

Po analizie filmu nakręconego przez Olka, zbadaniu butów przez Jacka, a także dokładnym obejrzeniu mnie przez Agnieszkę, dowiedziałam się również, że:

Po pierwsze, wypracowaną przez parę lat technikę diabli wzięli. Wywijam lewą stopą, kolana kieruję na zewnątrz (co u kobiet jest nietypowe, bo większość z nas ma problem z kolanami lecącymi w X), człapię na boki obiema stopami, mam duże różnice w wykrzywieniu Achillesów (lewy jest zdecydowanie bardziej), a ponadto zaczęłam asekuracyjnie odstawiać ręce od boków i pracować barkami. Jedyne co dobre, to mocne wybicie i sprężystość kroku. Jacek powiedział, że uklepuję lewy but piętą i przetaczam prawą stopę na 3 palcach, zamiast na 5. Wiem, że robię to od 3 tygodni, bo 4 i 5 palec są zlepione razem i biegam obciążając wewnętrzną krawędź, co pozwala na oszczędzanie złamanego miejsca. Ale nie wiedziałam, że robiłam tak wcześniej (Jacek oglądał m.in. moje Asicsy, w których najwięcej kilometrów przebiegłam przed złamaniem kości śródstopia).

Po drugie, jestem fantastycznie rozciągnięta. Tak fantastycznie, że na końcowej cenzurce dostałam 6-.

Po trzecie, stabilizację też diabli wzięli. Jest znacznie gorzej niż było, a było całkiem nieźle (jaskółka na odwróconym bosu nie stanowiła problemu).

Wniosek jest prosty: sporo pracy przede mną, jeśli nie chcę się skontuzjować w ramach przygotowań do Maratonu Gór Stołowych i jesiennego maratonu asfaltowego, który też nie będzie należał do tych najbardziej płaskich czy szybkich.

Co jeszcze?

Przełamałam już chyba ostatnią barierę strachu związaną ze skokami (bo o tym, że 3 tygodnie temu odważyłam się skakać na skakance już chyba pisałam?) - bieg przez płotki. Kiedy zobaczyłam te płotki, poczułam niemiły ciężar w brzuchu i miałam ochotę dać dyla. Choćby wieloskokiem, byle dalej. Ale w końcu wzięłam się w garść i kicałam aż miło.

Przeszłyśmy z Agnieszką przez wyniki badań wydolnościowych, które zrobiłam 3 tygodnie temu, a wyniki i opis których był dla mnie, delikatnie mówiąc, niezrozumiałe. Dlaczego? O tym jeszcze kiedy indziej, ponieważ pewne kwestie chciałabym jeszcze wyjaśnić z panem dr sporządzającym analizę wyników.

Inwestycją sezonu okazały się nakładki z kolcami, kupione na początku obozu w miejscowym sklepie sportowym. Akuratnie glebnęłam po raz kolejny na wylodzonej trasie, bolało mnie kolano, tyłek i łokieć, a wszyscy, którzy byli już wyposażeni w stosowny ekwipunek, tupali beztrosko nawet po najgorszej ślizgawicy - zejściu z Drogi pod Reglami obok skoczni. Odśnieżanie chodników, posypywanie żwirem czy piachem, zdecydowanie nie przyjęły się w Zakopanem.

Skoro mowa o samej miejscowości, poświęcę jej cztery słowa: tłoczno, nieporządnie, głośno, drogo. Nic się nie zmienia. Dobrze, że można uciec w góry.

A o szczegółach obozu - w następnym odcinku.

Miłego tygodnia!

Z Rusinowej Polany na Gęsią Szyję - najpiękniejsze zdjęcie z obozu 
(foto Jacek Gardener)

5 komentarzy:

Ava pisze...

Ech, jak widzę obozybiegowe.pl trzymają zawsze topowy poziom. Po biwaku mogę się już trochę domyslać, jak bardzo dostaliście w kość, ale też i satysfakcja pewnie x2 bo obóz 2x dłuższy niż biwak. No i miejsce przepiękne (pomijając Krupówki). Kusi mnie ten letni, jesli się uda znaleźć czas i kasę to jedziemy :) ps. zazdroszczę i gratuluję Ci rozciągnięcia - ja właśnie dostalam wytyczne bo okazuje się że za malo się rozciągam

Hankaskakanka pisze...

@Ava, fajnie by było, gdybyśmy się załapały na ten sam turnus :) Jeśli chodzi o rozciągnięcie, podszeptuję jedno słowo: joga. Nie ma cudów - tam nie da się nie rozciągnąć :)

drproctor pisze...

A napiszesz coś więcej o rozciąganiu w wodzie? Bo bardzo mnie to interesuje :-)

Hankaskakanka pisze...

@DrProctor, po skończeniu relacji obozowej przygotuję osobny post o rozciąganiu. Będzie o rozciąganiu w domu, na dworze i w wodzie :)

wiolqn pisze...

A kto zajmowal sie Ironmanem gdy byliscie na dworze?