Czy da się biegać ze złamanym małym palcem u nogi? Parafrazując Boba Budowniczego i Baracka Obamę - "Yes, we can!".
W środę, z duszą na ramieniu, plastrem zlepiającym paluchy i łykniętym prewencyjnie środkiem przeciwbólowym (nieodpowiedzialne - proszę, się nie sugerować), pojechałam na clubbing. Agnieszka zaproponowała mi 12 podbiegów w 3 seriach, a ja zaoponowałam. Ustaliłyśmy zatem, że zrobię 2 podbiegi, oblecę kółeczko Plac Na Rozdrożu, Trasa Łazienkowska, schody pod Zamkiem Ujazdowskim i z powrotem na Agrykolę, a potem zobaczymy, czy dam radę zwiększyć ilość podbiegów. Po pierwszej serii było całkiem ok. Może dlatego, że biegłam naprawdę wolno. Ale w trakcie drugiej serii paluch rozbolał mnie na zbiegu i nie chciał odpuścić. Uzgodniłam w przelocie z Agnieszką, że zrobię większe okrążenie - aż do Czerniakowskiej, po czym wrócę i albo zaatakuję znów podbiegi albo zobaczymy. Na płaskim biegało się znacznie lepiej, więc wróciłam na ostatnie dwa podbiegi (na zbiegach paluch bolał już całkiem konkretnie), zrobiłam małe okrążenie i pobiegłam do Myśliwieckiej. 10,5 km z 6 podbiegami - lepszy rydz niż kanapa z coldpackiem.
W czwartek byłam na warsztatach z rozciągania. Uczyliśmy się zestawów ćwiczeń potreningowych - jeden zestaw do zrobienia na dworze (nie wymaga siadania ani kładzenia się), a drugi do domu. W skład każdego zestawu wchodziły ćwiczenia na rozciąganie pośladków, czworogłowych, dwugłowych i łydek. Było super, a w międzyczasie napadało nieprawdopodobnie dużo śniegu.
W sobotę miałam biec w Biegu Wedla, ale odpuściłam ściganie się ze złamaniem. Mąż pojechał sam, a ja rzuciłam się na czytanie z Ironmanem, gotowanie i domowe porządki. Późnym popołudniem, w związku z ugodowym nastawieniem palucha, wybrałam się na siłownię, żeby zrobić trening na bieżni. Doszłam, bowiem, do wniosku, że do kilometrówek w drugim zakresie potrzebuję w miarę suchego podłoża, chyba że do kompletu ze złamanym paluchem marzy mi się jeszcze jakieś stłuczenie, skręcenie albo inne złamanie. Niestety, co kontuzja, to większa paranoja.
Wracając do treningu - miałam zrobić 12 x 1 km w tempie 5:10 min/km z jednominutowymi przerwami. I zrobiłam, dodając rozgrzewkę i symboliczne schłodzenie, co dało łącznie 14,5 km. Siłownia dba, żeby klubowicze nie zamarzli, więc już na pierwszej kilometrówce gotowałam się i marzyłam o świeżym, lekko mroźnym powietrzu. W dodatku trafiłam na końcówkę programu narciarskiego w Eurosporcie, który, nie wiedzieć czemu, ma teraz wersję niemieckojęzyczną, więc później przez ponad godzinę oglądałam SKY News. Załapałam się na sensację dnia - Anglia przegrała z Włochami w rugby. Zieeeew.
W niedzielę skorzystałam z miłej oferty męża - on zabierze Ironmana na sanki i inne śnieżne rozrywki, a ja będę mogła spokojnie zaliczyć 20 km po 5:50 min/km. Pojechaliśmy do Lasu Kabackiego, w którym było dziś po prostu koszmarnie. Nigdy jeszcze nie widziałam takiego tłumu ludzi - rodziny z wózkami, sankami, psami, narciarze (może 5 na 50 trzymało się "śladu", o zadeptywanie którego jest tyle szumu, podczas gdy 90% narciarzy zajmuje zwykłą ścieżkę), itp. Utrzymanie jakiegokolwiek stałego tempa było po prostu niemożliwe, bo ciągle trzeba było kogoś wymijać, uskakiwać w bok, stawać w miejscu (np. gdy pod nogi wpadał malutki piesek, puszczony ze smyczy albo wjeżdżało dziecko na sankach ciągniętych przez husky). No ale najważniejsze, że 20 km, czyli najdłuższy dystans od wielu, wielu miesięcy, przebiegłam. Co prawda po 5:56 min/km, ale to już drobiazg. Najważniejsze, że paluch nie bolał.
Podsumowując tydzień: 1 x crossfit, 1 x warsztaty z rozciągania, 3 x trening biegowy (łącznie 45 km. Za 6 dni będziemy już na obozie biegowym w Zakopanem. Juhuuuu!
Miłego tygodnia!
niedziela, 10 lutego 2013
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
A napiszesz coś więcej o tych zestawach na rozciąganie?
Jak na kontuzjowaną osóbkę to naprawdę imponujący treningowo tydzień :)
No proszę, a ja dziś rano uznałam, że w Lesie Kabackim na pewno będą pustki, a ja nie czuję się tam zbyt dobrze gdy nie ma ludzi. No i pobiegłam na moje 20 km do Wilanowa. Może to i lepiej, uniknęłam tłumów :-)
Kilometrówki na siłowni w wersji połączonej z sauną - trzeba dużo samozaparcia, żeby to wykonać ;)
Też dziś byłem w Lesie Kabackim, chyba nawet w podobnej godzinie, bo sanki ciągnięte przez husky mijałem. Tłok był faktycznie spory, ale szczęśliwie uniknąłem przykrych konsekwencji natłoku ludzi.
Faktycznie, jak na osobę ze złamanym palcem to nieźle sobie poczynasz biegowo :) Muszę przyznać że rozciąganie traktuję jako pożeracz czasu, ale robię je obowiązkowo, bo bez tego kontuzja dopadłaby mnie bez dwóch zdań. A rozciąganie z Agą to prawdziwe rozciąganie - bez żadnej ściemy, pamiętam z biwaku :)
@DrProctor, tak, oczywiście - postaram się w następnym poście.
@Gohs, przyznam, że ten złamany paluch wyciągnął mnie z marazmu treningowego - po prostu wystraszyłam się, że nie będę biegać ;)
@Emilia, uwielbiam, kiedy las jest pusty i mogę się skupić na podziwianiu przyrody oraz swobodnym przepuszczaniu myśli przez głowę, a nie na wymijaniu przeszkód.
@Adam, to była desperacja ;) Jeśli chodzi o tłok, po prostu tego nie lubię :( No ale las miejski to las miejski i powinnam się cieszyć, że tyle osób aktywnie spędza czas.
@Ava, a ja uwielbiam rozciąganie - zostało mi to z jogi, którą, niestety, odstawiłam na razie, bo nie mam czasu :(
Prześlij komentarz