Buhahahahahaha!!
Nie narzekam, tylko zostałam dotknięta bessą czasową - nie wiem, gdzie i kiedy wyparowują kolejne kawałki dnia.
Mam nadzieję, że koniunktura się zmieni i stanę wreszcie na nogi.
A propos nóg: złamanie story ciągnie się jak wenezuelski teletasiemiec, którego najnowsze odcinki właśnie zamierzam streścić.
Nowięctak:
Już następnego dnia po powrocie z Brazylii (chlip, chlip) pomknęliśmy na clubbing. Wszyscy trenują do Biegu Niepodległości, a ja dreptałam 3 x 10 minut z 3-minutowymi przerwami + 6 x 100 m marszu tyłem, przeplatanego 100-metrowym biegiem (nieco żwawszym) + rozciąganie ze szczękaniem zębami. Było bosko.
Wpadłam w ciąg, więc w czwartek poszłam na siłownię, z której wyszłam na miękkich nogach.
A potem zaczął się zasuw na wielu frontach, zatem następna aktywność sportowa przypadła na niedzielę - wycieczka do Lasu Kabackiego. Ledwo oddychałam z przejęcia, bo to było pierwsze bieganie po Lesie od niezapomnianej niedzieli poprzedzającej mój feralny skok na nogę. Z tego wszystkiego, zamiast pamiętać o stopniowaniu wysiłku, potruchtałam przez 13 min, zrobiłam 3 min przerwy, po czym puściłam się galopem przez prawie 20 minut. Po prostu leciałam, leciałam i leciałam. No i doleciałam. Wróciłam z bolącym ścięgnem Achillesa.
Które bolało w poniedziałek, wtorek, środę. W czwartek trochę mniej, więc zaryzykowałam wycieczkę na warsztaty ze stabilizacji, prowadzone przez Agnieszkę i Olka. Na warsztatach okazało się, że za Chiny Ludowe nie stanę na lewej nodze na odwróconym bosu, bo boję się, że spadnę na prawą nogę i znowu coś w niej złamię. Oraz, że: nie podskoczę ani nie klęknę na piłce, bo - patrz wyżej.
Świr totalny.
W piątek zabrałam Achillesa do Cudotwórcy, który znowu doprowadził mnie do łez.
Wczoraj byłam na nowym Bondzie. Oh, James...
Dzisiaj znowu pojechaliśmy do Lasu Kabackiego. Miałam sobie spokojnie potruchtać w systemie 8 min truchtu + 2 min marszu, a tu - akuku. Wczoraj spadły potworne ilości śniegu, który zdążył się lekko stopić i zmieszać z ziemią oraz połamać konary drzew rosnących wzdłuż duktów. W związku z powyższym, zamiast spokojnego truchtu miałam skrzyżowanie aquarunningu z biegiem przez płotki, a, gdybym tak bardzo nie bała się skakania, mogłabym poćwiczyć skoki wzwyż, zamiast przełazić nieomal w kucki pod przeszkodami. Ale było fajnie! Cieszyłam się każdą minutą tego biegania (wyszło ich 40), ubawiły mnie nawet przemoczone do cna buty (ostatnio miałam takie na maratonie w Sztokholmie).
Achilles podczas biegu nie bolał wcale, za to dał do wiwatu po południu i to mimo porządnego rozciągnięcia.
Ale tak łatwo ze mną nie wygra.
Miłego tygodnia!
PS. Nie wiem, czy dam radę napisać coś więcej o wakacjach, więc wklejam jeszcze trochę zdjęć. Wydaje mi się, że to było tak dawno...
Przesiadaliśmy się w Lizbonie
Aktywne plażowanie
Nie tylko my łapaliśmy witaminę D
Idąc przez wieś
Droga do Lagoinhi przy odpływie
Nasza przecznica
7 komentarzy:
W domu dzieckiem to praca na cały etat, ja podziwiam kobiety które się tym zajmują. Zawsze powtarzam mojej połowicy że to najważniejsza praca na świecie. Przewalanie papierów z lewej na prawą w biurze to nikomu niepotrzebne zajęcie a wychowanie małego człowieka to najbardziej odpowiedzialna i po prostu najważniejsza na świecie praca!
Powodzenia w dyscyplinowaniu achillesa!
Malo kto zdaje sobie sprawe ze "siedzenie" z dzieckiem w domu z faktycznym siedzeniem nie ma nic wspolnego. Wskazowki zegarka nagle nabieraja przyspieszenia swietlnego a tygodnie zlewaja sie w jeden. Ale za to ile radosci. Ty przynajmniej robisz cos biegowego, u mnie odkad zaczelam studia bieganie kompletnie lezy. Ale Tygrys powoli robi przygotowania do wystartowania w pionie wiec lada dzien bede miec prywatnego trenera ;)
Niedawno rozmawiałam o tym z przyjaciółką, świeżo upieczoną matką. Myślała, że dziecko będzie sobie spało, a ona siedziała w fotelu i czytała książkę. Niestety, rzeczywistość po pojawieniu się synka trochę ją zaskoczyła...
Nie przeciążaj się i dbaj o Achillesa!
Haniu spoko;)"małe dzieci mały kłopot, duże dzieci duży kłopot" he,he... chciałbym pobiec Tą przecznicą powyżej;)pozdrówka:)
dla mnie zbitka slow siedziec z dzieckiem w domu jest tak abstrakcyjna...mysle ze wymyslil ja ktos kto nie mial dzieci...chyba ze rzeczywiscie umial z dzieckiem siedziec...w domu:) a wakacje ohhhh w ta pogode takie zdjecia sie przydaja.....
Apropos dziecka to koniunktura się zmienia dopiero jak wkracza niania albo przedszkole. Ale z pespektywy czasu i sama matką będąc stwierdzam, że fajnie jest patrzeć jak twój maluch dorasta i uczy się poruszać po naszym świecie - aczkolwiek taka mądra jestem bo miałam nianię i pracowałam w domu, więc mogłam być blisko ale też miałam czas dla siebie. Matki pracujące w biurze to dopiero mają słabo bo mało widzą swoje dzieci i parę fajnych spraw im umyka.
Kurcze, mam nadzieję że achilles się uspokoi, dostał niespodziewaną dawkę ruchu to się zbuntował, ale jesteś obeznana z rozciąganiem itp. więc co ci będę mówić - wiesz jak go spacyfikować :) pozdrówka! i zdrówka!
@Leszek, dzięki - chyba wczoraj go nastraszyłam, bo dziś cicho siedzi ;)
@Wiolqn, studia i maluch - podziwiam, kibicuję! A moment, w którym dziecko zaczyna samo chodzić, jest superowy.
@Emilia, hyhy, też liczyłam na te książki w dużych ilościach ;)
@Tete, przecznicą wracałam z porannych marszotruchtów :)
@Dota, mhm, "siedzenie" w tym kontekście jest wyjątkowo zabawne ;)
@Ava, no właśnie obawiam się powrotu na etat i tracenia wielu fajnych chwil, które nigdy się nie powtórzą. Achilles trochę przycichł (3 razy w niemalowane) - zobacymy, co powie po clubbingu! ;)
Prześlij komentarz