Zacznę od tego, że mnie pokarało, czyli pogięło, a wszystko dlatego, że się po niedzielnym bieganiu nie rozciągnęłam. Jak w rosyjskiej czytance umoralniającej - za bumelanctwo, słuszna kara.
W rzeczywistości wyglądało to tak, że odkładałam rozciąganie i odkładałam, a trzeba było: zrobić chłopakom obiad (jeden chory, drugi za mały - nie sięga do kuchenki), wykąpać się, pojechać z nie-sięgającym-do-kuchenki do dziadków na umówioną herbatę, wykąpać nie-sięgającego-do-kuchenki, przekonać go, że spanie jest fajne, a potem jakoś zapomniałam. Przypomniałam sobie przed 3 w nocy, kiedy obudziłam się z okropnym bólem od kości krzyżowej, przez cały prawy pośladek, zewnętrzną stronę uda, kolana, łydki i kostki, aż do stopy. Nie pamiętam, kiedy mnie ostatnio tak łupnęło... Po 45 minutach szukania jakiejkolwiek pozycji, w której bolałoby mniej (przy okazji zaczął mnie również boleć kark), zabrałam z szafki nocnej okulary i książkę i zwekslowałam się na kanapę. Trochę czytałam, trochę chodziłam po domu i próbowałam się rozciągnąć. Gdzieś po 5 nad ranem byłam już tak śpiąca, że poszłam z powrotem do łóżka, zwinęłam się w embrion (pamiętając ostatnią rozmowę z koleżanką, świeżo upieczoną fizjoterapeutką, o tym, że pozycja embrionalna odciąża dolny odcinek kręgosłupa) i wreszcie zasnęłam.
Co za noc! Solennie obiecuję, że już zawsze będę się rozciągać, jak to drzewiej bywało.
Co poza tym? Zimno, zimno, zimno. Jestem ciągle głodna i szperam po kulinarnych blogach oraz książkach kucharskich. Np. zrobiłam taką tartę, tylko z mrożonym szpinakiem, a zamiast ricotty wrzuciłam kozi twarożek. Taka tarta grzechu warta.
Rano poszłam do pieczarkarni. Było rześkie -18. W pieczarkarni pomęczyłam klatkę, plecy, pupę i brzuch. Minęło kilkanaście godzin i czuję, jak wypełzają zakwasy. Chociaż prewencyjnie się rozciągnęłam i zamówiłam wizytę u Cudotwórcy - w karku i w barkach mam supły, węzły i postronki.
Teraz a propos roztrzepania. Trochę bym się zdziwiła, gdybym pojechała w najbliższą sobotę na Grand Prix Warszawy, zważywszy, że odbywają się one w przyszłą sobotę. Czyli 11 lutego, a nie 4. Może i dobrze, bo w TĘ sobotę ma być coś około -15 i niektóre prognozy wieszczą śnieg...
Mam wrażenie, że duża część moich szarych komórek uległa hibernacji.
I tym optymistycznym akcentem - dobranoc.
środa, 1 lutego 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
No, nie Haniu taki horror na dobranoc ;)całe szczęście, że było o czymś dla brzucha :) Fajna ta tarta :)pozdrowionka
To ja już wiem, czemu w akademiku po zajęciach przybierałem zawszę pozycję embrionalną (zwykle nie na swoim łóżku, ale takie to było akademickie życie) - odciążałem dolny odcinek kręgosłupa obciążony ciężarem nowo nabytej wiedzy z zakresu inżynierii budownictwa lądowego...
@Tete, tartę polecam!
@DrProctor, budownictwo lądowe to ciężka sprawa :)
Prześlij komentarz