Prawdziwa karuzela pogodowa - jeszcze tydzień temu był mróz, potem spadł Wielki Śnieg (wielki jak na tę prawie bezśnieżną zimę), a od soboty mamy odwilż z nocnymi przymrozkami. Bardzo wesoło jest!
Treningowo też wesoło, gdyż dzięki dodaniu do ubiegłego tygodnia jednego dnia (czyli tego poniedziałku), zdołałam wyrobić cały plan 3 treningi biegowe + 1 trening ze stabilizacji. Hura!
W piątek, w padającym gęsto śniegu, poczłapałam do pieczarkarni. Miałam do zrobienia trochę szybszy trening (6 x 5 minut po 4:50 min/km z 1-minutowymi przerwami), czyli coś niezbyt przystosowanego do nieodśnieżonych chodników. Musiałam zatem skorzystać z maszynerii i powietrza z wentylatorów, a, na domiar złego, w Eurosport nie było nart tylko tenis. Yyyy, że tak powiem. Mimo wszystko, trening zrobiłam, zeszłam z bieżni czerwona jak burak i mokrzusieńka, i jeszcze dołożyłam ponad 20 minut rozciągania. Obowiązek spełniony.
Na niedzielę zaplanowałam 18 km wolnego człapania, choć pogodynka wieszczyła ponuro deszcz ze śniegiem. Stwierdziłam filozoficznie "pożyjemy - zobaczymy" i w niedzielny poranek rzeczywiście zobaczyłam. Rozmiękły śnieg na chodnikach oraz powiększające się kałuże na asfalcie, a wszystko to pod siekącym wściekle deszczem ze śniegiem. No nie no...
Wybrałam poranek z rodziną, zwłaszcza że Ironman rozpoczął przygotowania do sezonu startowego - wyciąga łapki i każe się oprowadzać po domu, albo wyznacza sobie trasy, które może pokonywać trzymając się mebli i robiąc susy w przerwach pomiędzy nimi. Mamma mia...
Wczoraj wieczorem, tym razem, pełna ufności w przepowiednie pogodynki (opady dopiero od południa), nastawiłam sobie budzik na bardzo rano i przygotowałam rzeczy biegowe. Jakoś wstałam, ogarnęłam się i wyszłam, a tu niespodzianka, czyli szklanka. Miałam ochotę na wycieczkę biegową po mieście, ale mi przeszło, kiedy o mało nie przydzwoniłam szczęką o gładką taflę chodnika, gdy skręcałam do przejścia dla pieszych. Ostrożnie, noga za nogą, podreptałam w stronę Ogrodu Saskiego, licząc na przyjemne śniegowo-żwirowe błocko w alejkach. Błocko było, ale też zamarznięte, tyle tylko, że jakieś dobre dusze zdążyły je już posypać obficie piachem. Niemniej jednak było bardzo ciężko - musiałam pracować całym ciałem, żeby utrzymać równowagę i jakoś tam posuwać się do przodu. W dodatku Gacek odmówił współpracy (włączył się dopiero prawie pod domem), więc tylko liczyłam kolejne "większe" okrążenia (mam opracowany podział na małe kółka, większe i największe) i po ósmym stwierdziłam, że już wszystko mnie boli, a najbardziej tyłek, barki i kolano, czyli czas wracać do domu. Wyszło coś ponad 13 km (wydaje mi się, że 13.2 - 13.3), choć czułam się jakbym przebiegła 30. Ot, takie warsztaty ze stabilizacji w terenie.
Miłego tygodnia!
poniedziałek, 20 lutego 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
No, skoro nawet Ironman zaczął już sezon startowy to znak, że czas porządnie zabrać się za treningi :-)
Fakt, pogoda wyjątkowo w kratkę, ciekawe, czy zima wróci, czy też czeka nas tylko dłuuuuuga odwilż...
skoro Ironman rozpoczął przygotowania do sezonu startowego to mamusia musi się sprężać he,he... pozdrowaśki dla całej Rodzinki :)
Też dziś trenowałem jazdę figurową na butach ;) hi,hi...
13km to i tak fajnie bo dzis taka slizgawka byla....ze wymieklam i poszlam na silownie bleeee
@Emilia, podobno to już koniec zimy, ale nie mogę w to uwierzyć, gdy patrzę przez okno, za którym pada śnieg :-/ No nic, bądźmy dobrej myśli
@Tete, tia, powinnam ćwiczyć sprint w przysiadzie albo skłonie, żeby nadążyć za opanowywaniem wszystkich niebezpieczeństw ;)
@Dota, do wiosny już niedaleko i wtedy: żegnaj, ślizgawko! Żegnaj, bieżnio! :)
Prześlij komentarz