czwartek, 16 lutego 2012

Świat bez tarcia

Nawet na nałóg brakuje mi czasu (jeszcze 8 odcinków do końca!), ale może w końcu udało mi się wyjść z fatalnej passy treningowej. Tylko ćśśśś - bo znowu zapeszę.

Co tu dużo kryć - dwa tygodnie bidy z nędzą.

W zeszłym tygodniu zrobiłam 1 (słownie: jeden) trening - clubbing, ma się rozumieć. Gdyby nie środy na Agrykoli, chyba wróciłabym zaraz do formy sprzed Run Warsaw 2007 (5 km?! taki kawał?!). 

W zeszłą środę pogoda była jeszcze taka se, bo: ciemno (a jak ma być w lutym po 6 po południu?) i -7, ale przynajmniej nie -17. Poważnie potraktowałam kwestię ubraniową: cienkie kalesony, ocieplane legginsy, merynosowy podkoszulek z długimi rękawami, cieniutki polar i trochę ocieplana bluza z kapturem. Do tego polarowy szalik, czapka i rękawiczki. Skarpety zwykłe, buty trailowe Mizuno. Na początku było mi trochę za ciepło, ale potem zrobiło się akurat, gdyż temperatura ciutkę spadła. Zmarzłam dopiero w drodze do domu, mimo ocieplanej narciarskiej kurtki, którą zarzuciłam na wszystkie swoje warstwy.

Wracając do treningu - było tak jak lubię. Tradycyjna rozgrzewka wokół Kanału Piaseczyńskiego, dobiegamy pod schody prowadzące do Zamku Ujazdowskiego i zaczyna się - w górę, w dół, w górę z unoszeniem kolan, w dół, do połowy wysokości schodów wchodzimy wypadami (nisko, nie podpierać się), a drugą połowę pokonujemy znów biegiem (wysoko kolana, wysoko) i jeszcze raz to samo. Potem trucht wzdłuż Trasy Łazienkowskiej w stronę Placu na Rozdrożu, zbiegamy Agrykolą i zaczynamy przysiady. Palce na zewnątrz, szybkie zejście w dół i bardzo powolne podnoszenie się. 15 razy, a po 13 czuję ogień w udach. Wbiegamy tyłem pod górkę, obijając pośladki piętami. Do którejśtamlatarni i w dół. I jeszcze raz przysiady, pod górkę i w dół. A potem to już bułka z masłem, bo zwykłe 4 podbiegi i pętla wokół Kanału Piaseczyńskiego. Rozciąganie w domu. Super. 

Czas do poniedziałku pominę milczeniem.

Poniedziałkowy wieczór spędziłam na warsztatach ze stabilizacji, organizowanym przez ERGO wspólnie z Obozybiegowe.pl, czyli Agnieszką i Olkiem w roli trenerów. Ambitnie zapisałam się do grupy zaawansowanej (zawsze jednakowo mnie rozśmiesza zestawienie siebie z jakąkolwiek sportową grupą zaawansowaną). Na rozgrzewkę dostaliśmy piłki do pilatesu (te duże i kolorowe) oraz zadanie: usiedzieć na piłce bez podpierania się nogami, za to, jeśli się uda, z balansowaniem tułowiem. Po paru minutach udało mi się oderwać wszystkie palce u nóg od podłogi i utrzymać pozycję, ale o balansowaniu czy głębszym oddechu nawet nie było mowy. Potem zrobiło się jeszcze fajniej - spróbujcie klęknąć na piłce. Najpierw w klęku podpartym, a potem się wyprostować. Buhahahaha, że tak powiem. No ale zawzięłam się i już po entej próbie... tadam:

Zdjęcie z zasobów Centrum Biegowego ERGO

Dalej: kładziemy się na piłce na brzuchu, podpieramy z przodu rękami i turlamy tak, żeby piłka znalazła się na wysokości ud. Podnosimy pupy wysoko, wysoko, utrzymując wyprostowane nogi i tak 20 razy. 3 serie. Mięśnie brzucha bolą mnie do dzisiaj, gdyby kogoś to interesowało. Następnie bierzemy drugą piłkę i (teraz będzie najlepsze) robimy klęk podparty - kolana na jednej piłce, a ręce na drugiej. Z dumą wyznaję, że udało mi się wytrzymać ze 30 sekund, po tym jak co najmniej 3 razy zleciałam na podłogę. Po atrakcjach piłkowych, przenosimy się na berety - jedna noga na berecie, na drugiej schodzimy do pozycji takiej jak przy wykrokach i, utrzymując pozycję, turlamy piłkę do kolegi lub koleżanki. 10 razy, 3 serie. Z piłką przenosimy się na równoważnię i rzucamy ją do kolegi lub koleżanki, stojących na drugiej równoważni. Nasze statyczne przerzucanie nie znalazło uznania w oczach trenerów, którzy stwierdzili, że jesteśmy dla siebie za miłe i  powinnyśmy rzucać do siebie tak, żeby zmusić drugą osobę do balansowania całym ciałem. Spojrzałyśmy na siebie z koleżanką i zostałyśmy przy fair play. Potem rzucanie piłką podczas stania w przysiadzie na odwróconym bosu. Na koniec: ćwiczenie z piłką lekarską - jedna noga na piłce, druga w powietrzu, podpieramy się dwiema rękami i po 20 sekundach odrywamy rękę po przekątnej od nogi spoczywającej na piłce lekarskiej. Po czym, w moim przypadku, lądujemy zębami na podłodze.

W środę padał śnieg. To był najbardziej śnieżny dzień tej zimy, dzięki czemu zrobiłam dwa treningi siły biegowej. Pierwszy, kiedy poszłam na spacer z Ironmanem (kiedy pada śnieg, nie opłaca się odśnieżać chodników), a drugi, kiedy pojechaliśmy z mężem na clubbing. Rozgrzewka wokół Kanału Piaseczyńskiego była bardzo przyjemna. Złe przeczucie tknęło mnie, kiedy ominęliśmy schody do Zamku Ujazdowskiego i nie dostaliśmy żadnych przysiadów, wykroków, wypadów ani skipów tyłem u podnóża Agrykoli. I słusznie mnie tknęły, bo trening wyglądał tak: 2 x podbieg pod Agrykolę (nieodśnieżoną, ma się rozumieć), pętelka przez Plac na Rozdrożu do Zamku Ujazdowskiego, na dół schodami i do punktu wyjścia i tak 5 razy. Po pierwszych dwóch podbiegach stwierdziłam, że jest ciężko. Po 4, kiedy, wypluwając płuca, spojrzałam na Garmina, który pokazał 6:20 min/km, doszłam do wniosku, że wracam do domu. Po 5 dostałam wkurwu pospolitego. Po 6 miałam ochotę umrzeć. Przed 7 dowiedziałam się, że mogę odpuścić ostatni, co dodało mi skrzydeł i pozwoliło pokonać 3 kolejne podbiegi w oszałamiającym tempie 7-7:30 min / km. Tak wyglądałby świat, gdyby zniknęły zjawiska fizyczne i nie byłoby tarcia - przebierałoby się nogami w miejscu i rzęziło, żeby przebyć kolejny metr.

Dzisiaj byłam z Ironmanem na sankach w lesie, więc kolejną siłę i stabilizację (część trasy pokonałam z ryczącymi 10 kg na rękach) mam za sobą.

Może jutro znowu pobiegam, czego sobie bardzo gorąco życzę. 

4 komentarze:

tete pisze...

"Pożyczył"bym Ironmana na kilka treningów ;)10kg obciążenia ? Jesienią Maraton Komandosa Haniu jest Twój ;)

drproctor pisze...

A może tak maraton rodzica z dzieckiem w chuście/nosidle ergonomicznym?

Ava pisze...

Uff, ale się zmęczyłam czytając co tam z wami wyprawiają na Agrykoli :) brawo za klęki na piłce - ja próbowałam ale udało mi się 5 sek. Szkoda że nie mogłam dotrzeć na warsztaty bo bardzo chcialam. Ciekawe że tę stabilizację trzeba ćwiczyć stale, bo jak się przestaje to potem człowiek znów się wywraca na równoważni czy berecie :)

Hankaskakanka pisze...

Sprostowanie: NIE biegałam z Ironmanem po lesie, tylko, w cywilnym ubiorze, szłam z nim po śniegu :)

@Tete, ale ja jestem pacyfistką, więc nie wiem, czy by mi pasowała militarna impreza ;)
@DrP, myślisz, że chuściochy wytrzymałyby maraton? ;) No ale już taka dycha... :)
@Ava, tak, trzeba ćwiczyć w miarę regularnie. Tzn. tak mi się wydaje, bo po dłuższej przerwie mam problemy ze staniem na bosu na jednej nodze. Będą jeszcze warsztaty siłowe (27.02) i z rozciągania (12.03). Nie wiem, czy dam radę na siłowe, ale na te z rozciągania zamierzam się wybrać.