Cztery tygodnie i jeden dzień. Tyle trwała moja przerwa od biegania. Długo, ale jestem zadowolona, że nie uległam pokusie treningowej, bo raczej bym się zaorała. Ostatnie tygodnie nie były łatwe. Na pewno nie udało mi się zrealizować planu w zakresie pełnej regeneracji (luksusy typu wysypianie się itp, itd), ale cieszę się, że przynajmniej część spraw wyprowadziłam jako-tako na prostą i że udało mi się wygospodarować trochę czasu na inne niż bieganie aktywności sportowe, czyli na siłownię, treningi siłowo-stabilizacyjno-rozciągające w ramach clubbingów czy Ergo treningu oraz domowe rozciąganie.
W zeszły piątek spędziłam prawie 1.5 godziny w pieczarkarni na męczeniu kolejnych części ciała. Ciężko, ale fajnie. Marzyło mi się jeszcze jedno wyjście i zrobienie sesji podobnej do tych, które rozpisywała mi Autorka Planu, gdy wracałam do biegania po antybiotyku i kurowaniu Achillesa. Byłoby to trochę orbitreku, trochę wioseł i trochę drabiny, na której, jak udało mi się przekonać, znakomicie można zmęczyć nogi, pupę i ręce. No ale wyjście zostało w sferze marzeń i do środy odhaczałam kolejne punkty z listy spraw niecierpiących zwłoki, a marzenia zawęziłam do choć jednej w miarę dobrze przespanej nocy.
Na siłownię podreptałam zatem dopiero we wtorek. Znów ponad godzina znęcania się nad nogami, pupą, bicepsami, tricepsami, plecami i brzuchem. Bardzo mocno się zmęczyłam, ale w fajny sposób. Tym bardziej fajnie, że poczułam jakiś przełom w pracy nad mięśniami brzucha, z którymi było u mnie zawsze raczej kiepsko. Miło mieć tyle siły, żeby wreszcie wykonać poprawnie ćwiczenia, które niedawno były dla mnie trudne. Zresztą, ze względu na tendencję do przeciążania pasma biodrowo-lędźwiowego oraz prostowników grzbietu, niektórych ćwiczeń nie mogę wykonywać (np. odpadają wszystkie z unoszeniem nóg i pupy), więc repertuar mam raczej ograniczony.
Środa, czwartek i piątek to bardzo długie wędrówki z Ironmanem, niezależnie od deszczu ze śniegiem i mocnego wiatru. Wszystko w ramach próby zmęczenia młodego zawodnika oraz wdrażania nowego planu spania, który zadziałał tak cudownie, że dzieć odpada między 7 a 8 wieczorem i śpi ponad 11 godzin. Dzisiaj nawet 12.5 z JEDNĄ pobudką, co było szalenie atrakcyjne dla zmęczonych pierwszą prawdziwą wieczorną imprezą, z której wrócili, jak punktualne Kopciuszki, przed północą.
A rano, o 10:30 spotkaliśmy się na miłym clubbingu w Lasku Bielańskim. Nie zabrałam Garmina, więc nie mam pojęcia, ile przebiegliśmy i w jakim tempie. Nawet nie miało to specjalnego znaczenia, bo trening był stricte siłowy. I tak, zaczęliśmy od rozgrzewkowego truchtu, potem była seria ćwiczeń: skip a, pół-skip A, wykroki, wypady, przysiady, podnoszenie to jednej to drugiej nogi w przykucnięciu i tak dalej. Znów trucht i atakowanie podbiegu z naciskiem na prawidłową technikę biegu. Znów trucht i 6 podbiegów ze śródstopia. Trucht i znowu podbieg. Powrót i rozciąganie. Trwało to wszystko 1,5 godziny i, jak na pierwszy trening po prawie miesiącu przerwy od biegania, było dla mnie naprawdę męczące. Do tego stopnia, że po zrobieniu serii 6 podbiegów, zastanawiałam się, czy dam radę dalej biec. Pogoda przedwiosenna - jakieś zielone badyle, roślinki z ziemi wychodzą, wiatr od Wisły i słońce.
Na szczęście do półmaratonu i maratonu jeszcze naprawdę dużo czasu i zdążę się rozbiegać. Teraz tylko pozostaje zacisnąć zęby, a potem wyjść na ostatnią prostą przed Świętami. W drugi dzień Świąt wybieramy się rodzinnie na bieg organizowany przez Avę i jej męża, a potem... Ale o tym następnym razem!
Miłej niedzieli i przyjemnego tygodnia.
Ps. Rok temu mieliśmy taką zimę.
sobota, 10 grudnia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
Ładny trening biegowy, szczególnie po miesiącu przerwy. Ja po dwóch tygodniach zaczynałem od krótkiego truchtania i czułem to w nogach.
Zeszłoroczna zima miała swój urok i treningowe zalety (kopny śnieg na siłę biegową), ale tegoroczna wersja też mi pasuje :)
No to po tak dobrze przepracowanej przerwie, powodzenia Haniu w kolejnym sezonie biegowym! :)
Chwilowo bynajmniej nie zimowym. A jak Wam się udało dokonać cudu i skłonić Ironmana do długiego i głębokiego snu w nocy? :)
Bardzo fajny trening clubbingowy. Zrobię sobie ściągę z niego, bo regularnie zapominam o skipach
Na mojej ścieżce rośliny również spodziewają się wiosny i można oglądać świeżutkie pąki
@Adam, moje plany odnośnie truchtania wzięły w łeb, więc poszłam na całość ;) Dzisiaj wreszcie nie czuję zakwasów ;) Za śniegiem, co dziwne, już tęsknię.
@Ava, zmiana była chwilowa - dzisiaj znowu cięęęężko :( Zamiast dwóch drzemek jest jedna, dzięki czemu przynajmniej nie ma problemów z wieczornym zasypianiem.
@Ultrasetka, ja bym skipów z własnej i nieprzymuszonej woli w życiu nie zrobiła :) A wczoraj widziałam w Parku Ujazdowskim całe poletka stokrotek.
strasznie się maltretujesz Haniu na tej pieczarkarni ;( Udanego wyjścia na prostą :) pozdrowionka
@Tete, e, nie tak strasznie ;-)
Ojej, znowu Blogger zmienił mi datę postu z sobotniej na piątkową :-/ Szaleństwo.
Prześlij komentarz