Poprzedni tydzień był w sumie udany treningowo, mimo clubbingu skróconego w związku ze strajkiem Ironmana. Dla przypomnienia: okrojony clubbing, bardzo udane (czytaj: ciężkie) wyjście do pieczarkarni, planowa nieco żwawsza piątka, plus nadprogramowy domowy cuś a la obwód oraz porządne rozciąganie i, na zakończenie, wolne dreptanie w Lesie Kabackim.
Dreptanie było w niedzielę, po trochę zarwanej nocy. Wstaliśmy wszyscy nieprzyzwoicie późno i późno dotarliśmy do lasu. Wiało, było szaro i raczej nieprzyjemnie. Mieliśmy spokojnie potruchtać przez 8 km, ale wyszło ponad 9 (według męża 9.3 km, a według mnie - nie wiadomo, bo przy zmianie kierowcy trójkołowca wyłączyłam Garmina i zapomniałam go włączyć z powrotem) w tempie poniżej 6 min/km. Czynnikiem spowalniającym był, rzecz jasna, wózek i przy tym wariancie zostańmy. A, a, aha, jeszcze wiatr. Ten sam, z którym walczyłam poprzedniego dnia w Ogrodzie Saskim.
Tak na serio - nadal z trudem mi przychodzi rozkręcenie się. Dobrze, że pamiętam z poprzednich sezonów, że to po prostu tak jest i być musi po miesięcznym odwyku.
W środę rano poszłam do pieczarkarni. Byłam umówiona na wspólny trening, ale po 20 minutach czekania wkurzyłam się i postanowiłam wykorzystać resztę limitowanego czasu (musiałam zdążyć punktualnie do domu, żeby wyzwolić męża spod jarzma domowego El Presidente) na trening siły biegowej, czyli to, co robiłabym, gdybym wieczorem poszła na clubbing.
Czy robiliście kiedyś skipy na bieżni? Jeśli nie, nie polecam. Trening wyglądał tak: 4 km rozgrzewki (w tym czasie narzekałam w głowie na to, że nie wzięłam słuchawek oraz z masochistycznym zainteresowaniem patrzyłam na te same, co pół roku i rok temu, programy reklamowe o cudownych miksturach upiększających), 6 x 100 m podbiegu (na bieżni było to nachylenie 4, w świecie niemaszynowym miała być Agrykola) po 5 min/km, 2 x 50 m skipu A, 2 x 50 m skipu B. Nie. Nie odważyłam się robić skipu B na bieżni. Zrobiłam skip C, po tym jak o mało nie zleciałam z taśmy podczas skipu A. Podczas skipu C również modliłam się o to, żeby z niej nie zlecieć. Starałam się również nie rozglądać zbytnio na boki. Koszmar. Nigdy więcej! Na pociechę: podbiegi w tempie 5 min/km, o których myślałam początkowo "Tiaaaaa.... Już to widzę!" poszły mi wręcz nieprawdopodobnie lekko.
Dołożyłam rozciąganie i poleciałam do domu.
A teraz nie wiem, kiedy zrobię pozostałe dwa treningi, bo roboty przed Świętami jeszcze huk.
No ale nic: w poniedziałek bieg organizowany przez Avę, a we wtorek wyjeżdżamy. I będą pagóry, na których leży śnieg. Nie, to jeszcze nie narty, ale będzie fajne bieganie. W ogóle będzie fajnie.
Gdybym już tu nie zajrzała w najbliższym czasie (niestety, istnieje takie prawdopodobieństwo), życzę wszystkim, którzy czytają mojego bloga radosnych Świąt Bożego Narodzenia, spędzonych tak, jak sobie to wymarzyliście. Niech ta radość zostanie z Wami jak najdłużej!
piątek, 23 grudnia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
Dzięki, dzięki :) trzymam w poniedziałek kciuki ! Wesołych Świat!:)pozdrowaśki ;)
Ja przyznaję miałam kiedyś, tak z lenistwa pomysł na skipy na bieżni. Efekty były prawdziwie żałosne.
Wesołych Świąt
no proszę kciuki pomogły ;) wielkie brawa i gratulacje Haniu :)pozdrowaski ;)
Haniu, ja zajrzalam po swietach. Poswiatecznie wszystkiego najlepszego
Dziekuje za zyczenia i gratulacje! Pozdrawiam sylwestrowo z deszczowej rowniny na wysokosci :)
Prześlij komentarz