Mimo wakacji, mam z bieganiem trochę pod górkę. Dosłownie i w przenośni. Tak jak pisałam, nie jest płasko. Powiedzmy, że różnice terenu to raczej skala Agrykoli (ale 700-metrowej) albo Oboźnej, tyle, że występują jedna po drugiej. Tzn. biegnie się albo pod górę albo z góry. Zrobiłam mały rekonesans i znalazłam kawałek drogi - powiedzmy, że ok. 200-metrowy, który jest stosunkowo płaski, czyli ma niewielki kąt nachylenia. Odkrycie jest doniosłe, ponieważ mój trening na 10 km przewiduje, co w sumie nie powinno mnie dziwić, sporo pracy nad szybkością.
I tak, w środę rano ruszyłam z kolejnym treningiem. 8 km pierwszego zakresu (czytaj: powolnego crossu) i 10 x 1 min po 4:30 min/km, z przerwami 1 min po 5:30 min/km. 8 km oznaczało cztery okoliczne pętle z kawałkiem. Kiedy wychodziłam z domu, słońce jeszcze nie świeciło, powiewała przyjemna bryza. Pod koniec pierwszej pętli wyszło słońce. Na drugiej zrobiło mi się ciepło. Na trzeciej - gorąco. Na czwartej czułam się jak grillowana krewetka. Walcząc z pokusą wcześniejszego powrotu do domu, dodreptałam jeszcze tyle, ile było trzeba do 8 km i ruszyłam z pierwszą minutówką. Niefartownie wybrałam szybsze bieganie po lekkim nachyleniu w górę. Po 5 minutówkach byłam zwęgloną krewetką z grilla. Zrobiłam dłuższą i wolniejszą przerwę, przebiegłam jeszcze 3 minutówki i na ostatnich nogach, bardzo zniechęcona do biegania (znowu), wróciłam do domu. Odżyłam po rozciąganiu, prysznicu, śniadaniu i taplaniu się w basenie, połączonym z kolejnym rozciąganiem. Gdybym tak dała radę i wygospodarowała czas na jedno rozciąganie w basenie w tygodniu, już po powrocie do domu... Na razie zastanawiam się jak upchnąć jedną siłownię, bo bez tego z biegania będzie jedno wielkie nic, więc nie będę zagalopowywać się w marzeniach o luksusie.
W czwartek wyszłam na pętelkę późnym popołudniem. Teoretyczne podwaliny treningu: 20 min po 4:55 min/km, 3 x 400 m w 1:41 min, przerwy 400 m, 2 x 1.6 km po 4:55 min/km z jednominutową przerwą. Poleciałam najpierw do głównej szosy, bo wydawało mi się, że prowadząca do niej droga jest w miarę płaska. Nie była, ale dobiegłam do końca, uskakując w krzaki przed samochodami, i zawróciłam na pętelkę. Średnie tempo 4:54 min/km, choć cały czas zdawało mi się, że biegnę znacznie wolniej. 400-metrówki wyszły nierówne: 1:45, 1:36, 1:36. Z ozorem na wierzchu zabrałam się do ostatniego elementu, czyli 2 x 1.6 km. Pierwszy odcinek przebiegłam w 4:52 min/km (znów przyspieszyłam obok psa!), a drugi równo w 4:55 min/km (nie było psa). Po dwóch skróconych treningach i towarzyszącym im zmęczeniu, myślałam, że nie dam rady, ale... Jak to nigdy nic nie wiadomo.
W piątek nie biegałam, za to znów potaplałam się i porozciągałam w basenie. W sobotę - jedno wielkie lenistwo.
Niedziela. Dziś startują w Poznaniu Emilka, DrProctor i Tete. Trzymam za nich mocno kciuki! A ja? Wyciągnęłam męża na poranny cross. Przyjechał do nas mój brat i bohatersko zgodził zostać się z Ironmanem, który pokazuje ostatnio małe rogi. Albo raczej - kolejne zęby. Są i nocne recitale (od 6 do 11 pobudek w ciągu jednej nocy), i płynne przechodzenie ze śmiechu w rozpaczliwy szloch, i organizowanie zawodów sprawnościowych (jak daleko szurnę zabawką i jak szybko matka / ojciec / wujek zaaportuje, zanim zacznę wyć). I takie tam.
Wracając do porannego crossu - polecieliśmy na plażę, na której dziś wielka fala i silny wiatr (od 20 do 24 węzłów), z niej wspięliśmy się wąską ścieżką na klif, po czym ostrożnie zeszliśmy na drugą plażę, z której zawróciliśmy, bo nie mogliśmy znaleźć ścieżki na kolejny klif. Pobiegliśmy zatem "naszą" plażą do miasteczka, po drodze zaliczając kilometrowy podbieg, za którym był następny - na cypel nad portem. Oblecieliśmy cypel, wspięliśmy się na wzgórze i wróciliśmy do miasteczka, na plażę i do domu. Wyszło 9 km (zamiast 12), a nieziemsko się zmęczyłam. I podbiegami, i kluczeniem wąskimi ścieżynkami między ostrymi kamieniami (w butach treningowo-startowych, bo nie zabrałam trailówek), i bieganiem pod mocny wiatr i palącym słońcem. Ale piękny to był bieg.
Zamiast zdjęcia będzie piosenka. Zupełnie a propos niczego - przyjaciółka zamieściła ją na FB w ramach odświeżania muzycznych wspomnień.
Blogacze, mknijcie jak tutejszy wiatr! Czekam na Wasze relacje z Poznania.
4 komentarze:
Dzięki Hania! U mnie sukces połowiczny - do mety dotarłam, ale w czasie duuuuużo słabszym, niż zakładałam. Ale żyję i już nie mogę się doczekać kolejnego maratonu :-)
Dziękuję Haniu za kciuki;) Było świetnie :) Super taki poranny cross we dwoje :) pozdrawiam serdecznie :)
Hm, właśnie sobie wyobraziłam że miałabym biec 10 x 1 min pod górkę w czasie 4:30 min/km i zrozumiałam jak bardzo byłoby to dla mnie nieosiągalne :) Raz bym może dała radę, ale potem bym padła :) Mocarna z ciebie biegaczka mimo delikatnej postury :)
PS> uprzejmie proszę o informację gdzie o tej porze jest fala i wiatr 24 knt??? :)
Emilko, Tete, jeszcze raz Wam gratuluję!
Ava, ten wiatr BYWA, a nie JEST ;) Wtedy też są fale. Jesteśmy w zachodniej części Algarve. Bardzo przyjemne miejsce po sezonie, tylko na wiatr już nie można za bardzo liczyć. Nortada (stały wiatr termiczny) wieje w lipcu-wrześniu.
Prześlij komentarz