środa, 19 października 2011

Lato, arrivederci!

Kończymy nasze słoneczne wakacje w jeszcze trochę letnim skrawku Europy. I tu dni robią się coraz krótsze - słońce zachodzi przed 7, dość szybko zapada zmierzch i robi się chłodno. Ranki są bardzo rześkie. Myślę sobie ze smutkiem, że następne ciepłe dni przyjdą dopiero w kwietniu (jeśli będziemy mieli szczęście), a potem przypominam sobie miłe aspekty zimy: ośnieżony Las Kabacki, śnieg w górach (narty!!). Jakoś to będzie. 

We wtorek ruszyliśmy się na wycieczkę w okoliczne góry. Nic wielkiego, bo najwyższy szczyt ma trochę ponad 800 m npm, ale widokowo pięknie. Zatrzymaliśmy się na popas i spacer w starożytnym (korzystali z niego już Rzymianie) uzdrowisku - Caldas de Monchique. Dosyć zaskakujące miejsce - widoki i architektura jak w alpejskich kurorcikach plus bujna zieleń palm, pinii, eukaliptusów i mnóstwo kwiatów. Gdyby nie kilka niemieckich wycieczek, które skubią każdy krzak omawiany przez przewodniczkę, nawołują się gromkimi pohukiwaniami, byłoby idyllicznie.

Po powrocie i zakupach w celu uzupełnienia lodówki, mieliśmy dosłownie chwilę na trening. Wybrałam 8 km pierwszego zakresu, bo z niczym innym nie zmieścilibyśmy się w czasie, który został nam pomiędzy powrotem a rozmową telefoniczną, na którą umówiony był mój brat. Zostawiliśmy Ironmana pod jego opieką i ruszyliśmy. Po pierwszym kilometrze na okolicznej pętelce wiedziałam, że to nie jest dzień na powolny cross. Potrzebuję dotrzeć silnik. No i wyszło 8 km bnp z ostatnim kilometrem (tym, który zawiera 700-metrowy podbieg a la Agrykola) w tempie 4:47 min/km. Ten ostatni kilometr poczułam już jako mocny, ale poza tym - nic. Jestem coraz bardziej ciekawa powrotu do Warszawy i biegania po płaskiej nawierzchni.

Powolutku układam sobie plany. Do końca roku będę chciała skupić się na sile, którą ostatnio zaniedbałam. Miałam po prostu fuksa, że w tym roku dużo wyjeżdżałam w niezbyt płaskie miejsca i tylko dlatego nie straciłam jeszcze do końca wszystkiego, co wypracowałam przez parę lat w pieczarkarni. Myślę, że jedno wyjście na porządną sesję jest w zasięgu moich możliwości czasowo - organizacyjnych. Raz w tygodniu będę też chodzić na clubbing. Mam bardzo dużo czasu do maratonu, więc chciałabym sporo uwagi poświęcić sile i technice, wiedząc już, że wyciągam z nich więcej korzyści niż z nabijania kilometrów.

Nietypowe miałam lato. Teraz macham mu na do widzenia i powoli oswajam się z nadejściem mojej ulubionej pory treningowej. 

Teraz z cyklu "polecam":

1. Agnieszka i Olek, czyli duet trenerski z wczasów odchudzających, publikują serię artykułów o najczęstszych błędach treningowych biegaczy - amatorów. Artykuły ukazują się na biegajznami.pl. Pierwszy można przeczytać tutaj.

2. Nie wiem, czy mieliście okazję przeczytać o sukcesach dwojga forumowiczów z bieganie.pl. DOM była piątą kobietą w Maratonie Warszawskim, przybiegając do mety z fantastycznym czasem 2:48:47. Według mnie, warto przeczytać jej własną relację z maratonu i opis treningów. Jak widać, nie trzeba biegać 120 km tygodniowo i katować się cotygodniowymi wielogodzinnymi wybieganiami, żeby osiągnąć taką formę. Drugi forumowicz - Kulawy Pies - Poznań Maraton ukończył w 2:38. Opis jego planu można znaleźć tutaj. Średni kilometraż - ok. 74 km  tygodniowo, przeważnie w 4 wyjściach. Dużo bardzo mocnych treningów jakościowych.

Czasy obydwojga są dla mnie nieosiągalne, jednak metody treningowe - mniej objętości, a więcej jakości - ogromnie mi się podobają. Oczywiście, z zachowaniem wszelkich proporcji, ponieważ mój głęboki trzeci zakres, to tempo ich swobodnych wybiegań.

No to idę trochę popływać (czytaj: potaplać się dyrektorską żabką) i rozciągnąć zastałe gnaty. W ramach pożegnania lata, rzecz jasna. Jeszcze jeden trening na miejscu, a potem - akcja "powrót".

Pisałam, że jest po sezonie...

Widok z południowo-zachodniego krańca Europy

Kurorcik

7 komentarzy:

Ava pisze...

Aha, i wszystko jasne :) Ja też bym chciała kiedyś tam pojechać, chociaż podobno fale są lepsze niż wiatr (czyt. surfing bije na głowę windsurfing). Z ciekawością przeczytałam artykuł o błędach i o rozciąganiu - świetnie napisane i dające do myślenia, więc będę tam zaglądać.
Myślę że po tych górkach będziesz b.szybka na dychę, a zatem życzę Ci Haniu życiowki na BN :) Fajne te twoje treningi - zrobiłam nawet ten z crossem + 10 x 1 min ale wolniej i uznałam że jest tak fajny, że włączam go na stałe we wtorki :)

tete pisze...

Fajne "przedłużenie " lata:)Fotki super:)Udanej akcji "powrót" Pozdrowaśki

Anonimowy pisze...

Piękne zdjęcia. A tej pustej, słonecznej plaży po prostu nieprzyzwoicie zazdroszczę :)

Hankaskakanka pisze...

@Ava, na surfing podobno jest najlepiej. Na drugim miejscu windsurfing, na trzecim kite. Chociaż znajomy, który trochę pojeździł po Portugalii w celach surfingowych, twierdzi, że naj-naj-najlepiej na surfing jest w Peniche, czyli ok. godziny jazdy na północ od Lizbony. Tylko tam już trzeba mieć długą piankę i przygotować się na zimno i deszcz nawet w środku lata ;)

@Tete, dziękuję i też pozdrawiam!

@Ultrasetka, za 2 dni też będę sobie nieprzyzwoicie zazdrościć ;)

Unknown pisze...

Piękne to Wasze przedłużenie lata. Ale ja już też się cieszę na zimowe bieganie :-)

I dzięki za linki, bardzo przydatne!)

Hankaskakanka pisze...

Emilko, Zimowe bieganie i narty są moimi jedynymi jasnymi punktami podczas sześciomiesięcznej ciemnicy. Kiedyś cierpiałam od października do kwietnia - to trochę długo ;)

Hankaskakanka pisze...

Ps. A propos windsurfingu i surfingu, na północ od Cabo de Sao Vicente jest większa fala i zimniejsza woda. Na południowy wschód - mniejsza fala, cieplejsza woda. Podobno często wieje off-shore. W rozlewiskach rzek (np w okolicach Portimao albo między Faro i Tavirą) są laguny z płaską wodą, które przy dobrym wietrze dają fajne warunki do kitesurfingu.