piątek, 20 maja 2011

Alternatywny ciąg dalszy

Chciałam w weekend pojeździć na rowerze. Ale w sobotę mieliśmy uroczystości rodzinne, do których trzeba było przygotować mieszkanie, siebie i, co najważniejsze, Ironmana. Nie było czasu. W niedzielę zostałam z Ironmanem sama, więc jakakolwiek aktywność solo odpadała.

We wtorek rano dziecię zażądało śniadania o 5:30. Postanowiłam wykorzystać wczesną pobudkę i zrobiłam trening biegowy. 2 km z tętnem poniżej 140 bpm, 1 km marszu, 2 km z tętnem poniżej 140 bpm, 6 (w rzeczywistości 7, bo się pogubiłam w liczeniu) x 100 m ze 100-metrowymi przerwami i 1 km schłodzenia. Nie było tak lekko i przyjemnie jak na Agrykoli czy w lesie - osiągałam wysokie tętno przy znacznie wolniejszym tempie, a stumetrówki w ogóle były mało żwawe. Inna sprawa, że nie biegłam ich na maksa w obawie o obudzenie złośliwego gnoma w ścięgnie Achillesa. Na razie śpi i nie dokucza. W domu zrobiłam 20 minut rozciągania, po czym przygotowałam gigantyczne śniadanie.

Aha, przeskoczyłam jeden dzień - w poniedziałek znów uczyłam się wiązania chusty, dzięki czemu przez parę dni miałam zakwasy w tricepsach. Czyli nauka wiązania to też jakiś trening.

W środę miała być Agrykola i trening kombinowany - mąż biega, a ja dojeżdżam na Agrykolę na rowerze, spaceruję z Ironmanem, wracam na rowerze. Niestety plany wzięły w łeb z powodu niedoczasu. W czwartek też jakoś się nie złożyło, aż w końcu nastawiłam budzik na bardzo rano i pojeździłam sobie dzisiaj. Przy okazji zrobiłam inaugurację nowego kasku (zainwestowałam w takie cudo). Rowerowa wycieczka trwała około 45 minut i była bardzo delikatna (tętno poniżej 130 bpm, podskoczyło tylko na podjeździe na Myśliwieckiej).

Z tego wszystkiego zapomniałam się pochwalić, że mam wreszcie sprawny pulsometr. Serwis Garmina naprawdę zrobił na mnie dobre wrażenie. Bez szemrania przyjęli reklamację, przysłali nowy pulsometr, instrukcję instalacji nowego oprogramowania i teraz wszystko gra i buczy. Jedyną wadą tego nowego pulsometru jest, że nie można go przeciągnąć przez szlufki od stanika, bo zakłada się go przez głowę - nie ma zapięcia. Na razie nie zjeżdża, więc nie będę narzekać.

Z nowin kulinarnych: kupiłam pierwszą w tym roku młodą botwinkę. Pęczek był maleńki i zastanawiałam się, jak go zagospodarować. W końcu zrobiłam coś w rodzaju frittaty. Wykorzystałam resztkę makaronu z quinoa, pietruszki i czosnku (może być jakikolwiek inny) - czyli mniej niż 100 g, który ugotowałam, odcedziłam i wrzuciłam na  rozgrzaną oliwę, na której już zeszkliło się pół małej cebuli (drobno poszatkowanej), ząbek czosnku i pół pęczka botwinki. Po 2-3 minutach całość zalałam 4 rozbełtanymi z solą i pieprzem jajkami, przykryłam pokrywką i zostawiłam do całkowitego ścięcia jajek. Bardzo, bardzo dobre, ale botwinki mogłam dodać więcej. Polecam, bo danie robi się około 15 minut. Jeśli w międzyczasie trzeba zabawiać Ironmana i podejmować próby napojenia go wodą (której nie znosi), może wyjść 20-25 minut. A, porcja przewidziana na dwie dosyć głodne osoby.

W tym tygodniu wybieram się jeszcze na trening zastępczy do pieczarkarni, ale o tym napiszę już w następnym poście, a na razie życzę wszystkim miłego i pogodnego weekendu!

4 komentarze:

Unknown pisze...

O, fajny przepis! Chętnie wypróbuję. Czuję, że się przyjmie, bo jak np. kiedyś wrzuciłaś przepis na kisiel domowej roboty, to raczyłam się nim całą zimę :-)

Hankaskakanka pisze...

Emilko, przekażę koleżance, od której mam przepis na domowy kisiel :)

tete pisze...

znowu smacznie o jedzonku ;) mniam mniam.... Ja jutro robię hi hi ... śląski żur :)na wędzonce ;)

Hankaskakanka pisze...

Tete, dobry żur nie jest zły ;)