Wygląda na to, że ścięgno Achillesa zostało uspokojone i że od nadchodzącego tygodnia mogę wrócić do regularnego biegania. Co prawda treningi alternatywne są bardzo fajne i cieszy mnie odmiana, ale jakoś mi tęskno za rygorem treningowym. Zboczenie nie wybiera.
Poniedziałek zaczęłam od pobudki o 5:30 (młody panicz zadzwonił po śniadanie do łóżka), więc wykorzystałam czas przed wyjściem męża do pracy na spacer do pieczarkarni i odrobienie zaległego treningu z ubiegłego tygodnia. 10 minut na orbitreku, 10 minut na wiosłach, 15 minut truchtu (wszystko z tętnem 120-140 bpm) i 15 minut rozciągania. Niby nic specjalnie wyczerpującego, a w domu rzuciłam się na śniadanie jak wygłodniały sęp.
Potem długo, długo nic, bo przez parę dni nie było męża i moje treningi ograniczyły się do kilkukilometrowych marszrut z Ironmanem. Zawsze coś.
W piątek rano wstałam wcześnie i pognałam do pieczarkarni. 10 minut orbitreku (polubiłam tę maszynę!), 25 minut truchtu na bieżni (ble), 10 minut wioseł, 3 x 15 serii na maszynie na plecy, 3 x 20 wykroków, 3 x 8 pompek, 20 minut rozciągania. Bosko!
W ciągu dnia byłam z Ironmanem w Lesie Kabackim. Chłopak spał, a ja zrobiłam prawie 7 km raźnym krokiem, pchając jego wózek i oganiając się od komarów. Dziwne doświadczenie - być w LK i nie biegać. Zdążyliśmy wrócić przed burzą. Jechaliśmy przez opustoszałe miasto - warszawiacy chyba wystraszyli się "paraliżu komunikacyjnego", którym straszyły media na okoliczność wizyty Baraka O. W związku z tym było rozkosznie cicho i pusto.
W sobotę miał być rower, ale sobota upłynęła tak szybko na różnych sprawach, że w końcu nie dałam rady. Wielka szkoda, ale tak bywa.
W niedzielny poranek zerwałam się na trening biegowy. Ale na niego nie wyszłam, bo to, tamto, owamto (np. Agatha Christie do śniadania). Poza tym zależało mi, żeby zdążyć na kibicowanie drużynie Blogaczy, startującej w Accreo Ekiden.
Rodzinna wyprawa na Pola Mokotowskie okazała się skomplikowanym przedsięwzięciem. Kiedy już wyszliśmy we troje, po 100 metrach stwierdziłam, że straszliwie obcierają mnie trampki. Wróciłam do domu, zmieniłam trampki na inne buty - niedobrze. Jeszcze jedne - jeszcze gorzej. W końcu, w desperacji sięgnęłam po klapki, złapałam za rower i wybiegłam z nim z domu. Umówiliśmy się z mężem, że dogonię go właśnie na rowerze. Niestety, nigdzie po drodze nie mignął mi przystojny facet z wózkiem, zatem doturlałam się na Pola Mokotowskie, stwierdzając, że: a) nie zabrałam komórki, b) nie mam pojęcia, gdzie jest reszta rodziny. W okolicach startu zobaczyłam pana, który właśnie kończył rozmowę przez komórkę. Zapytałam go, czy pozwoliłby mi zadzwonić do męża, bo go zgubiłam i nie mam telefonu. Pan osłupiał, ale dał mi swoją wypasioną komórkę, z której nie potrafiłam skorzystać. Pan osłupiał jeszcze bardziej i, chyba w odruchu litości, wykręcił podyktowany numer. Ustaliłam lokalizację chłopaków, podziękowałam osłupiałemu panu i stanęłam przy trasie. Akurat wtedy, kiedy wystartowała Ava. A w chwilę później odnalazłam zaginioną rodzinę.
Wszystko znalazło swój happy end: Blogacze przybiegli na 34 miejscu (z czasem 3:06 - gratulacje, dziewczyno i chłopaki!), odnalazłam całą grupę, Ironmanowi spodobała się atmosfera zawodów i z zainteresowaniem oglądał finiszujących biegaczy.
Wracając do treningów: niechcący zrobiłam dziś dwa. Jeden - rowerowy, przy okazji gonienia rodziny i powrotu do domu, drugi - biegowy. Bo w końcu zebrałam się w sobie, ale znów nie obyło się bez niespodzianek. Kiedy pożegnaliśmy popołudniowych gości, zamarzyło mi się tłuczenie moich dwusetek na Agrykoli. Wsiadłam w samochód i... No jak żona kibica Legii i sam kibic mogli nie skojarzyć, że skoro na stadionie Legii odbywa się mecz zamykający sezon, w okolicy nie będzie ani jednego miejsca do zaparkowania? Ano mogli. Jednak Pan Bóg czuwa nad półgłówkami - na ul. Szwoleżerów znalazłam piękną miejscówkę i zadowolona z siebie potruchtałam w stronę stadionu na Agrykoli. Mamma mia.... Pod Zamkiem Ujazdowskim piknik z okazji Dnia Dziecka, co wywnioskowałam po ilości dzieci umazanych watą cukrową oraz piosence o słoniach z kokardkami na ogonach, którą nader fałszywie śpiewała do mikrofonu pani prowadząca imprezę. No i w ogóle cudownie - grillowane świnie w różnym stadium przerobienia, budki z piwem, tłumy dzikie. Jakoś przekicałam do stadionu, a tam też klops bo dwie drużyny rozgrzewają się przed meczem. Chyłkiem przemknęłam do wyjścia od strony Trasy Łazienkowskiej i pobiegłam w stronę Powiśla.
Ponad 4 km wolno, a potem 200-metrówki (osiem plus 1-minutowe przerwy), które kończyłam już nad Kanałem Piaseczyńskim, w eskorcie licznie rozstawionej policji. Bardzo luksusowy trening. W sumie wyszło około 7.5 km, czyli chyba najwięcej od powrotu z Annecy.
W przyszłym tygodniu wracam do normalnych treningów biegowych i do wyciskania w pieczarkarni. I po raz pierwszy wyjeżdżamy z Ironmanem w góry. Nie mogę się doczekać!
A na razie życzę wszystkim udanego nadchodzącego tygodnia i jeszcze raz gratuluję szybkim Blogaczom :)
niedziela, 29 maja 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
8 komentarzy:
Musiałaś Haniu naprawdę mocno dopingować Naszych Blog@czy, że tak świetnie się spisali :)Z tą wypasioną komórką rewelka;) pozdrowaśki
Tete, zdążyłam podopingować Avie, a całą resztę przegapiłam :( Pozdrawiam!
Hania,
Masz nasze fotki z mety? Bylibyśmy wdzięczni za opublikowanie.
Michał, zgrałam dopiero dziś i wysłałam Avie, żeby Wam rozesłała. Korzystajcie z nich wedle uznania :) Niestety część wyszła nieostra, bo nie przestawiłam przesłony. Ale coś tam widać!
Naprawdę super, że udało Wam się wczoraj dotrzeć. Pobyt w "Stolycy" bez spotkania z Waszą Trójką uważałbym za niepełny;) Zakładam, że przy najbliższej okazji również przywdziejesz koszulkę z "blogaczowym" logo:)
Ale przygód jak na jeden weekend. Dobrze że zakończonych happy endem
Haniu, jak Ty to robisz, że przy tak wczesnych pobudkach jeszcze masz siłę na bieganie na pieczarki :)
@DrProctor, tak, mam nadzieję, że przy najbliższej okazji będę mogła pobiec jako Blogaczka :)
@Ultrasetka, oj, tak!
@Pinos, nie mam siły, ale po pieczarkach już tak. I to na cały dzień :)
Prześlij komentarz