Czasem warto słuchać tych, którzy znają się lepiej, czyli schować w buty swoje "ja chcę!", chociaż to takie trudne. Skąd taka refleksja? Ano tak:
Jak wiecie, w tym roku zrobiłam 3 podejścia do maratonu. W Orlenie nie pobiegłam, bo wróciłam z nart w stanie pokręcenia i robienie intensywnego BPS było wysoce niewskazane. Przerzuciłam się na mniejsze objętości i wybiegałam życiówkę na 10 km w Szybko po Woli oraz otarłam się o życiówkę na 5 km w Accreo Ekiden. Obydwa biegi miały mało życiówkowe trasy, więc czułam się uskrzydlona. Zwłaszcza, że już żegnałam się z myślą o poprawianiu wyników na tych dystansach.
We wrześniu miała być Warszawa. Ale tyle się wydarzyło w międzyczasie, że mój organizm zastrajkował. I to nie raz. Wtedy powinnam była posłuchać Maestro, który powiedział, żebym odpuściła sobie maraton w tym roku, zamiast przekonywać go, że JAKTO? Tyle pracy pójdzie na marne??? W międzyczasie zrobiłam życiówkę na 10 km, na trasie, która miała 10,3 km (Biegnij Warszawo), więc byłam tym mocniej przekonana, że jestem "w gazie". Treningi szły jak złoto. I, chociaż podczas ostatnich tygodni, często zbierało mi się na wymioty na widok butów do biegania, trenowałam, trenowałam, trenowałam. Oprócz tego odeszłam z pracy, zaczęłam karierę wolnego strzelca, Ironman przeszedł ospę i w ogóle było bardzo wesoło.
W ostatnim tygodniu przed maratonem zaczął mnie podgryzać jakiś wirus. No ale co to dla mnie? Co prawda ostatni krótki trening w tempie ciut wolniejszym od maratońskiego poszedł mi jak krew z nosa, noale. Maratończyk się nie poddaje, i tak dalej. Przed wyjazdem poczułam się lepiej, ustaliłam z Maestro tempo na maraton (i tak o 10 sekund wolniejsze od tego, pod które trenowałam) i... pojechaliśmy.
Noc z piątku na sobotę pozwoliła mi na odespanie kilku skróconych nocy (praca wolnego strzelca) i ogólną regenerację. Odebraliśmy pakiety startowe, zawierające wiele produktów spożywczych (łącznie z paczką penne) oraz całkiem ładną koszulkę techniczną. Łaziliśmy sobie po urokliwej, spokojnej Rawennie, aż w końcu dopadł mnie stres przedstartowy. Na szczęście krótkie rozbieganie w lekkiej mżawce zlikwidowało całe zdenerwowanie - nogi niosły lekko, nic nie bolało, nic nie dokuczało. Czułam w sobie moc i energię i ze spokojem poszłam spać.
Ale rano... Od rana było niefajnie. Obudziłam się jakaś niewyspana i zdenerwowana. Ledwo wmusiłam w siebie parę wafli ryżowych z miodem. Cały czas chciało mi się spać - nawet wtedy, gdy wyszliśmy z mężem na rozgrzewkę. Gdzie się podziała sobotnia lekkość, gdzie energia? Miałam wrażenie, że ktoś zamienił mnie w kołek na betonowych nogach. Ucałowaliśmy Ironmana, zostawiliśmy go w dobrych rękach i pobiegliśmy 300 m na start.
Organizator wpadł na boski pomysł, żeby puścić uczestników 4 biegów razem - tych na 10,5 km, na półmaraton, 30 km i maraton. Niby tylko 3,6 tys. osób, ale jak tu się ustawić, skoro ci na krótsze dystanse będą biegli szybciej? Nie wiem, kiedy padł sygnał startu - po prostu nagle wszyscy ruszyli, a ja z nimi. Jeszcze widziałam męża wrzucającego nasze worki foliowe do kosza na śmieci - rzut za 3 punkty - a potem zostałam sama z asfaltem i obcymi biegaczami.
Boziu, co to była za tragedia... Nigdy jeszcze nie biegło mi się tak źle od samego początku. Nie wiem, czy byli kibice, czy ich nie było. Nic nie wiem. Biegłam tak, jakbym była w środku jakiejś bańki oddzielającej mnie od reszty świata. Pierwszy kilometr - 4 sekundy za wolno. Lecimy dalej i... emmmm.... wmordęinożem - co robi ten podbieg na wiadukt nad torami kolejowymi???? Miało być płasko! Ale nie - wbiegamy ślimakiem, dosyć stromo, na wiadukt, a potem z niego zbiegamy. Znowu dołożyłam parę sekund. No nic - zazwyczaj rozkręcam się na pierwszych kilometrach, potem wszystko nadrobię. Biegniemy, biegniemy i nagle wbiegamy do parku na drogę szutrową. O, cudownie. A tą szutrową drogą podbiegamy na wały w miejscu dawnych murów obronnych. A potem przez trawnik na asfaltową drogę i znów podbiegamy na wiadukt. W międzyczasie czuję, że moja opaska kompresyjna obciera Achillesa. Boli!
Wracamy do starej części Rawenny. Muszę coś zrobić z tą przeklętą opaską, bo Achilles zostanie zaraz przerobiony na carpaccio, więc zatrzymuję się przy jakimś murku, podwijam opaskę i staram się nie rozczulać nad krwawymi bąblami, które pod nią znajduję. A jeszcze nawet nie przebiegłam 10 km, więc w ogóle bosko. Ciągle biegnie mi się źle - ciężko, trudno. Ledwo przebieram nogami, a do kompletu atrakcji właśnie zaczął boleć mnie dół brzucha. Po chwili bolą mnie pachwiny, dół pleców, lewe biodro. Wamać.
Biegniemy po mokrej kostce (w nocy kropił deszcz) - na zakrętach wchodzi się w taki ślizg, że hejho! Podbiegam do stołu z piciem na 10 km, bo mam pić po łyku - dwa na każdym punkcie nawadniania. A tam stoją starsze panie, konwersują, spokojnie nalewają wodę do kubeczków - nigdzie im się nie spieszy, nic ich nie wzrusza. Stoję chwilę, zanim wreszcie jedna z pań daje mi kubek, uśmiechając się przy tym czarująco. Może to wolontariat z miejscowego klubu medytacyjnego? Jeszcze kawałek po kostce i wbiegamy na asfalt, po czym zaczynamy drugie kółko. Co tu się oszukiwać, skoro jest koszmarnie. Postanawiam sobie, że dobiegnę jeszcze raz do stołu ze spokojnymi paniami i, jeśli nadal będzie tak samo chałowo, pójdę do domu, bo stamtąd mam dosłownie parę kroków. No więc biegnę. Ucieka mi brzuchaty pan, z napisem "Marian POLSKA" na plecach. Ucieka pani, której starałam się trzymać. Nie mogę biec szybciej. Boli mnie wszystko, czuję tak straszne zmęczenie, jakiego nie czułam nigdy nawet na 38 km. Przez chwilę chce mi się płakać. Ale mówię sobie tak "Hanka, weź się w garść. Są gorsze nieszczęścia. Jest tak źle? Zejdź zaraz, póki wiesz, gdzie jesteś i jak trafić do domu." Diabełek podpowiada tymczasem "Alejakto? Tak przy ludziach?? Żeby wszyscy widzieli, jaka z ciebie ciapa?". I na to dostałam takiego wkurwu, że zeszłam na chodnik, zatrzymałam Polara, zdjęłam numer i spokojnym krokiem poszłam do domu. Mając głęboko gdzieś, co kto sobie pomyśli.
Po drodze trochę się zgubiłam i pytałam, jak dojść do grobu Dantego, bo wiedziałam, jak stamtąd trafić dalej. Ale parę osób się zdziwiło.
W domu wykąpałam się, przebrałam, zapakowałam dla męża suche rzeczy, banana, ręcznik. Zadzwoniłam do koleżanki, która jechała wzdłuż trasy na rowerze i miała na mnie czekać z żelem na 25 km, a potem na 33, w międzyczasie eskortując męża. Chodziło o to, żeby: a) nie czekała, b) nie powiedziała mężowi, że zeszłam z trasy - po co się miał chłopak stresować? Poszłam z Ironmanem i jego eskortą na karuzelę - widok małego ludzika, któremu buzia rozpromienia się, gdy krąży na karuzelowym koniku, poprawił mi humor do końca. Pokibicowaliśmy, poczekaliśmy na męża, któremu biegło się świetnie, dopóki, na 5 km przed metą, nie pierdyknęło mu kolano. Doszedł sobie spokojnie do mety, zaliczając po drodze stanowisko z mojito (na kilometr przed metą), kończąc z czasem 3:36. Zrobiliśmy rodzinny finisz z Ironmanem za ręce, a potem gratulowaliśmy i biliśmy brawo rodakom, którzy zajęli 2 i 3 miejsce!
Wiecie co? To był bardzo fajny dzień. I nie żałuję ani trochę tego, że stało się, jak się stało. Mam nauczkę - w maratonie nie można robić niczego na siłę. A z poprzednich maratońskich porażek wyciągnęłam jeszcze inną naukę - kończenie maratonu za wszelką cenę nie ma sensu. Mogłam wczoraj zarżnąć się i skończyć z niesatysfakcjonującym mnie czasem (choć nie wiem, czy wytrzymałabym jeszcze 28 km bólu). Ale po co? Po to, żeby przez najbliższe tygodnie organizm "odrabiał straty"?
No właśnie. Teraz cieszę się na odpoczynek od ciężkich treningów, planuję przeproszenie się z siłownią, wracam do jogi. Gdzieś w międzyczasie, jestem o tym przekonana, wróci znowu radość z biegania. Wtedy zacznę treningi pod wiosenne dyszki. I już teraz wiem, że będzie fajnie. Chciałabym tylko zapamiętać sobie na zawsze, że nie warto upierać się przy swoim za wszelką cenę.
poniedziałek, 10 listopada 2014
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
Kurcze, ale Ci się złożyło okoliczności.. no czasem nie ma dnia i nic się nie zrobi:/ Brawo za mądrą decyzję. Nie zawsze trzeba bić rekordy i walczyć za wszelką cenę, a plan zostania mistrzynią "krótkich" dystansów brzmi bardzo dobrze:)
"Mam nauczkę - w maratonie nie można robić niczego na siłę." - samo sedno :) Szczególnie w maratonie takie żyłowanie organizmu za wszelką cenę mogłoby mieć kiepskie skutki. A zatem to była dobra decyzja i fajnie że udało ci się wobec niej mieć taki dystans, a nie rwać włosy z głowy. Myślę że odpoczynek bardzo Ci się należy, bo przecież natłukłas w tym roku też pewnie masę kilometrów :)
Prześlij komentarz