To jestem trochę wcześniej. Nobotak:
Kiedy 29 stycznia wyszłam na pierwsze pochorobowe roztruchtanie, trwające szalone 40 minut, wydawało mi się, że zaraz rozlecę się na kawałki. Pomijając to, że na ulicach leżał śnieg i było cholernie zimno, człapałam bez sensu, ciężko dysząc w naciągniętego po oczy buffa. Buff jak gorąco, buff jak męcząco.
Minęło jeszcze 13 treningów, po których zastanawiałam się gdzie zostawiłam formę (pewnie wykaszlałam i wysmarkałam) i czy kiedykolwiek jeszcze ją odnajdę. Wszystko szło jak krew z nosa - wybiegania były powolne i nużące, rytmy - buhahahaha, biegi ciągłe - na wysokim tętnie, które nie chciało spadać. No, podbiegi (jak to podbiegi), wychodziły całkiem przyjemnie. Pewnie z tęsknoty za górami. I tyle.
Wreszcie przyszedł TEN dzień, czyli 15 lutego. Plan przewidywał bieg ciągły w drugim zakresie. W środę zrobiłam taki sam trening, tylko ciut krótszy. Skończyłam z tętnem wchodzącym w trzeci zakres i podobnym zakwaszeniem (Maestro czekał ze stosownym przyrządem). Mogiła.
Dni poprzedzające 15 lutego były też więcej mogiłowe - tydzień wcześniej Ironman próbował zdobyć gorączkową życiówkę, parę dni później dostał pierwszy w życiu antybiotyk, na którym wyhodował zapalenie ucha, co spowodowało bezsenne noce w domu. W międzyczasie męża złożyło coś grypopodobnego i prześcignął Ironmana w osiągach gorączkowych.
Prawdę mówiąc, w romantiko Walentynki byłam tak zmęczona i sfrustrowana, że widziałam czerwone płatki przed oczami. Bynajmniej nie przynależne do bukietu róż. Próbowałam zrelaksować się wieczornym treningiem z podbiegami na Agrykoli, ale klimat był zawsze przeciwko nam i trafiłam na mecz na Legii. Biegało się mało relaksująco, za to obstawę policyjną miałam naprawdę profesjonalną, łącznie z policją konną. Załapałam trochę snu na raty (z naciskiem na "trochę" i "na raty") i, zasadniczo i pobieżnie nieprzytomna, pojechałam rano na trening. Znów na Agrykolę, nad Kanał Piaseczyński, żeby pokręcić tam drugozakresowe kółka, a na koniec zwierzyć się analizatorowi kwasu mlekowego.
W sumie nie spodziewałam się niczego dobrego.
A tu tak: najpierw myślałam, że pulsometr się zepsuł. Potem, że GPS oszukuje. Ale nic się nie zepsuło, nic nie oszukiwało. Skończyłam trening z tętnem niższym o 10 bps niż w środę i z zakwaszeniem tak żenująco niskim, że Maestro stwierdził, że może 30% treningu było zrobione w drugim zakresie.
Do tej pory nie mogę w to uwierzyć.
Jestem strasznie zmęczona, mam za sobą 3 przeziębienia własne, a w domu nieustający lazaret i fruwające bakcyle. Seria, jakiej jeszcze nie mieliśmy. Lekarz, który przyszedł do ledwo żywego z gorączki męża, pocieszył mnie ze trzy razy "No, jest duża szansa, że mąż panią zarazi" (nie, nie podstawiłam nogi panu dr, ale pokusa była). Ćwiczę nocne alarmy Ironmana - trzeba robić sprint z piciem albo tłumaczyć, że o 2 w nocy nie wyjdziemy na spacer, a o 4:30 nad ranem nie będziemy bawić się klockami ani czytać Emila ze Smalandii. Krecika też nie.
Więc jak mogłam w 2,5 tygodnia, na 14 treningach, dorobić się wreszcie formy pozwalającej na nieśmiałe pomysły na jakąś subtelną życiówkę w Rotterdamie?
Zagwozdka.
PS Stęskniłam się za blogiem!
PS2 Przeprosiłam się z bieganiem. Amore!
niedziela, 16 lutego 2014
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

6 komentarzy:
Niezbadane są wyroki formy biegowej!;)
Miło Cię znów czytać:)
Ano własnie - organizm lubi robić psikusy, pozytywne psikusy:) Ja myślałam, że będę umierać na półmaratonie (no bo zatoki, no bo dwa antybole, no bo gorączka 40,6, no bo pierwsze truchtanie po chorobie - i jedyne przed zawodami - było potwornie męczące. A tu poszło mi lepiej niż śmiałam przypuszczać :)
Ha, widzisz, taki czas może :) Bo ja na ostatnim treningu też się zastanawiałam, czy aby mi się zegarek nie zepsuł ;) Dobrze, że forma wraca, oby już nie stchórzyła więcej :)
@Krasus, niezbadane!
@Agnieszka, no Twój wyczyn w półmaratonie to naprawdę mistrzostwo świata :)
@Gohs, oby :)
Dobrze Cię znów czytać! :-)
Mam nadzieję, że klockowe serce już posprzątane, bo wiesz jaka jest skala bólu?
@DrProctor, klocki jak klocki, tam jeszcze były samoloty i resoraki, więc czarcia zapadka przy tym wysiada ;)
Prześlij komentarz