sobota, 17 grudnia 2011

Do mety

Mam plan. Tylko jak go realizować?

Choć na dworze przedwiośnie (w Parku Ujazdowskim i Ogrodzie Saskim kwitną stokrotki), kalendarz wie swoje i pokazuje, że każdy dzień zbliża nas do Bożego Narodzenia oraz innych miłych zdarzeń, do których jakoś tam trzeba się przygotować. Jeśli dodać do tego nieustające próby przekonania Ironmana, że spanie jest fajne, a robienie katapulty z łyżki włożonej w miskę z zupą - wręcz przeciwnie, robi się intensywnie i ciasno z czasem.

Dobra. Zacisnęłam zęby, wrzuciłam piąty bieg, a nadziei dodaje mi widok ostatniej prostej.

Realizację planu zaczęłam od środowego clubbingu, na który stawiłam się z trójkołowcem i Ironmanem. Przez cały dzień ustawiałam wszystko tak, żeby zdążyć i żeby było cacy. Sratatata. Nie wzięłam pod uwagę czynnika dziecięcego - po 25 minutach rozległ się ryk, który próbowałam uciszać na różne sposoby, aż po 20 minutach odtrąbiłam odwrót. Wyszło wszystkiego około 45 minut, w czasie których zdążyłam zrobić rozgrzewkę, pobiegać w tę i z powrotem po schodach pod Zamkiem Ujazdowskim (bez wózka, ma się rozumieć! były zmiany w pilnowaniu) i wymęczyć 1,5 podbiegu po Agrykoli oraz żwawo zawrócić przy akompaniamencie ryku ciągłego. Nie wiem, ile tego wyszło w kilometrach, bo znowu nie wzięłam Gacka. Koledzy i koleżanki robili w tym samym czasie skipy i przeplatanki pod górkę (raczej niemożliwe do wykonania z wózkiem), a mieli obiecane jeszcze inne atrakcje, które, rzecz jasna, mnie ominęły.

Oj, niedobrze. To był mój ostatni clubbing w tym roku. Widzę, że od stycznia muszę wprowadzić różne działania logistyczne i przychodzić na treningi bez pasażera.

W czwartek, na fali rozczarowania środowym fiaskiem, poszłam wieczorem na siłownię. Ludzie poważnie pracują nad sobą przed Sylwestrem - ledwo znalazłam wolną bieżnię. Rozgrzewka i do boju. Było dużo pracy nad dwugłowymi i pupą, m.in. przesuwanie suwnicy jedną nogą. Auć, auć, auć. Potem plecy, klatka (genialny sposób: rozpiętki robione, gdy leży się na dużej piłce - trzeba zapracować całym jestestwem na poprawne wykonanie ćwiczenia), brzuch i rozciąganie. A propos brzucha, poznałam kolejne naprawdę dobre ćwiczenie, które nie obciąża niczego, za to angażuje chyba cały brzuch i jeszcze pozwala rozluźnić dolny odcinek kręgosłupa. Otóż tak: kładziemy się na plecach, rozkładamy ręce prostopadle do tułowia, unosimy nogi, żeby tworzyły kąt prosty z tułowiem, zginamy je w kolanach, po czym przenosimy z jednej strony na drugą, pilnując, żeby nie odrywać łopatek od ziemi. Kręgosłup strzelał miło, a na brzuchu robił się kaloryfer. Rewelacja.

W piątek użalałam się nad narastającymi zakwasami.

Dziś, dosyć późno rano, wybiegłam na krótki i żwawy trening: rozgrzewka + 5 km w drugim zakresie. Pulsometrowi jest ciepło i miło w pudle ustawionym poza zasięgiem małych, chwytnych łapek i ostrych zębów, więc biegłam na wyczucie. Rozgrzewki wyszło ok. 1,2-1,3 km, a swoje 5 km odpracowywałam w Ogrodzie Saskim i na dobiegu do domu. Lekko na pewno nie było - czułam się jeszcze obolała po siłowni, coś mi chlupotało w brzuchu. W dodatku wiał bardzo silny wiatr. Jakoś dziwnie, jak to często w Ogrodzie Saskim bywa, zawsze w dziób. Z dużym zdziwieniem odczytałam w domu, że te 5 km zrobiłam w średnim tempie 4:58 min/km. Wydawało mi się, że biegnę co najmniej 15-20 sekund wolniej. Hm. Korzystając z małego luksusu, pt. dziecko, które właśnie usnęło, zrobiłam zaraz po powrocie do domu kilkanaście minut ćwiczeń na brzuch i stabilizację (po jednej serii, ale szybko i bez przerw - taki mały obwód) i 20 minut rozciągania. Ćwicząc stabilizację, powtórzyłam w zasadzie wszystkie układy z dużą piłką, które mieliśmy zadane przez Agnieszkę podczas Ergo Treningu. Dołożyłam od siebie zwykłą deskę. Brzuch - opisywane wyżej ćwiczenie z ugiętymi nogami i klasyczne brzuszki z nogami ułożonymi na dużej piłce. W sumie bardzo konstruktywny poranek.

Jutro, jeśli Ironman pozwoli, trochę wolnego człapania. A potem coroczny maraton w zbiorowym lepieniu pierogów i uszek. Meta już blisko!

PS. Gdyby Blogger znów zechciał cofnąć mój post w czasie o 8 dni (tak, jak zrobił to z poprzednim, co już skorygowałam), uprzejmie donoszę, że jest dziś sobota, 17 grudnia 2011 r., godzina 20:29.

8 komentarzy:

tete pisze...

i znowu mi ślinka cieknie czytając Twojego bloga :) pierożki, uszka mniam mniam pychota ;)Ostatnio faktycznie Blogger jest jakiś "przetrącony" też mi robi numery ;)fajne to ćwiczenie na brzuch :)powodzenia w planie:) pozdrowionka:)

Anonimowy pisze...

Oj te święta zbliżają się nieubłaganie i na mnie tez czeka maraton kulinarny. Pierogi, uszka, śledzie, barszcz, pieczenie ciast. Do tego porządki domowe:okna, dywany, podłogi. A wszystko to zaplanowane co do minuty. Ciekawe to ćwiczenie na brzuch

Adam pisze...

Hanka, jak możesz tak Ironmanowi kłamać. Spanie jest owszem fajne, ale robienie katapulty z łyżki w zupie jest jeszcze fajniejsze ;)

Masz gdzieś może wersję filmową tego ćwiczenia na brzuch? Albo opis ze zdjęciami? Brzmi interesująco, ale nie jestem pewien czy załapałem o co w nim chodzi.

drproctor pisze...

Mojemu Dziecię ostatnio zrobiło się litościwe i zasypia o przyzwoitej godzinie (za to nauczyło się samo z pokoju wychodzić i zaczyna się era "przychodzę do rodziców do łóżka"). Ale długo to pewnie nie potrwa, bo idzie "druga fala"..;)

@Adam, Hani niechybnie chodziło o to ćwiczenie :-)

Hankaskakanka pisze...

@Tete, postanowiłam teraz sprawdzać PRZED publikacją, co Blogger proponuje jako datę i godzinę zamieszczenia nowego posta ;)
@Ultrasetka, to masz jeszcze niezły zasuw. Powodzenia!! PS. Na moje świeżo umyte okna napadał już deszcz, więc nawet nie za bardzo widać, że były myte :(
@Adam, gdyby Ironman sprzątał po sobie skutki katapultowania, niech się bawi do woli ;) Nie znalazłam w sieci ilustracji tego ćwiczenia, ale, w wersji statycznej, na zajęciach z jogi instruktor (chociaż chyba nie tak się nazywał, ale nie ważne) nazywał to ćwiczenie "pasją" od filmu Mela Gibsona. Tylko tutaj nogi się przekłada z jednej strony na drugą i nie trzeba dociągać kolanami do samej ziemi.
@DrP, o której do Was przychodzi, tak z ciekawości pytając? Bo dużo znajomych opowiada, że najczęstsza godzina to tak okolice 4 rano, a dzieci przynoszą ze sobą jeszcze sporo dobytku. Kiedy byłam na opłatku firmowym, kolega skarżył się, że jest cały posiniaczony od lalek, które córeczka zaciąga do łóżka rodziców ciemną nocą ;-) Ironman na razie nadal bojkotuje spanie z nami (tzn. kiedy ląduje w naszym łóżku, rozkręca dobrą zabawę i o spaniu nie ma mowy), ale wróciliśmy do korzeni, czyli najlepszym usypiaczem jest noszenie go na rękach aż do całkowitego odpadnięcia. Rąk lub Ironmana ;) A, powodzenia z drugą falą :)))

Hankaskakanka pisze...

@DrP (raz jeszcze), link do ćwiczenia nie działa :(

drproctor pisze...

Haniu, na razie nic jeszcze nie przynosi, bo jak na razie przyszła tylko dwa razy (wczoraj przed północą i dziś o siódmej) - czyli na razie dopiero załapała, że można:-)
Faktycznie nie działa (a przecież sprawdzałem), widać sir Blogger znowu psikusy robi;-) Jeszcze raz link do całego artykułu ("to" ćwiczenie na samym końcu): http://runners-world.pl/trening/Sila-bez-wysilku-3589.html
PS. Tytuł dokładnie w stylu RW...

Hankaskakanka pisze...

Tak, to to ćwiczenie! Można jeszcze głowę odwracać w przeciwległą do nóg stronę - wtedy mocniej rozciągają się plecy. Dzięki za znalezienie ilustracji (tytuł boski!) :)