poniedziałek, 24 października 2016

Nieznośna lepkość bytu

Tak to czasem bywa, gdy skończy się bieg z uczuciem wielkiego niedosytu i apetytem na więcej. Po Cortina Trail, niesiona falą entuzjazmu oraz zachęt znajomych, zapisałam się na Łemkowyna Ultra Trail. Nie na miłe 30 km, nie na bezpieczne 48 - skądże znowu! Z przytupem i przyświstem na siedemdziesiątkę. Bo trasa łatwa, mało przewyższeń, żadnych trudności technicznych, fantastyczna atmosfera, widoki, no tak - jest błotniście, ale ekstra.

Od końca września w zasadzie codziennie spoglądałam na warunki pogodowe w Komańczy. Chyba codziennie padało lub lało. Na tydzień przed imprezą sprawdzałam prognozy kilka razy dziennie. Lało i miało lać w dzień startu. Jedne prognozy pokazywały, że będzie lało mniej, inne, że więcej, ale wiadomo było, że zmokniemy. Parę dni przed startem zobaczyłam zdjęcia i filmiki z trasy. Omujborze…

W sobotę budzik zadzwonił o 5:10. Miałam wykupiony bilet na busik z Krosna do Chyrowej, ale mieszkaliśmy w sporej odległości od przystanku i mąż zaoferował się, że zawiezie mnie na start, co pozwoli obydwojgu nam pospać nawet pół godziny dłużej. Zjadłam jakieś suchary z miodem, owsiankę instant i wypiłam kubek rozpuszczalnej kawy. Ubranie i cały sprzęt przygotowałam dzień wcześniej, więc pozostało tylko wysmarować stopy Sudocremem, ubrać się, wlać izotonik do bukłaka i przemknąć w deszczu do samochodu. Ciemno, pada, a start za 45 minut.

Kiedy dotarliśmy do Chyrowej, niebo rozjaśniło się nieco, ale padało równo. Miałam luksusowe warunki przedstartowe - przykryta puchówką i pod parasolem trzymanym przez męża. Z trudem wyszłam z cieplutkiego i suchego kokonu, przemieściłam się w strefę startu, wzięłam udział w odliczaniu i ruszyłam.

Pierwszy kilometr - łatwizna po asfalcie, ale tłum duży. Po kilometrze stajemy - korek do przejścia przez strumień. Za paręset metrów to samo. A później już tylko pierwsze podejście w deszczu i las. W sumie jest nieźle - podchodzę energicznie, gdy tylko jest choć odrobina wypłaszczenia - biegnę, błoto, którym wszyscy tak straszyli nie jest najgorsze. Jakoś to będzie. Po kilku kilometrach stwierdzam, że czas na picie i żel. No i mamy pierwszego psikusa - nie działa hydrapack. Nic nie leci. Wkurzona schodzę ze ścieżki, zdejmuję plecak, pokrywę przeciwdeszczową, wyjmuję hydrapack i próbuję odkryć przyczynę problemu. Nie działa i koniec. Wyciągam z plecaka softflask, otwieram hydrapack, starając się nie oblać ponad litrem roztworu Isostara, i dokonuję skomplikowanej operacji przelewania izotoniku do flaska. Prawie 10 minut w plecy. Wkurzona, ale napita i nażelowana, lecę dalej.

Pierwszą prawdziwą rozrywkę błotną zaliczamy na zbiegu w stronę szosy pomiędzy Nową Wsią a Trzcianą. Tzn. dla mnie jest ok, ale biegnące przede mną dziewczyny lądują na żłówika w masie poślizgowo-oblepiającej. Po 100 metrach, czuję, że nieznana siła obraca mnie o 180 stopni i padam na kolana i twarzą do błotnistego zbocza. Nawet chce mi się śmiać. Do samej szosy zbiegam już znacznie wolniej i ostrożniej.

Od szosy mamy podejście i kilka domów. Przy jednym z nich stoi starszy pan z kołatką. Pierwszy kibic! Gdyby nie to, że jestem już nieźle upierniczona skarbami Beskidu Niskiego, uściskałabym go. Noale tylko uśmiecham się i macham. A dalej mamy podejście na Cergową. Strome podejście. I dantejskie sceny, ponieważ całe zbocze oblane jest błotem typu poślizgowo-tłustego. Cuśjakby za rzadki budyń czekoladowy, wymieszany z wazeliną. Wbijam mocno kijki i podciągam się na nich, bo nogi lecą w dół, jak po lodzie. Docieram do pani, która próbuje nie tyle się wspinać, ile raczej nie zjeżdżać bardziej w dół, wisząc na trzymanych kurczowo pędach jeżyn. Podaję jej rękę i podciągam do najbliższego drzewa, którego bidula może się przytrzymać. I cisnę dalej, byle jak najszybciej mieć za sobą tę czekoladę z wazeliną.

Dalszej części, aż do szosy przez Lubatową do Iwonicza, już nie pamiętam. Wiem tylko, że cały czas lał deszcz, że moje buty robiły "cmok, cmok" w błocie, a oprócz tego odgłosu jedynym, jaki słyszałam, był stukot kropel o mój kaptur i daszek od czapki. I nic poza tym.

Na szosie biegnę z jedną myślą "japierdzielę, schodzę z trasy w Iwoniczu". Mam zmarznięte ręce, bo rękawiczki przemoczone, z nosa lecą mi gile, a na myśl o piciu zimnego izotoniku robi mi się niedobrze. Przebiegam przez ładną Lubatową i docieram do amfiteatru w Iwoniczu-Zdroju. Tam czeka na mnie mąż, któremu zwierzam się, że boli mnie brzuch (prawda), szyja (prawda) i mam dosyć (nnnnooo też prawda). Mąż tylko kiwa głową i wyciąga dla mnie suchary oraz kubek na herbatę. Po herbacie, sucharach i garści rodzynek oraz zmianie czapki i buffa, decyduję się jednak pobiec dalej. Zwłaszcza, że spotykam kolegę po blogu, zmieniającego skarpetki, który przekonuje mnie, że najgorszy odcinek mam za sobą. A poza tym robi mi się bardzo zimno od tego stania i dyskusji. Całus od męża i wybiegam spod dachu, od bliskości gorącej herbaty i różnych przekąsek w stronę deszczu i kolejnej porcji atrakcji.

Iwonicz-Zdrój jest śliczny! Na podbiegu spotykam miłego biegacza oraz drugiego i ostatniego postronnego kibica na całej 70-kilometrowej trasie. Znów biegnę przez las, jest coraz więcej błota. Zbiegam do Rymanowa-Zdroju, a moje nogi odpoczywają trochę na asfalcie. Kolejny las i błoto, błoto, błoto. W końcu trafiam na błoto przykryte wodą, wlewającą się wierzchem przez buty. W sumie już nie ma znaczenia, czy jakoś je omijam, czy wbiegam w środek - cóż za różnica, czy woda sięga mi do łydek, czy do kostek? I w tym momencie mój wzrok pada na tablicę edukacyjną, zatytułowaną "Do czego jest potrzebna woda w lesie?". Ot, zagwozdka.

Kawałek dalej mijam dwóch biegaczy. Jeden patrzy na mnie i mówi "Ale się pani ubrudziła!". Tak mnie to bawi, że po 10 metrach klapię tyłkiem w błoto typu poślizgowo-kakałkowego. "Teraz jestem jeszcze brudniejsza!".

Jeszcze trochę w dół w tym syfie, jeszcze strumień i już szosa z Wisłoczka do Puław Górnych. Niby głównie biegnę, ale jest mi potwornie zimno, jestem głodna, moje stopy już prawie nie mają czucia z wyziębienia i powoli liczę się z tym, że w tych Puławach (40,3 km) zejdę z trasy. Oczywiście, cały czas pada deszcz. Tylko jakby ciut mniej.

Na paręset metrów przed punktem w Puławach czeka na mnie mąż. Wyszedł mi naprzeciwko, żeby dodać trochę animuszu, ale proszę, żeby nic do mnie nie mówił. Muszę wyglądać nieszczególnie, bo rzeczywiście nic nie mówi, tylko pyta, czy zabrać z bagażnika rzeczy na zmianę. Poproszę.

Tuż przed punktem mija mnie zwycięzca ŁUT 150 - Bartek Gorczyca.

A w Puławach Górnych mamy wypas nad wypasami. Dwa kubki najpyszniejszej w świecie gorącej (tak!) zupy dyniowej z imbirem i najlepsze ziemniaki pieczone w ziołach, jakie jadłam w życiu. Wybieram sobie z torby z ciuchami suchą koszulkę, czapkę, buff, zdejmuję zakonserwowane w błocie rękawiczki i idę się przebrać. W łazience! Z ogrzewaniem! Z dachem! Z wodą z kranu! W restauracji zmieniam jeszcze buty i skarpetki, mąż umawia się na odwożenie do Komańczy z dwójką ludzi, która zeszła z trasy. Jeden z nich, jak się okazuje - kolega z obozu biegowego - oddaje mi swoją gumkę od stuptuta, bo moja trzasnęła. Anioł! Wszyscy namawiają mnie, żeby biec dalej, bo teraz najłatwiejsze i najładniejsze 30 km. I nie pada. No dobra. Co prawda straciłam w tych Puławach ponad 25 minut, ale lecę.

Nie pada! Mam suche buty, suche skarpetki, suche rękawiczki, suchy podkoszulek termalny, suchy buff, suchą czapkę! Nawet kurtka trochę wyschła. Jestem najedzona gorącą zupą i ziemniakami, opita gorącą herbatą. Zawracam czworo biegaczy, którzy nie zauważyli skrętu na szlak i idą prosto szosą, więc mam na koncie dobry uczynek, a z połoniny rozpościera się piękny, choć nieco przymglony, widok na pagóry i drzewa we wszystkich kolorach żółci, oranżu i czerwieni. Życie jest piękne!

Przez jakieś 2 kilometry.

Bo znów wbiegam do lasu i zaczyna się co? Błoto!

I może oszczędzę Wam szczegółów, ale te 30 km, które miały być najłatwiejsze i najpiękniejsze, okazały się horrorem. Błoto było cały czas. Albo się w nim ślizgało, albo wciągało buty, oblepiało je, wymagało wielkiego wysiłku, żeby się w nim w ogóle jakkolwiek poruszać. Jeśli nie było błota, była trawa, po nadepnięciu której dostawałam porcję wody do butów. Dogonił mnie jeden z biegaczy, których zawróciłam na właściwą trasę i podziękował mi za pomoc. Tak sobie w niewielkiej odległości od siebie dobiegliśmy do jednego z najgorszych zbiegów na trasie - tuż przed trzecim punktem odżywczym w Puszczykowie. Tam okazało się, że moje zmienione buty są trochę jak narty skiturowe - jedzie się na nich, ale nie da się krawędziować i hamowanie trzeba przeprowadzać metodami niekonwencjonalnymi: albo rzutem na tyłek albo wpadnięciem na drzewo. Za mną jechała na swoich butach Węgierka, która jednocześnie rozmawiała przez telefon. To już wyższa szkoła jazdy.

Do Puszczykowa dotarłam na takim wkurwie, że chyba dymiło mi się z uszu. W punkcie odżywczym miła wolontariuszka dała mi składany stołeczek, rzuciłam się na herbatę, a mąż wyjął z plecaka broń ostateczną - plastikowe wiaderko z sałatką owocową z puszki. Wciągnęłam prawie całą, poprawiłam pomarańczami i herbatą, założyłam czołówkę, światełko tylne i pobiegłam dalej. W błocie, rzecz jasna. Jeszcze tylko 15 km - kiedyś będzie łatwiej, prawda?

Moje marzenie o chwilowym braku błota spełniło się w sposób nietypowy, tzn. szlak urwał się na strumieniu. Bez mostka. Zacisnęłam zęby, wsadziłam nogę do wody i przeskoczyłam na drugą stronę. Przynajmniej jeden but miałam czysty. Przez jakieś 30 sekund. Słońce zachodziło, a ja szłam błotnistym zboczem, mając przed oczami ścianę kolejnego lasu. A w nim czekała błotnista ścieżka, którą płynął strumień. I ciemność pod koronami drzew. Włączyłam czołówkę i po chwili zaczęłam się zastanawiać, czy nie mam omamów, bo w snopie światła zobaczyłam komary. Kiedy jeden z nich uciął mnie przez spodnie w udo, stwierdziłam, że to jednak nie omamy. Jest zmierzch, ponad 10 km do mety, błoto, jestem przemoczona, czeka mnie jeszcze sporo napierania w ciemności i do tego wszystkiego, wamać, ugryzł mnie komar.

Ale to nie koniec przygód. Bo im większe ciemności, tym zimniej i tym większa mgła. I błoto po kostki. Takie poślizgowe albo krem kakaowy wlewający się wierzchem do butów (mimo stuptutów). Skupiłam się mocno na tym, żeby jak najszybciej przebierać nogami, nie wywalając się. Było w miarę płasko, więc biegłam. Biegłam, biegłam, biegłam. Widziałam tylko mgłę kłębiącą się w świetle czołówki, czarne ściany lasu po obu stronach duktu i błoto. Cmok, cmok, cmok. Tylko ten odgłos przerywał ciszę. Nagle zdałam sobie sprawę, że w czarnej ścianie lasu już od dłuższej chwili nie mignęła mi ani razu różowa wstążka z odblaskiem. Pobiegłam jeszcze kawałek, omiatając światłem okoliczne drzewa - nic. Ani oznaczenia trasy, ani szlaku.

Ziścił się mój najgorszy koszmar - zgubiłam się.

"Hanka, nie panikuj. Będzie dobrze." - odwróciłam się i zobaczyłam migające światło latarki. "Heeeeej!!" wrzasnęłam bardzo oryginalnie. "Coooo!!!" odpowiedział damski głos. "Widziałaś ostatnio oznakowanie trasy?" "No trochę się skupiłam na błocie - nie widziałam". Unisono powiedziałyśmy "okurwa, zgubiłyśmy się". Zawróciłyśmy, po drodze zgarniając jeszcze jednego biegacza, który, tak jak my, przegapił zakręt i pobiegł prosto. Około 1,5 km nadróbki - kto by liczył?

Z dalszego fragmentu trasy pamiętam tylko tyle: było zimno, ciągle przechodziliśmy przez jakieś małe strumyczki, było błoto, na połoninie woda po kostki, poślizgnęłam się i rymnęłam bokiem w błoto (bo w co innego?), miałam ochotę ugryźć miłego wolontariusza, który stał przy ognisku i wołał "jeszcze niecałe 5 km, można cisnąć!". Poślizgnęłam się drugi raz i upadłam na tyłek z takim impetem, że błoto dostało mi się pod koszulkę.

Miałam wrażenie, że to nigdy się nie skończy. Że przypadkiem trafiłam do innego wymiaru, w którym już zawsze będę ślizgać się w błocie, forsować strumienie, będę przemoczona, głodna, będzie mi zimno, będę widzieć tylko mgłę i błoto. I słyszeć wyłącznie "cmok, cmok, cmok". Że znalazłam się na planie filmu "The Blair Witch Project".

Nagle usłyszałam odgłosy imprezy - instrumenty, śpiew. Czarny las, mgła, błoto i pierwsze odgłosy cywilizacji!

Obudziły się we mnie wszystkie wspomnienia o opisach etapów hipotermii. Jednym z nich są omamy słuchowe lub wzrokowe, które powodują, że ludzie schodzą ze szlaków i chcą iść na skróty. Potem robi im się gorąco i zdejmują z siebie ciuchy, a następnie umierają. Powiedziałam sobie "No, kochana, nie słuchaj, bo pewnie coś Ci się bredzi w głowie zamulonej błotem, patrz tylko na wstążki z odblaskami. Wstążki z odblaskami. Wstążki z odblaskami."

I w ten sposób dotarłam do szosy w Komańczy. Gdzie czekał na mnie mąż, który wcześniej kilkanaście osób pokierował w stronę mety, gdy biegły w stronę wręcz przeciwną (baner z kierunkiem był w ciemności w ogóle niewidoczny - o jego istnieniu opowiedział mi mąż, bo sama go nie widziałam). "Kochanie, powiedz mi, czy już będzie płasko? Czy będzie z górki? GPS mi wysiadł - daleko jeszcze?"

Biegnę do mety. Mijają mnie wracający od niej biegacze, samochody wypełnione biegaczami - wszyscy dopingują, trąbią, pod sklepem stoi grupa dzwoniąca dzwonkami. Mam ochotę się rozpłakać  z wdzięczności, bo to taka odmiana po tych godzinach we mgle i w ciemności z upiornym "cmok, cmok, cmok". Skręcam w lewo przy kościele, na 100 m przed metą spotykam wielką grupę Smashing Pąpkins, którzy dopingują "o, to Hania!!" i, pokonując ostatnie metry błota po kostki, wbiegam na metę.

Na której naprawdę była impreza.

Japierdzielę. Przebiegłam 70 km. Zmieściłam się w limicie. Nie zeszłam z trasy. Nie zamieszkałam w lesie po tym, jak stwierdziłam, że pomyliłam drogę.

Nie wierzę.

I wiecie co? Nie wierzę do tej pory.

Moment oskarowy? Przede wszystkim dziękuję Staszkowi, który jest najlepszym supportem, jaki można mieć. Czekał na każdym punkcie z uzgodnionym jedzeniem (ponieważ mój żołądek strasznie się buntuje na długich biegach, muszę mieć własne, sprawdzone zaplecze gastronomiczne), miał naszykowane rzeczy na przebranie i dobre słowo. Wszystko było jednakowo ważne!

Dziękuję tym, którzy mi kibicowali na ostatnim kilometrze oraz koleżance i koledze, z którymi zgubiliśmy się i znaleźliśmy w lesie.

Dziękuję, oczywiście, Hubertowi za przygotowanie i wsparcie. Jak zwykle taktyka "nie męczymy się długimi wybieganiami" była trafiona w 10 :)

Dziękuję wszystkim tym, którzy mnie wspierali zdalnie - w momentach najgorszego upodlenia błotem, deszczem i zimnem myślałam właśnie o tych, którzy przed biegiem dobrze mi życzyli i na których życzliwość mogę liczyć zawsze.

No a teraz Wam powiem, że w przyszłym roku ultra pobiegnę gdzieś, gdzie jest więcej skał i trochę śniegu. Bo mojego uczucia do gór i długich dystansów nie wygasi nawet kolejny miliard ton łemkowskiego błota.


Najlepsza zupa dyniowa w kubku zaiwanionym Ironmanowi. I ja. Cała na błotnisto.

2 komentarze:

bluerabbit pisze...

Eskimosi mają multum słów na określenie śniegu, uczestnicy Łemkowyny powinni mieć olbrzymi słownik z różnymi nazwami błot. Łotewer... Haniu - Ty jesteś dzielną dziewczyną, a Twój Staszek to prawdziwy skarb! Cmok, cmok (ale to inne) dla Was obojga :)

Hankaskakanka pisze...

Bluerabbit, Łemkowyna to kraina 1000 i 1 rodzaju błota :D Dziękuję za miłe słowa!