czwartek, 31 marca 2016

Szur-szur-szur

Tydzień temu po raz pierwszy w życiu miałam okazję spróbować sportu, którego znane mi nazwy brzmią: skitour (skitur), pelli di foca, skialpinizm. To ostatnie kojarzy mi się raczej z czempionami typu Kilian Jornet albo Andrzej Bargiel, więc pozostanę przy określaniu swoich dyletanckich początków mianem skituru. I już.

Aha-aha, od razu uprzedzam, że mój post nie jest skiturowym instruktażem, prawdopodobnie używam wybitnie niefachowej terminologii i w ogóle jest się do czego przyczepić.

Prehistoria

Na skitury namawiał mnie już od paru lat znajomy autochton z Dolomitów. Przekonywał, że to fantastyczne połączenie chodzenia / biegania po górach i nart, że w sezonie robi sobie wycieczki prawie codziennie, chyba, że akurat jedzie z córką na ściankę wspinaczkową (ech…) i obiecał zabrać mnie i męża na pierwszą wycieczkę, jeśli się kiedyś zdecydujemy.

A w tym roku do namawiających dołączyła jeszcze koleżanka, która dopiero co odkryła skitury. Uprzedzała tylko, że zjeżdżanie na nartach skiturowych jest przedziwne i że woli podchodzić niż zjeżdżać (na nartach jeździ świetnie), i że konieczniekonieczniekoniecznie, bo jest się z dala od ludzi, blisko przyrody, bo fajne zmęczenie.

Hm…

Próbujemy!

Podstawa, czyli sprzęt

Na parę dni przed Dniem X zapytałam naszego autochtona, czego potrzebujemy oprócz nart i butów. Niczego. Tylko, jeśli będzie świecić słońce, nie zakładajcie ciuchów narciarskich, bo będzie Wam za gorąco.

Yyyy….? A jakie?

Biegowe. I weźcie plecaki, a do nich zapakujcie dodatkową warstwę na zjazd, kaski, coś do picia i jakąś przekąskę.

Ostatecznie mój sprzęt składał się z:

- nart i butów skiturowych, wypożyczonych w lokalnej wypożyczalni (o różnicach w porównaniu z "normalnymi" nartami i butami - w następnym podrozdziale),
- kijków narciarskich,
- plecaka.

Na podejścia:

- ocieplanych legginsów biegowych,
- skarpet narciarskich,
- termo-koszulki (podwinęłam rękawy, żeby się nie upiec),
- cienkiej rozpinanej bluzy do biegania (wiatrochronnej), którą na większość podchodzenia zdjęłam,
- cienkich rękawiczek biegowych,
- czapki biegowej,
- cienkiego buffa,
- okularów przeciwsłonecznych (style comes first, a poza tym lampa + śnieg = dodatkowe zmarszczki).

Na zjazdy dodatkowo:

- rękawic narciarskich,
- goretexowej wiatrówki,
- kasku narciarskiego,
- gogli narciarskich.

Legginsy biegowe musiałam wyjąć z butów, bo mają suwaki na Achillesach i, w połączeniu ze skarpetami narciarskimi, były raczej średnio wygodne, żeby nie powiedzieć kurewsko niewygodne. Ale po wyjęciu z butów było git.

Narty a narty, buty a buty i jeszcze wiązania

No cóż… Buty narciarskie są ciężkie i sztywne, chodzi się w nich dziwacznie, a po ich zdjęciu człowiekowi zdaje się, że mu ubyło 20 kg i zaraz odfrunie. Cóż za zaskoczenie, kiedy już w wypożyczalni okazało się, że buty skiturowe są lekkie i elastyczne! Mają również "przełącznik" funkcji "chodzenie" i "jazda". W tej drugiej zostają zablokowane, aczkolwiek swój pierwszy zjazd do połowy odbyłam w odblokowanych i dopiero wypierniczenie się w środek zaspy przypomniało mi, że o czymś zapomniałam.

Gdybym chciała poważniej wkręcić się w skituring, w pierwszej kolejności zainwestowałabym w buty. Tak, jak z butami narciarskimi, te z wypożyczalni rzadko kiedy pasują naprawdę dobrze, a idealnie chyba nigdy. Na razie jeszcze nie sprawdzałam cen, więc pożyję trochę marzeniami w słodkiej nieświadomości.

Na przykład TAKIE buty

Natomiast narty skiturowe - to już zupełnie insza inszość. Po latach jazdy na nartach carvingowych - stabilnych, ciężkich, skręcających nieomal samoistnie - przesiadłam się na coś, co miało wiązania wyglądające na zabytek klasy I oraz ważyło (w parze) mniej niż jedna "normalna" narta.

Na przykład TAKIE narty z wiązaniami

Przy zjeżdżaniu okazuje się, że narty skiturowe: są mniej stabilne, ich krawędzie pracują zupełnie inaczej, człowiek ma wrażenie, że zjeżdża na kawałkach tektury i w ogóle - AAAAA. Pół biedy, jeśli zjeżdża się wyratrakowaną trasą narciarską. Ale nie po to wchodzi się tam, gdzie nie dojeżdża żaden wyciąg, żeby potem zjeżdżać trasą, nespa? Nienienie - pierwszy zjazd zaliczamy w puchu, robiąc ślady - jedni nart, inni nart i własnej osoby (w tym zębów i gogli). I okazuje się, że jazda w puchu na TYCH nartach to już w ogóle inna bajka i nasz autochton rzuca przez ramię "Jedźcie pługiem, bo się połamiecie". 

Ale po paru wywrotkach ORAZ przestawieniu butów na tryb zjazdowy, można się przyzwyczaić i jakoś to idzie. Ale na pewno nie tak, choć w mojej wyobraźni różnic nie ma zbyt wielu (hyhy):


Jeśli chodzi o wiązania - zapomnijmy o wszystkim, co wiemy o wiązaniach narciarskich, czyli: wstawiamy przód buta, naciskamy tył piętą aż usłyszymy "klik" i jedziemy.

Hehe. Najpierw musimy trafić dziurkami z przodu buta w dwa bolce. Kiedy już to zrobimy (na początku nie było łatwo) i chcemy iść / biec pod górę, ustawiamy sobie "obcasy" z tyłu. Mamy 3 wysokości: do chodzenia / biegania po płaskim terenie, pod górkę i jeszcze mocniej pod górkę. Dodatkowo blokujemy przody, żeby buty nie wypadły z nart. A jeśli chcemy jechać - "obcasy" blokujemy w trybie płaskim, a przody odblokowujemy. Ufff…Wypinając narty, najpierw wypinamy przody, a potem tył.

Czy o czymś zapomniałam?

Aaaaa, o najważniejszym, czyli o nakładkach na narty, zwanych po włosku "pelli di foca" czyli foczymi skórami (oczywiście nieprawdziwymi!). Może nie będę się rozpisywać, tylko wkleję filmik, na którym będzie widać, co z nimi robimy (od 2:30, wcześniej możemy powkurzać się widokami ośnieżonych gór):


Nakładek używamy na podejścia i zdejmujemy na zjazdy.

Avanti!

Podczas naszej wycieczki pokonaliśmy ponad 500 m przewyższenia, docierając do szczytu mającego ponad 2100 m npm. Podchodzenie było wspaniałe, choć pierwszy kilometr polegał na oswajaniu się z chodzeniem w nartach podklejonych foczymi skórami, z odrywającymi się od nart piętami i w miękkich butach. Później już szło sprawniej, ale podbieganie trzeba by było jeszcze potrenować od strony technicznej. Oraz, w moim przypadku, mieć lepiej dopasowane buty - wypożyczone otarły mi piętę do krwi już po 2 km. Ale to w sumie drobiazg i zaryzykowałabym otarcie nawet drugiej pięty, za wszystkie wrażenia i widoki, których dostarczyła mi nasza wycieczka.

Szliśmy pod górę przez las, słuchając śpiewu ptaków i grzejąc się w marcowym słońcu. Za lasem czekała na nas śnieżna połać i widok na skalne wieże. W ciągu kilku minut, w zasadzie gdy tylko weszliśmy do lasu, zniknął świat wyciągów, oślich łączek, muzyki z baru, ludzkich głosów.

Chłopaki przodem, a ja nie mogę przestać robić zdjęć

Nauczyliśmy się podchodzić na nartach, wykorzystując każdy przesmyk śniegu między skałami i skręcać na wąskich przejściach.

Prawie akrobatyka


Przyszliśmy z tego lasu w dole

Kiedy już nacieszyliśmy się widokami ze szczytu nadszedł ten trudniejszy moment, czyli zjazd. Zdjęć nie ma, bo telefon schowałam głęboko do plecaka, żeby nie utkwił w prawie 2-metrowych zaspach. Jak już wspomniałam wcześniej, pierwsze metry były straszne - wywalałam się co chwila, a najbardziej spektakularny upadek zaliczyłam, gdy postanowiłam zobaczyć, jak skręca się w tych dziwnych nartach w puchu, ale nie dosyć, że coś mi nie wyszło, to jeszcze miałam źle ustawione buty i wylądowałam głową pół metra pod śniegiem. No cóż… Gogle się umyły. Podeszliśmy jeszcze kawałek do wodospadu zapamiętanego z naszych letnich wycieczek sprzed 2 lat. Na zimę wodospad zmienia się w bryłę błękitnego lodu. Wróciliśmy zjeżdżając częściowo poza trasą, a częściowo po trasie.

Było cudnie.

Przyznam, że marzę o tym, żeby jeszcze kiedyś sobie poskiturować!


Brak komentarzy: