środa, 22 stycznia 2014

A gdyby tak...

Gdyby tak przez miesiąc nie pisać o bieganiu? Ani tu, ani na FB. Wypełniać cichutko tabelki w Excelu, żeby Maestro miał co czytać w wolnych chwilach, a poza tym nic.

Taka myśl krąży mi po głowie, odkąd Borman wspomniał o swoim pomyśle zorganizowania akcji w biegowej blogosferze "nie piszę o bieganiu przez miesiąc".

Przyznam, że pomysł ten padł na podatny grunt - zmagam się z trzecim w ciągu miesiąca rzutem infekcji wirusowej. Znów mam przerwę w bieganiu, bo tym razem obiecałam panu doktorowi bardzo solennie, że będę się oszczędzać i nie wyjdę na trening do końca tygodnia. Zwłaszcza, że nadciągają dwucyfrowe mrozy, a bieganie w takich warunkach z zainfekowanym gardłem, dopiero co wykurowanymi uszami i zatokami oraz z gruźliczym kaszlem, raczej nie byłoby najmądrzejsze. Bieganie na bieżni w pieczarkarni to też nie opcja - suche, przegrzane powietrze z rury pełnej pleśni i grzybów. Mniam. Pomijając już bezbrzeżną nudę i łupiącą po bębenkach usznych muzykę. W związku z kolejną przerwą w bieganiu mam coraz czarniejsze myśli odnośnie wyniku w wiosennym maratonie. Tak, wiem, do Lozanny przygotowałam się w 8 tygodni i pobiegłam dobrze w kiepskich warunkach na ciężkiej trasie. Ale miałam za sobą treningi do maratonu górskiego i obóz biegowy. I nie chorowałam. A poza tym miałam cudowną jesień do trenowania, podczas gdy teraz...

Ponadto, coraz częściej nachodzi mnie chęć zawieszenia działalności blogowej. Kiedy zaczynałam ponad 4 lata temu, było nas, biegowych blogerów, maciupka, maluteńka garstka. Czytałam blog Tete, Bartka, Ani Ha, Ironwoman AKA Sportowej Mamy. Jakiś czas potem - blog Avy. Później blogów zaczęło się pojawiać coraz więcej. W tej chwili nawet nie wiem, ile ich jest. Od czasu do czasu trafiam przypadkiem na taki, o istnieniu którego nie miałam pojęcia. Niektóre znikają, zamierają na jakiś czas, wracają lub nie. Piszą biegacze i triatloniści, szosowcy, górale i przełajowcy, maratończycy, ultrasi i początkujący. Amatorzy, których czasy nie odbiegają zbytnio od czasów osiąganych przez zawodowców, amatorzy - średniacy, amatorzy truchtający, amatorzy, którzy marzą o wynikach 2:XX w maratonie i tacy, którym śni się debiut na królewskim dystansie. Piszą mężczyźni i kobiety z różnych kategorii wiekowych. Single, sparowani, dzieciaci i bezdzieciaci. Mięsożercy i weganie. Mający psy, mający koty lub ogródek warzywny. Każdy znajdzie coś do poczytania, jakąś biegowo-blogową "bratnią duszę".

A ja mam kryzys biegowy i twórczy. Doszłam do takiego momentu w bieganiu, kiedy dalszy postęp będzie wymagał solidnej, cięższej niż dotychczas pracy. Jestem na nią gotowa, ale męczy mnie ciągłe pokonywanie ograniczeń własnego organizmu. Złamanie, kręgosłup, a teraz jeszcze ewidentny spadek odporności, którego nawet nie mogę zwalić na przetrenowanie, bo rozchorowałam się po raz pierwszy chyba 7 czy 8 tygodni po maratonie. Marazm.

Kryzys twórczy? Nie mam pomysłów na pisanie. Nie mam czasu na zdawanie tygodniowych relacji treningowych - pisanie excelowych podsumowań dla Maestro jest dla mnie dostatecznym wyzwaniem. Zresztą nie chce mi się o tym pisać - samą mnie to nudzi (nie nudzi mnie czytanie o treningach innych, nudzi mnie pisanie o swoich). Startuję rzadko, bo, kiedy ja chcę gdzieś startować, chce startować także mąż (i na odwrót, chyba, że ja chcę w górach, a mąż w Warsaw Track Cup i wtedy nie ma problemu), a wtedy mamy zawsze ambaras logistyczny pt. "Ironman". Zresztą, odkąd każdy start warszawski jest imprezą masową na wielką skalę, a ja nie znoszę przepychania się w tłumie, nawet nie mam specjalnego parcia. Ile można pisać o jedzeniu? Książki o bieganiu z reguły mnie nudzą. Straciłam serce do testowania sprzętu, nie mam ochoty na reklamowanie czy promowanie czegokolwiek.

No i tak to.

Więc (niezaczynasięzdaniaodwięc) chyba chcę powiedzieć, że zawieszam pisanie bloga na miesiąc. Może na dłużej, może na krócej, jeśli okaże się, że brakuje mi działalności twórczej.

Być może po powrocie napiszę coś o następcy Gacka - Polarze i o swoich wrażeniach z biegania z nim (po dwóch pierwszych treningach jest amore, amore). Być może coś o pierwszym w tym roku wypadzie w góry (skreślam dni w kalendarzu). Być może wreszcie rozkręcę się treningowo i przestanę chorować i nie dostanę w zamian jakiejś ubarwiającej życie kontuzji. Kto wie?

Życzę Wam zdrowej zimy! Do zobaczenia.

10 komentarzy:

Krasus pisze...

Wydaje mi się, że frustracja i brak weny blogowej biorą się w dużej mierze z tego, że biegowo nie możesz się realizować i chcesz się oderwać. Skupisz się na treningach, odzyskasz radość z tego co robisz (to kluczowe) i pewnie będziesz chciała się tą radością z nami podzielić:)

Ja bloga traktuję jako zabawę, nic na siłę, każdy post wychodzi z chęci podzielenia się czymś ze światem, choć czasem to durna pierdoła może być. Uważam, że powinno się blogować tak długo, jak sprawia to frajdę i satysfakcję, nic na siłę!

Ale mam nadzieję, że wrócisz.. :)

borman pisze...

Trochę smuci mnie Twoja decyzja, bo odpadnie jeden z niewielu blogów o bieganiu na który zaglądam i czytam regularnie :) .

Ava pisze...

Ej no, bez jaj! To nie fair - ja chcę czytać Twojego bloga! Rozumiem chwilowego doła spowodowanego chorobą - też tak miałam, ale Hania nie rób takich deklaracji że miesiąc czy coś. Jak Ci wena wróci po wyzdrowieniu to pisz, pisz.
Do Bormana - ten blog wcale nie odpadnie!

wiolqn pisze...

Rozumiem Twoją decyzję. Czasem po prostu trzeba coś zostawić na jakiś czas by na nowo znaleźć chęci. Mam nadzieję, że wrócisz bo Twój blog był pierwszym, który czytałam i od niego zaczął się mój własny.

Unknown pisze...

Dla mnie Twój blog też był pierwszym biegowym, jaki czytałam. Ale rozumiem, nic na siłę, odpocznij od tego. Mam nadzieję, że chęć do pisania powróci.

Leszek Deska pisze...

Wiadomo że nic na siłę. Przecież to nasze hobby a podstawą hobby jest to że ma sprawiać przyjemność. Więc czekamy na rezurekcję, oby z tarczą :) Mnie też coś próbuje brać - jakiś kaszelek słaby, ale dałem radę w pieczarkarni pobiegać, nawet fajnie było bo to nowa pieczarkarnia była :)

drproctor pisze...

Ojej, mam podobnie. To znaczy właśnie dziś złapałem się na tym, że chętnie bym coś napisał ale nawet nie mam pomysłu co. Weny brak. Niemniej, jak znam siebie, nie zdecyduję się raczej na tak radykalny krok, jak Ty. A skoro o "Ty" mowa - idź, naciągnij sprężynę i wracaj ;-)

Hankaskakanka pisze...

Kochani, odpowiem zbiorczo - nie zamykam bloga! Chcę tylko chwilę odpocząć, tzn. nie mieć takich myśli, jakie ma DrProctor "napisałabym coś. ale co???". Jestem zdołowana niebieganiem, co na wenę do pisania na blogu biegowym raczej nie pomaga. Muszę się ogarnąć zdrowotnie, rozkręcić treningowo i wtedy, tak sądzę, pomysły popłyną jak rzeka. No i nie zostawię rozgrzebanego Sezonownika :)
Uściski!

matka biega pisze...

Zatoki ? Witaj w klubie:) Ja jak choruję - to z reguły na zatoki mi się rzuca.
Odpocznij, wykuruj się i wracaj :)(ja Cię podczytuję regularnie)

Mauser pisze...

Haniu,
Mam to samo tylko z innych przyczyn. Zwykle pisałem długaśne wypracowania ze szczegółami, teraz nie mam czasu aż tak się rozwlekać. Piszę więc bardzo rzadko, ale do oficjalnego zawieszenia mi daleko.
Odpocznij, pozbieraj siły. Wierzę, że wrócisz do biegania i pisania.