niedziela, 15 grudnia 2013

Koniec

Tak, to już naprawdę koniec. Roztrenowania, ma się rozumieć.

Trwało długo, bo od maratonu (27.10) do wczoraj. W listopadzie jeszcze coś tam robiłam - sprawność (czytaj: płotki i inne atrakcje), wolne truchtanie, rywalizacja pąpkowa. Pod koniec listopada ruszyliśmy na rodzinne wakacje w stronę słońca i ciepłego wiatru. Tam pozwoliłam sobie na lenistwo w wielkim stylu, czyli odsypianie, czytanie połączone z łapaniem witaminy D, zabawy z Ironmanem (emmm... te miały w sobie wiele z treningu funkcjonalnego, zwłaszcza, gdy musiałam biegać z wiaderkiem z wodą do zamkowej fosy). Ze dwa razy, gnana wyrzutami sumienia, postanowiłam zmierzyć się z gorącem, wilgotnością, wiatrem i pagórkami, ale bieganie w łaźni parowej to nic fajnego. Trochę popływałam, parę razy się rozciągnęłam. I finito. Jak się lenić, to się lenić.

Oglądałam na fejsbuczku zdjęcia znajomych z wybiegań po pierwszym śniegu, zdjęcia z pierwszych nart i zazdrość mnie cisnęła pod żebrami. Wróciliśmy w piątek po południu, przeznaczając całą sobotę na ogarnianie domu, zakupy (co mamy w lodówce? echo, echo, echo) i walkę ze skutkami różnicy czasowej (ta jeszcze trochę potrwa).

Ale dzisiaj wreszcie był trening, na który leciałam jak na skrzydłach (uwaga, egzaltacja w zenicie), żeby potem wlec wokół stadionu betonowe nogi i dupsko z ołowiu, zastanawiając się, gdzie została forma (echo odpowiada: w lesie, lesie, lesie). Żeby było zabawniej, Maestro postanowił zweryfikować, jak dobrze się roztrenowaliśmy i sprawdził po treningu poziom zakwaszenia. Oczy przecierał ze zdumienia, a my tłumaczyliśmy, że nie wiedzieliśmy i że na śniadanie była kawa. I omlecik z konfiturami, więc pewnie z tego te milimole się uskładały. Tia.

Nowienc teraz mam już taką motywację do biegania, że hejho.

A ponieważ, parafrazując tytuł jednego z Bondów, pąpki are not enough, od tego tygodnia, w ramach sportowej podróży dookoła świata <klik> (warto kliknąć, choćby po to, żeby zobaczyć filmik instruktażowy), dokładam domowe męczenie brzucha. Nie straszne mi Święta, nie straszny mi Sylwester ani Nowy Rok - dzisiaj ruszam w podróż w stronę Rotterdamu. Planuję dotrzeć do mety już za 17 tygodni.

Zobaczymy tylko, kiedy po raz pierwszy spojrzę na buty biegowe i powiem pod nosem coś brzydkiego pod ich adresem.

Początki i powroty bywają trudne

4 komentarze:

Leszek Deska pisze...

Witamy wśród żywych :) wspomagaj nas brzuszkami i pompkami, bo ci z obozów są niebezpieczni!

Ava pisze...

I witam w klubie! Ja też od tego tygodnia w końcu ruszam z planem pod maraton :) Proponuję się wzajemnie motywować jak nam będzie psycha siadać :) A z tym zakwaszeniem to widać że porządnie się roztrenowałaś - chyba w sumie o to chodziło.

Hankaskakanka pisze...

@Leszek, możecie na mnie liczyć :)
@Ava, tak, tak, motywujmy się! Może się nawet uda na jakieś spokojne bieganie umówić znowu? :)

Ava pisze...

Bardzo chętnie :)