Przy akompaniamencie odgłosów ulewy wmusiłam w siebie trochę śniadania. Trema podżerała mnie już od piątku, aby w niedzielny poranek przypuścić ostateczny atak. Pozbieraliśmy rzeczy, pożegnaliśmy wszystkich domowników, wycałowaliśmy Ironmana, prosząc go, żeby nie wykończył ciotek i wujków, po czym wsiedliśmy do samochodu, którym P. odwoził nas na stację kolejową. Tam zobaczyliśmy, że pociąg stoi na peronie, więc wykonaliśmy dynamiczny interwał, zakończony oglądaniem odjeżdżających wagonów. Prawie jak z Kieślowskiego. Następnym pociągiem nie mieliśmy szansy zdążyć na oddanie odżywek własnych. P. ruszył więc spod dworca z wizgiem opon i rozpoczęliśmy pogoń za uciekającym z każdej stacji pociągiem. Nie udało się go dogonić, więc zostaliśmy odtransportowani, w strugach deszczu, aż do stacji metra w Lozannie. W metrze mnóstwo biegaczy - wszyscy zmoknięci. Wysiadamy na stacji Ouchy i, ślizgając się na mokrych liściach, idziemy do oddalonego o dobre kilkaset metrów basenu Bellerive. Po drodze mężowi otwiera się plecak, z którego wypadają suche rzeczy, zabrane na przebranie po biegu. Bomba. Co jeszcze się wydarzy tego dnia?
Zdążamy w ostatniej chwili do furgonetki ze skrzynkami na odżywki własne - wrzucamy do oznaczonych kilometrami skrzynek nasze żele, które poprzedniego dnia mąż z A. artystycznie pooklejali etykietami z numerami startowymi. Furgonetka odjeżdża, a my idziemy się przebrać, dzwoniąc jeszcze do domowników z prośbą o zabranie suchych rzeczy dla męża.
W przebieralniach luksusy - osobne kabiny, normalne toalety, prysznice - szał ciał. Długo zwlekamy z wyjściem w stronę Place de Milan, czyli startu maratonu, ale kiedyś trzeba tam ruszyć. Nasze suchutkie rzeczy robią się prędko mokre. Olewamy rozgrzewkę, bo jest ciepło, a poza tym już się nabiegaliśmy i jeszcze się nabiegamy, a na razie szukamy jakiegokolwiek schronienia przed ulewnym deszczem. Na Place de Milan sprawnie oddajemy worki do samochodów "depozytowych" i ustawiamy się na starcie. Przestaje padać, więc zdejmuję z siebie czarny wór na śmieci i zaklinam Garmina, żeby wreszcie złapał satelitę, zamiast głupio pytać po raz enty "Are you indoors?". Odliczanie, strzał - lecimy. Kibice dopingują, nie pada i jest bardzo fajnie, tylko nie wiem, jak szybko biegnę, bo Garmin pracowicie szuka satelity. Znalazł go po ponad 3 km i dopiero wtedy mogłam zacząć kontrolę tempa. Wcześniej pilnowałam, żeby nie zbliżać się za bardzo do zająca na 3:30, ani nie dać się przegonić temu na 3:45. Pierwsze 5 km przebiegam jednak o 6 sek/km za szybko.
Nie czas się martwić tempem, gdyż akuratnie ktoś w niebie odkręcił kurek od prysznica i w ciągu 30 sekund moje ubranie znowu nadaje się do wyżymania. A pasek od pulsometru zjeżdża do talii. Nie poprawiam go - łapie tętno, a że czasem głupio (tętno poniżej 100 bpm pod górkę?), to nic dla mojego Gacka dziwnego. Piję parę łyków wody, a na 7 km, pomna wskazówek Maestro odnośnie odżywiania i picia, wciągam pierwszy żel. I zdaję sobie sprawę z tego, że wykres profilu trasy na stronie organizatora biegu może wyglądał niegroźnie, ale w rzeczywistości trasa jest naprawdę trudna, choć Lozanna nie leży w sercu Alp.
Po 8 czy 9 km przebiegamy przez malutką miejscowość Cully, która ponoć ma swój festiwal jazzowy. Czekają w niej nasi kochani kibice. Wołam z daleka "żeeeel!!", daję całusa Ironmanowi, wymieniam pustą tubkę po żelu na świeży zapas węgli i - dalej. Po 12 km, na kolejnym podbiegu, dochodzę do wniosku, że nie mogę trzymać zadanego przez Maestro tempa, bo spalę się przed 25 km. Płaskich odcinków po prostu nie ma, jest ciągle pod górę albo z góry i albo trochę zwolnię, albo będę wracać marszem. Zwolnienie oznacza, że nie zrobię planu maximum, ale utrzymanie tempa niesie za sobą jeszcze gorsze ryzyko - zgon na drugiej połówce. W końcu lekko zwalniam pod górę i staram się nie szaleć na zbiegach, mając nadzieję, że wykonam choć plan B, bo plan C, czyli poprawienie życiówki z Annecy (3:56:07) o cokolwiek, niezbyt motywuje mnie do atakowania pagórów. Chmury się rozstępują - widać Alpy, tarasowo schodzące ku jezioru winnice wyglądają prześlicznie, szkoda tylko, że tak kiepsko mi się biegnie.
Popijam izotoniki, zapewnione przez organizatora, mając słodką nadzieję, że nie wykręcą mi żołądka w kilka ósemek. Po 14 km wciągam kolejny żel, na 15 km łapię ze stolika żel, zostawiony rano w furgonetce - będzie na później.
Układam sobie w głowie plan taktyczny: byle do połówki, potem do Rivaz (29-30 km), bo tam będą nasi kibice i Ironman, a potem zobaczymy. Takie poszatkowanie trasy maratonu na mniejsze odcinki już nie raz pomogło mi w przezwyciężeniu złych podszeptów wewnętrznego lenia.
Przebiegamy przez kolejne urokliwe miejscowości, mijamy willę rodziców Le Corbusiera, podczas gdy rosnące wzdłuż wybrzeża cyprysy i palmy przywodzą na myśl krajobrazy z północnych Włoch. Powoli zbliżamy się do Vevey, miasteczka, w którym zmarł Henryk Sienkiewicz, a wcześniej wynaleziono tam mleczną czekoladę. Yyyy, niestety, kawał pod górkę, choć przy żywiołowym dopingu mieszkańców i oczekujących na popołudniowy start półmaratończyków. Z naprzeciwka biegnie elita - dobrze im, bo już mają z górki i bliżej do mety. Rozważam zejście z trasy w Vevey, bo mam już dosyć tych pagórów i nie cieszy mnie nawet uroda miasteczka, wychodzące słońce, widok w stronę przełęczy Św. Bernarda. Zastanawiam się, jak dojechać pociągiem do Lozanny, nie mając przy sobie złamanego franka szwajcarskiego, snuję obawy, czy aby nie zmarznę w tym pociągu w mokrych ciuchach. O, widzę męża, który też już wraca, ma uśmiech od ucha do ucha i krzyczy do mnie, zagrzewając do boju. Ech... Biegniemy cudnym bulwarem nadmorskim i już jesteśmy w La-Tour-de-Peilz. Do nawrotki jest z górki, wyprzedza mnie mnóstwo osób, m.in. rzymski wojownik z francuską flagą. Na półmetku mam 1:51:08. Utrzymam - nie utrzymam? Wciągam żel.
Biegnę znów przez Vevey, ale zapominam o tym, że miałam szukać stacji kolejowej, bo całe miasto dopinguje: "Allez 'Anna!", "Anna, c'est superb!", "Bravo, Anna!". I tak, niepostrzeżenie, docieram do 25 km, zabieram ze stolika tubkę żelu, widzę po raz ostatni chłopaka ubranego na biało, który sika na poboczu bodaj po raz 10, pokonuję kolejny pagór i nagle staje się cud - bieg zaczyna sprawiać mi ogromną przyjemność. Około 28 km czuję wybuch endorfin i zdecydowanie przyspieszam. Mijam hotel, pod którym stoi ta sama grupa turystów, obok której przebiegałam w poprzednią stronę. Teraz mają w rękach mile spotniałe kieliszki białego wina i częstują nim biegaczy. Wesoły pan z fajem w zębach i mnie oferuje kielonek, ale z żalem odmawiam i uśmiecham się tylko do niego. No to allez, 'Anna, zwłaszcza, że kolejny pagór - całkiem stromy i długi - przed tobą. Tempo spada, wypatruję końca. Na szczycie pagóra stoi M. z aparatem - uśmiecham się i macham, woła, że "już niedaleko". Zaraz reszta naszych kibiców, więc znów daję buziaka Ironmanowi, jednocześnie obserwując autochtońskich kibiców z drugiej strony ulicy: stolik przed domem, na stoliku butelki, kociołek do fondue, pani gra na akordeonie, wszyscy klaszczą, ktoś tańczy - impreza na całego! Jestem już tak zasłodzona żelami i głodna, że mocno powstrzymuję się przed zabraniem kociołka i flaszki z czymś wytrawnym.
Tankuję żel. Na 32 km czuję się tak dobrze, że mam ochotę przyspieszyć jeszcze bardziej, ale zdrowy rozsądek przebąkuje, że to jeszcze 10 km i wiele pagórów po drodze. 35 km. Ściana? Jaka ściana? Jest cudownie, tylko wieje tak mocno, że w ostatniej chwili łapię czapkę, która odfruwa mi z głowy i biegnę z nią w ręku już do końca. Próbuję chować się za jakimiś facetami, bo jednak trochę mi ciężko walczyć jednocześnie z podbiegami i wiatrem, ale na tych facetach nie można polegać - nagle przechodzą do marszu, albo zwalniają i muszę szukać kolejnych szerokich pleców. Po 38 km zaczyna się około kilometrowy podbieg, na którym moja euforia nieco gaśnie i modlę się gorąco, żeby do końca trasy było już płasko, bo mogę nie dać rady. Kolejny podbieg zaliczam około 40 kilometra, a następny - niedługo przed znacznikiem 41 km. Dyszę jak parowóz, wypatrując znaku drogowego "LAUSANNE". Jest!!! Na zakręcie, prowadzącym w dół (jupiii!) do Quai d'Ouchy, na której wreszcie będzie PŁASKO. Patrzę kątem oka na ekran Gacka i widzę tętno 187, ojoj - byle do mety. Widzę ją - jest. Ale to nie meta, tylko dmuchana bramka z logo sponsora, i następna, następna, następna. Jakieś 400-500 m przed właściwą metą słyszę ryk "Hankaaaa! Dawaaaaj!! Nie odpuszczaj!!". To mąż, owinięty folią, biegnie za płotem i zagrzewa mnie do ostatniego wysiłku. Nawet nie mam siły mu pomachać, wbijam wzrok w czerwony dywan, który prowadzi już do prawdziwej mety. Ryk zza płotu "Nak••••aj!!". E?
Wreszcie czerwony dywan, nie wiadomo po co podnoszę ręce - tyle kalorii się marnuje, wzrokiem omiatam zegar: jest 3:44, a co dalej - nie wiem, bo przekraczam metę i... już nie muszę biec. Robię kilka kroków, po czym padam na kolana i na ziemię. Powinnam skakać z radości, ale na razie nie mam siły się podnieść. Mobilizuję ostatnie opary glikogenu do pomocy w nadludzkim wysiłku - przetransportowaniu się na oddalony o kilka metrów krawężnik. Siadam na nim, po czym stwierdzam, że siedzenie jest za trudne i się kładę. Mąż coś do mnie woła, nie wiem, czy odpowiadam, nic nie wiem. Kręci mi się w głowie, nie mogę ruszyć ręką ani nogą. Podobno mąż zawołał pielęgniarza. Faktycznie - podchodzi facet w uniformie "Madame, nic pani nie jest" "Nie wiem" "Pomogę pani przejść do ambulatorium". Tam siadam na krzesełku, pielęgniarka przykrywa mnie folią i pyta, czy mam zawroty głowy. Tak. Jak się czuję? Tak sobie. Proszę o kubek wody. Siedzę z głową między kolanami, pielęgniarka przeprasza, że nie może mnie położyć, ale mają tylko jedno łóżko - aktualnie zajęte. Nie szkodzi, jest troszkę lepiej. Po paru minutach mówię, że idę poszukać męża, dziękuję za pomoc. Wychodzę na zewnątrz - zza płotu macha do mnie D. i mówi, że wszyscy czekają przy wyjściu ze strefy. Fajnie. Robię kilka kroków i znów - witaj, kochany krawężniczku! Jak dobrze się do Ciebie przytulić! Mąż przychodzi z kubkami bulionu, który w siebie wlewam - a nuż glutaminian sodu postawi mnie na nogi. Wlewam wodę. Dostaję medal i gratulacje oraz za dużą czapkę, którą chętnie zakładam na mokry łeb, bo wieje i robi mi się zimno.
Wychodzę ze strefy, prosto na biegnącego Ironmana, od którego dostaję siarczystego buziaka i który oznajmia, że będzie ze mną "begać". Mąż i P. dyplomatycznie odprowadzają go do pana z balonikami. Siadam znowu na krawężniku, wstaję i idziemy wszyscy do namiotu, tego, w którym w piątek odbieraliśmy pakiety startowe, a teraz możemy błyskawicznie dostać nasze worki depozytowe z bezcennym ładunkiem - suchymi rzeczami. To ja, bo męża rzeczy są mokre, ale anioły stróże przywiozły niezbędne elementy garderoby. Jestem tak zmęczona, że nie widzę przebieralni, za to miły pan z obsługi pokazuje mi przepierzenia, w których ma swój kantorek i oferuje, że on wyjdzie, a ja będę miała prywatność, żeby się przebrać. Anioł! Spotykamy rodaków, Ironman biega po całym namiocie, hiszpański kibic gra na trąbce, a mnie wraz ze zmianą mokrych i, co tu dużo kryć, śmierdzących ubrań i butów na rzeczy suche i pachnące czystością, wraca życie oraz wilczy apetyt. Ładujemy się do metra, wysiadamy przy parkingach wielopoziomowych na stacji Riponne - M. Bejart (w metrze, przy zapowiedzi każdej stacji, puszczany jest charakterystyczny dla danego miejsca dźwięk, więc przy Riponne - M. Bejart słychać stepowanie, gdyż Maurice Bejart był tancerzem i choreografem, a przy Ouchy słychać krzyk mew i szum wody), wsiadamy do samochodów i zaczynamy opowieści dziwnej treści oraz sms-owanie po rodzinie i znajomych. Przychodzą gratulacje, Ironman trzyma nas za ręce i opowiada, że begał i kibicał. Szczęście!
W domu szczęścia ciąg dalszy - kąpiel w soli bocheńskiej oraz nieprawdopodobnie pyszna uczta: domowe burgery zrobione przez A., z bułkami orkiszowymi upieczonymi przez E. Ketchup zrobiony również przez E., sos tatarski ukręcony własnoręcznie przez L., masa różnych wspaniałych dodatków. Wciągam dwa gigantyczne burgery i poprawiam akcentem lokalnym: bezami z double creme de Gruyere (podwójna, czyli zawierająca ponad 50% tłuszczu, śmietana - a co!), strzela korek od szampana, Ironman śpi, my gadamy, gadamy i gadamy przy stole.
Sprawdzamy wyniki: ja 3:44:08, mąż 3:28:27. Mam 15 miejsce w swojej kategorii wiekowej (Dames 2), 36 wśród kobiet. Czas z pierwszej połówki dawał mi 61 miejsce, czas z drugiej połówki - 26 (na drugiej połówce dołożyłam tylko 1 min 51 sek). Ani razu nie przeszłam do marszu, nie miałam ściany (poza tą za metą) ani kurczy. Prawie nic mnie nie bolało (poza lekkim darciem w lewej łydce). Poprawiłam życiówkę z Annecy o 12 minut na piekielnie trudnej trasie (Maestro twierdzi, że zrobiliśmy Rzeźnika), a mąż poprawił swoją o minut 20.
Minęło 6 dni - jeszcze nie wierzę, że to wszystko za mną. Przed oczami przewijają mi się kadry z trasy, tęsknię za naszym kilkudniowym gwarnym domkiem - ciągnącymi się posiłkami, rozmowami przy herbacie (my) lub winie (reszta) i powolutku rozwijam różne nadzieje na wiosnę.
Tylko wiosną pobiegnę gdzieś, gdzie jest płasko, gdyż moja miłość do podbiegów została wystawiona w Lozannie na ciężką próbę. A na razie po prostu się cieszę.
Informacje organizacyjne: szybki odbiór pakietów startowych i koszulek w namiocie expo, ustawionym przy porcie Ouchy (bardzo dogodnie, jeśli chodzi o transport - obok stacji metra, w pobliżu wielkiego parkingu podziemnego i przy przystani statków i tramwajów wodnych), pasta party na statku (nie byliśmy, więc nie wiem, jak to wyglądało), duża ilość punktów nawadniająco-odżywczych na trasie (bardzo bogato zaopatrzonych) plus picie na starcie i mecie w dowolnej ilości. Na mecie dodatkowo były owoce i wspomniany już bulion. Kibice dopisywali w każdej mijanej miejscowości, organizatorzy zadbali też o oprawę muzyczną na trasie, więc nuda nie dokuczała nie tylko ze względu na warunki atmosferyczne czy profil trasy. Na mecie dostawało się medal, folię i pamiątkową czapeczkę. Wolontariusze sprawnie radzili sobie ze wszystkim - podawaniem kubeczków z piciem, obsługą strefy startu i mety. Organizacja na 5+, a plus należy się za możliwość korzystania z odżywek własnych.
Nie byłoby wpisu maratońskiego bez oskarowych momentów, a zatem:
Ogromne podziękowania dla naszego niezastąpionego supportu - Lidki, Marka, Eweliny, Dawida, Agnieszki i Philippe'a. Agnieszce i Philippe'owi dziękuję po stokroć za gościnę i serdeczność. Wszystkim za opiekę nad Ironmanem, za wspaniałe towarzystwo, za wszystkie przysmaki i za cudne zdjęcia.
Dziękuję Agnieszce za przygotowanie mnie do tego maratonu od strony siłowej oraz wcześniejszą opiekę trenerską.
Dziękuję Cudotwórcy, który tak mnie wyluzował, że kręgosłup ani stopa nawet nie miauknęły w czasie biegu.
Dziękuję Maestro H. za 9-tygodniowy trening, po którym uwierzyłam, że mogę jeszcze coś zdziałać na asfalcie, za wszystkie porady taktyczno-żywieniowe, wsparcie i wiarę w moje możliwości.
...i, oczywiście, dziękuję mojemu kochanemu mężowi, za to, że po raz kolejny zniósł moje wszystkie przedmaratońskie burze nastrojowe, za ryki na ostatnich kilkuset metrach, za wspólne treningi, za motywację i za to, że kiedyś wymyślił dla mnie kategorię, w której zawsze wygrywam.
Bardzo dziękuję też wszystkim, którzy wspierali mnie zdalnie trzymaniem kciuków, modlitwą (A., to do Ciebie - Twoja porcelanowa przygoda nie poszła na marne!), wysyłaniem dobrych myśli i czym tam jeszcze.
Zima treningowa będzie ciekawa, zwłaszcza, że plany na przyszły rok uległy zasadniczej zmianie w stosunku do deklarowanych po Maratonie Gór Stołowych. Ale o tym - kiedy indziej!
Komitet Odżywek Własnych (foto Marek P.)
Bal! (foto Marek P.)
Mąż atakuje pagór na 30 km, w dole, daleko Vevey (foto Marek P.)
Susami do żelu (foto Agnieszka & Philippe)
Na podbiegu na trzydziestymktórymśkilometrze jest bardzo przyjemnie
(foto Alpha Photo)
Ściana (foto Marek P.)
Krawężnikowanie (foto Marek P.)
Na mecie raczej nie tryskałam energią (foto Agnieszka & Philippe)



13 komentarzy:
Aż mi się łza w oku zakręciła Haniu a "Nak••••aj!!" zostanie ze mną do końca życia :)
Tak się właśnie zastanawiałem, czy kibice też wołali "Anna". A jeszcze bardziej mnie nurtuje jak wołali na Staszka ;-)
Jeszcze raz serdecznie gratuluję!
@Around the kitchen table, cieszę się, że wnieśliśmy coś nowego do Waszych słowników ;) Mnie też się łza w oku kręci - było cudnie!
@DrProctor, tak, 'Anna, bo we francuskim i włoskim "h" jest nieme ;) W Annecy też wołali "Allez 'Anna" :) Ze Staszkiem zawsze mają problem, a już teraz, jak mu powycinali to i owo z imienia, to już w ogóle ;)
Życiówka na tak trudnej trasie może tylko bardzo dobrze wróżyć na przyszły rok :) Bardzo fajna relacja. Gratulacje!
Haniu, nieustannie Was podziwiam, choc gleboko w sercu podejrzewam, ze jestescie cyborgami ;)
Ale za to jakimi kochanymi :*
Swietna (jak zwykle) relacja! Tak to bywa, że im piękniejsze widoki tym trudniejsza trasa, ale za to zostają w pamięci takie biegi. A na płaskiej byś pewnie złamała 40 :) Gratulacje ogromne!
Super relka, aż czułem zapach płynących z Ciebie endorfin (o ile one mają zapach;))! Gratuluję życiówki i gratuluję mocnej głowy. Dałaś radę psychicznie, bo z tego co widzę, to druga połówka była tylko trochę wolniejsza. Brawo!
@Maria, cieszę się, że relacja się podobała :) Na przyszły rok mam taki apetyt, że hoho! ;)
@Anoushka, cyborgi nie panikują ;) Kochani to Wy jesteście!
@Ava, dziękuję :) Ano - płaskie trasy są przeważnie nuuuudne ;)
@Krasus, tak, tylko 1:51 wolniejsza, przy czym na pierwszej połówce pobiegłam za szybko pierwsze 5 km (32 sek) i do nastego kilometra ciągnęłam jeszcze tempo zgodnie z planem. A na drugiej połówce, było więcej podbiegów (na pierwszych 3 km biegło się cały czas z górki). No i naprawdę czuło się już każdy metr podbiegu!
Bravo aNa!!! /bo oni wołali Ana nie Anna :D
Ale świetny wynik, Haniu, czapki z głów. Gratulacje!
I wielkie dzięki piękną relację. Nie myślałaś by zmienić profesję i zająć się profesjonalnym komentowaniem wydarzeń sportowych?
Buźka.
Świetna relacja! No a trasa wygląda po prostu bosko, aż chce się biegać, co z tego, że pod górkę! I oczywiście gratuluję czasu, z tymi podgórkami (jakkolwiek wynikającymi z malowniczości trasy), nie mogło być przecież łatwo! Pozdrawiam!
@Aniaha, możliwe, że przez jedno N, ale niektórzy się starali ;) Dziękuję :)
@Ola, trasa śliczna, ale naprawdę trudna :) Pozdrawiam!
Przeczytałem z wielką przyjemnością, jak niezły dreszczowiec. Trasa z opisu taka mocno piekielna, a mimo tego pobiegłaś zdaje się na maksa, o czym świadczy stan na mecie.
@Adam, oj, na maksa :)
Prześlij komentarz