sobota, 23 listopada 2013

Bieganie na zakwasie

W styczniu wpadłam na pomysł, żeby zrobić sobie badania wysiłkowe. Bo nigdy nie miałam, bo dużo osób robiło, bo byłam ciekawa, co pokażą. Nigdzie nie doczytałam, ani też nikt mi nie powiedział, jak przygotować się do tego badania. Zatem zrobiłam prawie wszystko, czego robić nie należy, czylitak:

Badanie było we wtorek rano. W niedzielę pobiegałam, w poniedziałek wieczorem sponiewierałam się na crossficie, zjadłam wielką kolację, a przed samym badaniem przyjęłam śniadanie z kawą.

Gdzie tkwi błąd?

Dzień przed badaniem nie chodzimy na crossfit, nie robimy ciężkiego treningu biegowego, nie pąpujemy na Everest ani nie walczymy o tytuł Mistrza Kaloryfera, katując się 6 Weidera (uwaga, rymy!). Nie jemy produktów zakwaszających, a do takich zalicza się w pierwszej kolejności: cukier, mięso, alkohol, kawę, herbatę, produkty z białej mąki. Na kolację i śniadanie przed badaniem lepiej darować sobie również nabiał.

Stanęłam na bieżni mechanicznej, dostałam pasek od pulsometru, maskę Hannibala Lectera do badania poboru tlenu (mam lekką klaustofobię i zakładanie jakichkolwiek masek, łącznie z tą do snorkelingu, powoduje u mnie mniejszą lub większą panikę), a potem tak:

Pobranie próbki krwi do badania progów mleczanowych następowało co dwie minuty, w trakcie biegania na bieżni z następującymi prędkościami: 6 km/h, 8 km/h, 10 km/h, 12 km/h, 14 km/h. Przy prędkości 16 km/h poprosiłam o wyłączenie bieżni, bo zaczęłam już naprawdę dusić się w masce Hannibala L. i na tym zakończyliśmy zabawę.

Progi mleczanowe?

6 km/h (10 min/km) - 2,01mmol/l
8 km/h (7:30 min/km) - 1,9 mmol/l
10 km/h (6 min/km) - 2,88 mmol/l
12 km/h (5 min/km) - 5,22 mmol/l
14 km/h (4:30 min/km) - 7,65 mmol/l

Jednym słowem, próg mleczanowy osiągnęłam na poziomie porażającego tempa 6 min/km. Jest to równie ciekawe, ja wynik badana HRmax (175 bpm). Przypomnę tylko, że w Lozannie, moje średnie tętno z ostatniego kilometra wyniosło 187 bpm, a poziom 175 przekroczyłam na trasie jeszcze wcześniej. I nie umarłam.

Miałam jeszcze wyjaśniać wyniki tych badań, ale, w związku z tym, że pół godziny po powrocie z nich złamałam sobie palec u nogi, a potem przez kilka miesięcy użerałam się z kręgosłupem, cała impreza na bieżni wyleciała mi z głowy.

Aż do ostatniego spotkania z Maestro, podczas którego zaproponował nam test na bieżni, połączony z badaniem progów mleczanowych. Jesteśmy właśnie elegancko roztrenowani przez prawie 4 tygodnie truchtania, ćwiczeń sprawnościowych i pąpowania na Everest, zatem będzie można sprawdzić dane wyjściowe do programu pod wiosenny maraton, a badanie powtórzyć w zaawansowanej fazie treningów. No dobrze.

Dostaliśmy szczegółowe wskazówki, jak przygotować się do badania, dlatego mogłam pomądrzyć się kilka akapitów wyżej a propos swojego dyletanckiego podejścia do sprawy w styczniu. Trzeba było wyspowiadać się ze śniadania (jaglanka na wodzie i mleku owsianym z wtartym kwaśnym jabłkiem + grzanka z chleba pełnoziarnistego z mojej roboty bezcukrowym dżemem morelowym + cienka herbatka ziołowa) i uroczyście oświadczyć, że na pewno w piątek nie robiło się pompek ani brzuszków.

A potem zaczęło się kłucie. Kłucie wyjściowe, przed bieganiem - 2,1 mmol/l. Po nim zrobiłam 1200 m w tempie 6 min/km - 2,8 mmol/l., tętno 129 bpm. 1200 m po 5:30 min/km i siurpryza - 1,9 mmol/l - w sumie logicznie, bo zaczęło mi się dobrze biec. Tętno 149 bpm. 1200 m po 5:00 min/km - 3,3 mmol/l, tętno 148 bpm. Kończymy badanie, bo wszystko wiadomo. Nie mogę biegać spokojnych wybiegań wolniej niż 5:30 min/km, bo mój organizm znacznie bardziej zakwasza się na wolniejszym tempie. Wiadomo też, gdzie zaczynam tzw. "drugi zakres", co daje informację wyjściową pod tempa treningowe. I zobaczymy, jak to będzie wyglądać za parę miesięcy.

Nawiasem mówiąc, własny organizm i bieganie na samopoczucie, są bezcennymi źródłami informacji - kiedy przygotowywałam się do maratonu i nie patrzyłam na Garmina podczas luźnych wybiegań, automatycznie przechodziłam do tempa 5:20-5:30 min/km i musiałam bardzo się starać, żeby biec wolniej.

W domu porównałam sobie dzisiejsze dane z tymi ze stycznia i zdrowo się uśmiałam, choć wąż w kieszeni wysyczał kwotę, którą wówczas przepuściłam na coś kompletnie bezsensownego. Jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się na badanie progów mleczanowych, serdecznie i gorąco doradzam, żeby nie popełnić moich styczniowych błędów i wypaczeń. A już na pewno nie wchodzćie na drzwi i nie łamcie palców. Ani niczego innego.

No to teraz wreszcie można dopompować wynik Smashing Pąpkins i porządnie się dokwasić!

3 komentarze:

Ava pisze...

Kurcze, to jest naprawdę świetne narzędzie do analizy własnego organizmu podczas biegania. Aż zapragnęłam się dać skłuć ;-) Tak ogólnie to coraz bardziej dociera do mnie że wyznacznikami treningu powinny być tętno, może własnie zakwaszenie, a nie tylko prędkość wpisana w plan i zmierzona garminem Fajnie że teraz już wiesz, co i jak u Ciebie. No i słabo że przy pierwszym badaniu nastąpiła jakaś amatorszczyzna i nikt Ci nie powiedział, że masz się przygotować do niego. Wywalona kasa której oczywiscie nikt nie zwróci.

KA pisze...

A tak mniej więcej to ile to kosztuje? I co ile warto robić takie badanie? Przed każdym sezonem?

Hankaskakanka pisze...

@Ava, tak, do mnie też dopiero niedawno dotarło, że to, co mówi organizm jest NAPRAWDĘ ważniejsze od tabelki ;)
@KA, za badanie w styczniu zapłaciłam, o ile dobrze pamiętam, 350 zł. Teraz, samo badanie zakwaszenia, było przeprowadzone przez Maestro, jako standard dla podopiecznych. Jeśli dobrze pamiętam i nic nie pokręciłam, badanie zakwaszenia warto zrobić przed sezonem treningowym i w trakcie, żeby sprawdzić, jak organizm reaguje na bodźce - np. czy nie zmierza do przetrenowania albo czy, wręcz przeciwnie, można mu jeszcze spokojnie dokręcić śrubę :)