Próbuję obrosnąć w tłuszcz, który mogłabym zrzucać podczas zimowych treningów - nawet ciastka piekę - ale efektów nie widać. No nic, wytrwałością i pracą!
Zrobiłam wstępne plany na przyszły rok. Różnią się od tych snutych po Górach Stołowych, ponieważ nagle, podczas przygotowań do Lozanny, zachciało mi się asfaltu. Mam ogromną chęć na płaski, wiosenny maraton i na porządną życiówkę. Taką, że oranyjulek. I jesienią 2014 też chcę zaszaleć na asfalcie. Niestety, decyzja o ataku ulicznym oznacza jedno - góry idą w odstawkę. Nie dam rady porządnie przygotować się i do wiosennego maratonu asfaltowego, i do letniego maratonu górskiego, i do jesiennego maratonu na asfalcie. Trzeba by było inaczej trenować i spędzić w górach trochę czasu, ponieważ tym razem chciałabym powalczyć o jakiś wyględny wynik, a nie tylko zmieścić się w limicie czasu. Szkoda, smutno, ale coś trzeba wybrać. W górach i tak będę parę razy, więc sobie w nich pofikam rekreacyjnie i dla przyjemności. Będą dla mnie jak rower - miłą odskocznią od orki treningowej (o, rym wyszedł).
Na razie planuję coś takiego: do połowy grudnia roztrenowuję się przykładnie. Treningi ograniczam do tego, co w pierwszym akapicie, a na dodatek - siłownia, rytualne rozciąganie i trochę ćwiczeń w domu. Oraz jedzenie, jedzenie, jedzenie. Przepraszam, że przynudzam, ale ja już naprawdę nie mogę bardziej schudnąć, bo niedługo będę mogła się zaopatrywać w ubrania tylko w działach dziecięcych, a przykrótkie nogawki i rękawy nie zawsze wyglądają dobrze.
Od połowy grudnia zaczynam się rozkręcać treningowo, przy czym od stycznia przygotowania wchodzą w fazę orki. Gdzieś tam, kiedyś tam jedziemy na narty, na których biegania będzie mało, a męczenia nóg na stoku - bardzo, bardzo dużo (oby!). Następnie mamy koniec marca, czyli Półmaraton Warszawski, który wypada na 2 tygodnie przed zaplanowanym maratonem i jeszcze nie wiem, czy pobiegnę go na tysiąc procent, czy treningowo, czy wcale. Zobaczymy.
13 kwietnia - albo Warszawa albo... Rotterdam. Tyle znajomych osób się tam wybiera i tyle dobrych rzeczy słyszałam o tym maratonie, że się powoli rodzinnie łamiemy. Maestro zachęca, bo ma na wiosnę jakieś nieludzkie niesamowite plany co do naszych wyników i twierdzi, że trasa w Rotterdamie jest fantastyczna. Jeśli Rotterdam wiosną, to Warszawa jesienią, czyli nie będziemy stali w Alejach Ujazdowskich. Chlip chlip.
Być może po drodze będą jakieś GPW czy inne "dyszki", a na pewno nie będzie startów w Falenicy. No i na pewno nie zacznę treningów triathlonowych.
...iiii to by było na tyle, jeśli chodzi o plany.
Podsumowanie 2013 roku? Prościzna!
Styczeń 2013 - 1 dzień w szpitalu, czyli PDOS wyciąga śrubki. Jakieś dwa tygodnie później łamię mały palec u połamanej stopy.
Luty 2013 - obóz biegowy ze złamanym palcem.
Marzec 2013 - zupełnie niespodziewana życiówka w półmaratonie. Malutka, ale zawsze - 1:43:32. Łzy szczęścia na mecie!
Kwiecień - czerwiec 2013 - starty na 5 km, wszystkie co najmniej o minutę gorzej od życiówki z 2012 roku. Szybkości nie mam za grosz. Do tego daję się namówić na kompletnie bezsensowny start na 1000 m (Warsaw Track Cup), w którym przybiegam na (chyba) 4:01 czy 4:02. W międzyczasie walczę z blokującym się kręgosłupem i przygotowuję do pierwszego startu w górach.
Lipiec 2013 - niezapomniane chwile na trasie Maratonu Gór Stołowych - kręgosłup robi "jebut" po pierwszej ćwiartce trasy, więc, pokonawszy pokusę wcześniejszego zejścia (z trasy, nie z tego padołu), spędzam dużo czasu na robieniu stretching show. Ku własnemu zaskoczeniu, docieram jednak do mety w limicie czasu (8 godz. 3 minuty), wbiegając po schodach na Szczeliniec. Moja miłość do gór zostaje ugruntowana raz na zawsze.
Sierpień 2013 - obóz biegowy w Karkonoszach, inny od poprzednich. Kręgosłup nie odpuszcza.
Wrzesień 2013 - zmieniamy trenera. Zaczynam zupełnie nowe życie treningowe: 5-6 treningów tygodniowo, nieomal nieustający pomiar tętna, itp. Nieśmiało marzę o zejściu wreszcie poniżej 3:50.
Październik 2013 - nie mogę uwierzyć w postępy treningowe. 27 października startujemy w maratonie w Lozannie. Wynik przekracza moje wrześniowe marzenia (3:44:08), jest o 12 minut lepszy od tego, co osiągnęłam 2,5 roku wcześniej na znacznie łatwiejszej trasie w Annecy.
To był trudny rok. W zasadzie ciągle walczyłam z jakimiś większymi lub mniejszymi dolegliwościami - a to złamanie, a to kręgosłup, a to jeszcze co innego. Strach o to, że znowu coś pyknie w kręgosłupie i będzie mnie bolało wszystko - od pięty do karku - towarzyszył mi na każdym starcie, na każdym trudniejszym treningu. Jednocześnie strasznie chciałam być już całkowicie sprawna i móc normalnie trenować. Marzyłam o jakimś sukcesie, który pozwoliłby mi uwierzyć w to, że wróciłam do formy po pierwszym złamaniu. No i wreszcie się udało - Lozanna. Bardzo trudny maraton, na którym pobiegłam najlepiej w życiu, przełamałam koszmarne kryzysy, dziejące się w mojej głowie i zaryzykowałam ostatnie kilometry "w trupa". Mam teraz chęć na więcej, cieszę się na zimową orkę (tia, już widzę, jak będę się cieszyć biegając po ciemku po śliskich chodnikach) i z optymizmem patrzę na wiosnę 2014.
I tak to.
I tak to.
9 komentarzy:
Poznaniowi jest trochę smutno :-( Musisz mu zrekompensować i latem na Ekidena przyjechać ;-)
@DrProctor, Poznaniu, nie smuć się :) A kiedy macie Ekiden? Bo my do Poznania zawsze chętnie :)
Sezon trudny, ale ładnie zakończony. Czy trener prorokuje jakiś konkretny czas na wiosnę na łatwiejszej trasie?
Plany super - oczywiście życzę Ci życiówki że oranyjulek! No i widzimy się mam nadzieję w Rotterdamie :)
ps. to niesprawiedliwe że niektórzy próbują obrosnąć w tłuszcz i mimo wielu starań im się nie udaje ;-)
@Adam, na razie za wcześnie na prorokowanie, ale są jakieś tam długoterminowe prognozy ;)
@Ava, widzimy się, widzimy :) Już się cieszę! A propos ps, sprawiedliwość załatwiana jest w ten sposób, że niedługo nie będę miała w co się ubrać ;) Poza ciuchami biegowymi, rzecz jasna :)
Hania - wielkie uznanie za to, że nie poddawałaś się przy problemach z kręgosłupem. Twoja świeża maratońska życiówka budzi podziw... i zachęca w tym mnie do częstszych treningów :)
Dwa maratony w ciągu roku - ładne plany. I bardzo słusznie, że w tej sytuacji rezygnujesz z gór - coś trzeba woleń. Będę trzymać kciuki!
@Przemekimaraton, dzięki :)
@Emilia, kiedyś biegałam 2 maratony w roku ;) Dziękuję za kciuki!
Prześlij komentarz