niedziela, 6 października 2013

O tym, jak biegła Warszawa

6 lat temu, w październikową niedzielę, po raz pierwszy stanęłam na linii startu zorganizowanego biegu - Run Warsaw, na dystansie 5 km. Nie zapomnę emocji towarzyszących finiszowi po zbiegu ul. Myśliwiecką, dumy z wyniku (28 z groszami) i pierwszego medalu.

Dzisiaj, uzbrojona we wskazówki treningowe ("pamiętaj, to ma być bardzo spokojny bieg, z delikatnie narastającym tempem, przez 3 pierwsze kilometry rozgrzewasz się, a masz kończyć po tyle i tyle, ale na zbiegu możesz trochę bardziej puścić nogi"), przyszłam na Łazienkowską, żeby pobiec w "Biegnij Warszawo". Wcześniej, dzięki Fejsikowi (kto powiedział, że social media to zło!), umówiłam się z siostrą czytelniczki bloga na wspólny bieg.

Oddawanie rzeczy do depozytu poszło ekspresowo, więc potruchtaliśmy z mężem na spotkanie ze znajomymi. Gadugadugadu, a do startu coraz bliżej. Koleżanki chciały skorzystać z toi-toiek i tu pierwsza skucha - na 15 tys. biegaczy było ich stanowczo za mało i przed każdym plastikowym przybytkiem tworzyła się gigantyczna kolejka. Dobra, sprawy najważniejsze załatwione, idziemy na start ze świeżo zapoznaną A.

Idziemy, idziemy, idziemy - gdzie jest wejście na trasę?? Były dwa - jedno od strony startu, a drugie od samiutkiego końca. Weszłyśmy tym od końca, przebiłyśmy się kilkadziesiąt metrów do przodu i stanęłyśmy. Stałyśmy na tyle długo, że linię startu przekroczyłyśmy co najmniej 6-7 minut po strzale startera.

Dobra, najważniejsze, że już biegniemy. Bardzo, bardzo spokojnie, bo przecież mam się przez pierwsze 3 km rozgrzewać. Jest dosyć tłoczno, ale na szerokiej Czerniakowskiej można spokojnie wyprzedzać pierwszych spacerowiczów i trzymać tempo. Ta idylla trwa do skrętu w Chełmską, na której robi się tłoczno, a już wszystko przebija pomysł, żeby matę do pomiaru czasu rozłożyć tylko w połowie szerokości ulicy. W związku z tym niektórzy przebiegają obok, obsługa ich zawraca, a my stajemy (tak, STAJEMY) i czekamy na możliwość przejścia po macie. Za matą odrobinkę przyspieszam, ale tempo z 3 km wychodzi 5:45 min/km. Fascynujące.

Zaczyna się podbieg Spacerową, po której, zgodnie z nazwą, większość ludzi spaceruje. Moje tempo spada poniżej 6 min/km, bo do wyprzedzania krawężnikiem trzeba się wbić w przerwę. Od czasu do czasu przeskakuję przed kogoś i po jednej takiej akcji, zostaję podcięta przez jedną z uroczo rozchichotanych young ladies, które sobie truchtają w 5-osobowym szeregu, wykorzystując czas na pogaduszki. Dobrze, że jestem w miarę dobrze ustabilizowana, bo, gdyby nie to, pewnie na Spacerowej zakończyłabym swój sezon biegowy. Ladies chyba nawet nie zauważyły.

Lećmyż dalej. Na zakręcie w stronę Placu Unii znowu ciaśniej, niektórzy biegacze, bez specjalnego skrępowania, lecą na ukos po chodniku, znowu prawie staję na plecach spacerowiczów i na pierwszej prostej wyrywam do przodu. Już chcę być w Alejach Ujazdowskich - szerokich, pięknych. Na rogu Bagatela i Alej, biegnąca ze mną A. mówi, że musi zwolnić i nie da rady utrzymać się za mną. Proszę, żeby spróbowała i żeby się nie poddawała. Ruszam ociupinkę żwawiej, ale nadal jest to spokojne tempo, bo tak ma być.

No i wszystko fajnie, tylko nagle wszyscy stają w miejscu. Co jest?? Niespodziewany punkt nawadniania, w którym 99% biegaczy rzuca się na pierwszy stół. Odbijam mocno w lewo i przez jakieś 100 m cieszę się nieco większą przestrzenią. Za Placem na Rozdrożu moje szczęście gaśnie - Aleje przedzielone na pół - jedna połowa dla biegaczy, a druga dla uczestników "Maszeruję Kibicuję". Znów robi się nieznośnie ciasno. Przeciskam się między biegaczami a barierkami, jestem już bardzo zmęczona ciągłym lawirowaniem, nagłym hamowaniem, uskakiwaniem. I mam ochotę kopać po kostkach wszystkich zatopionych w dousznej muzyce, którzy nie mają kontaktu ze światem zewnętrznym, nie zwracają uwagi na nic dookoła.

Na Pięknej znów ciasno. Na Marszałkowskiej ciut lepiej, z naciskiem na ciut. Za to Garmin dostaje świra i pokazuje mi raz 3:22, a za chwilę 6:28. Aleje Jerozolimskie. Na skraju trasy leży przykryty folią biegacz, a nad nim policjant rozmawia przez krótkofalówkę. Rondo de Gaulle'a - znakomity doping ze strony tancerzy z zespołu ludowego, w ogóle mnóstwo kibiców. Garmin pokazuje 6:37. Nie wiem już, czy to prawda, czy nie, bo dawno straciłam wyczucie tempa na tym ciągłym lawirowaniu i kombinowaniu. Więc biegnę i mi smutno, że tak ciężko, że cuś jakby delikatna kolka i pewnie mam gorączkę. Mijam Spartan. Przed znacznikiem 9 km Garmin pokazuje, że dziewiąty kilometr przebiegłam po 4:22 min/km. Emmmm.... No będzie bura. Ale nadal nie wiem, po ile biegnę w danym momencie - kompletne szaleństwo. Skręcam w Górnośląską i nagle kątem oka widzę biegacza, który się zatrzymuje, robi obrót wokół własnej osi, po czym pada do tyłu, uderzając tyłem głowy o asfalt. A na koniec, dosłownie, nakrywa się nogami. Podnoszę rękę i krzyczę "uwaga!! człowiek upadł!!". Jakiś facet mnie potrąca i coś gada w moją stronę, ale mam go w dupie. Razem z 2 innymi biegaczami i panią z chodnika pochylamy się nad nieszczęśnikiem, który leży, ma otwarte oczy, oddycha płytko, toczy pianę i nie reaguje na nic. Postanawiamy go przenieść na chodnik i, choć trafił się kawał chłopa, dajemy radę. Układamy go na boku, z ugiętymi nogami, rozglądamy się za wolontariuszami czy obsługą medyczną albo chociaż policjantem z krótkofalówką - nikogo. Nie ma czym go przykryć, bo wszyscy jesteśmy w mokrych koszulkach. Mówię, że pobiegnę szybko w stronę mety i sprowadzę pomoc. Lecę nie patrząc na Garmina. Oczywiście, co chwilę muszę hamować albo uskakiwać, bo tłum jest ogromny i wszyscy chcą jak najszybciej dotrzeć do mety. Kurde, nie ma nikogo - ani wolontariuszy, ani obsługi biegu, ani policji, że o ratownikach medycznych nie wspomnę. Wpadam na metę i łapię pierwszego z brzegu faceta, który ma identyfikator na szyi, a nie trzyma mikrofonu w ręku. Tłumaczę mu, co się stało, bierze mnie pod rękę i prowadzi do ratowników medycznych. Pani ratownik informuje mnie, że już mieli zgłoszenie i wysłali kogoś na Górnośląską. Ufff.

No i wtedy zaczyna się dla mnie najcięższa część biegu - ponad 10 minut przeciskania się od mety do wyjścia ze strefy. Robi mi się zimno, nie ma folii, nie ma jak wyjść bokiem. Makabra. Z tyłu łapie mnie A., która przybiegła parę - kilka minut za mną, spotykamy jej siostrę i gadamy sobie, więc chociaż jest miło od strony towarzyskiej.

Wreszcie wychodzę ze strefy, odbieram błyskawicznie rzeczy z depozytu, przebieram się w suche ciuchy i ruszamy z mężem po Ironmana.

Mój czas netto - 55:43. Trening zrobiony fatalnie - to nie był bieg z narastającą prędkością, tylko jedna wielka improwizacja.

Uwagi ogólne - bardzo nie podobała mi się organizacja startu (może warto rozważyć strefy czasowe i wypuszczanie zawodników falami, jeśli ma być ich z roku na rok coraz więcej?) oraz mety (10 min od linii mety do wyjścia i nawet nie było kawałków folii do przykrycia, że o czymś ciepłym do picia nie wspomnę?). Tłum? Straszny, ale kolega po blogu mówił, że na 40 minut nie było źle :) O pomyśle z matą pomiarową na połowie trasy już pisałam - straszna skucha. Przydałoby się nieco lepsze zabezpieczenie trasy, w szczególności na zakrętach, które powiodły na pokuszenie niejednego biegacza / biegaczkę (ścinanie po chodniku) oraz wcześniejsze oznaczenie zbliżającego się wodopoju. No i te nieszczęsne toitoiki... Choć, w sumie, jedynymi biegami, jaki znam, na którym ich nigdy nie brakuje, są biegi organizowane przez Fundację Maratonu Warszawskiego. Może warto wziąć przykład?

Organizacja depozytów była bez zarzutów, trasa ładna, oznaczenie kilometrów wyraźne, koszulki piękne.

Po prostu następnym razem przejdę przez płotek bliżej linii startu, albo zrobię trening w lesie, a przy trasie stanę, żeby pokibicować.

Oczywiście gratuluję wszystkim, którzy dziś zrobili życiówki!

10 komentarzy:

Anonimowy pisze...

właśnie słyszałam w tv, że jeden biegacz umarł na tym biegu, w sumie to mnie zaszokowało, niby taki krótki bieg, trzeba słuchać swojego organizmu....

Maria pisze...

Jednym słowem miałaś bieg pełen "wrażeń"... Gdy zobaczyłam relację z biegu i te tłumy w tv, to aż mnie ciarki przeszły. Biec w takim ścisku i tłumie to nie dla mnie... Jeżeli nie biegnie się na wynik 40 min (gdzie jest jeszcze luz) to lepiej rzeczywiście iść na trening do lasu i oszczędzić sobie stresu.

Leszek Deska pisze...

Żona opowiadała że tego co mu pomagałaś to widziała - pan Mamiński był już wtedy przy nim. Szkoda tego który za metą zmarł :(
BW takie jest jak piszesz - popularyzuje bieganie wśród ludzi. Praca u podstaw jest ciężka bo zanim Ladies się nauczą jak zachowywać się na biegu...

Ava pisze...

Haniu, Twoja relacja zdecydowanie odstrasza :) Za rok chyba nie pobiegnę, nawet jeśli będę w Warszawie, bo faktycznie organizacja biegu na naście tysięcy osób to sztuka, która najwyraźniej nie wszystkim się udaje. Po co sobie psuć nerwy. Brawo dla Ciebie za "wielką improwizację" na trasie - no i tak sobie myslę że pewnie niewielu osobom chciało się zatrzymać widąc upadających ludzi, bo szkoda im było paru minut/sekund do wymarzonego wyniku. Ech!

borman pisze...

Jej, Haniu, toż to istny armagedon biegowy był! Nadal do mnie nie dociera, że to się działo naprawdę. Przeszła mi ochota na biegi uliczne - na duże biegi uliczne.

Krasus pisze...

Niestety, taki urok tego biegu. Bw to największy bieg w Polsce, bez stref startowych, z ludźmi o najróżniejszym poziomie biegowym, w tym z takimi, którzy pędzą na złamanie karku 2 km, a potem idą, bo nie mają sił - po takim biegu nie można spodziewać się niczego innego niż bałaganu;) Wydaje mi się, że Ty pechowo trafiłaś na kilka niefajnych okoliczności, które "zbiegły się" na Tobie. NKŚ i D bigły też wolno i większych problemów nie napotkały.

Choć nie zmienia to faktu, że orgowie powinni dopracować kilka kwestii (np. strefy startowe, szerokość mat pomiarowych, porządek za linią mety, ilość toalet).

Hankaskakanka pisze...

@Moni1255, tak, takie tragiczne zdarzenie miało miejsce.
@Maria, dzięki temu biegowi uświadomiłam sobie, że nie mam ochoty na wielkie maratony, bo przez 42 km takiego tłoku mogłabym dostać świra ;)
@Leszek Deska, o ile ladies jeszcze kiedyś gdzieś wystartują, czego im bardzo życzę :)
@Ava, właśnie - liczba biegaczy rośnie lawinowo i może warto popatrzeć, jak zorganizowane są biegi dla 10,000 i więcej osób, żeby wyciągnąć wnioski? W maratonie sztokholmskim, największym biegu, w jakim brałam udział (na starcie chyba 16 czy 17 tys.) start jest falowy i nie biegnie się w dzikim ścisku.
@Borman, nabieram nowej sympatii do biegów ulicznych - może dzięki nowym treningom, ale dziękuję za takie masówki.
@Krasus, na pewno moją winą było to, że ustawiłam się tak daleko, więc byłam od początku skazana na lawirowanie. Ale miałam do wyboru to albo wchodzenie od linii startu, czyli ustawianie się za elitą, bo organizator nie przewidział innej możliwości, mając 15 tys. osób zapisanych na bieg. Brak stref i start bez "fal" to kolejny błąd przy tej ilości uczestników. Byłoby luźniej i przyjemniej. No i dobrze by było wprowadzić zakaz biegania z słuchawkami na masowych biegach - naprawdę, przy takim tłoku jest to niebezpieczne i dla słuchających i dla wszystkich dookoła :( O ile wiem, takie zakazy sprawdzają się w innych krajach.

Adam pisze...

Wrażenia o organizacji mam podobne. Tłok odczuwałem mniejszy, bo poleciałem szybciej, ale nie chciałbym pakować się w taki Sajgon ja Ty.
W Biegnij Warszawo zdaje się, że albo trzeba lecieć z przodu, albo nastawić się na atrakcje typu kolejka do maty.

Hankaskakanka pisze...

@Adam, tak, zdecydowanie z przodu, tylko wtedy blokuje się tych szybszych :-/ Wydaje mi się, że, jeżeli organizatorzy spełnią swoje marzenie, czyli jeszcze zwiększą frekwencję, bez stref startowych i startu falami będzie tylko gorzej.

KA pisze...

ciekawa jestem, czy Janusz Bukowski, który startował z drugiej linii zawodników (przynajmniej tak widać bylo w przebitkach z TV, stał po lewej od lwa) startował już z zawodnikiem na wózku inwalidzkim, czy jeszcze sam. Kiedyś go poirytowany znajomy spytał, dlaczego zawsze startuje z elitą. "Bo ma prawo". I tak to wygląda, jak 12 tys osób ma prawo do wszystkiego :/ Przyznaję szczerze, że raz startowałam ze strefy VIP. Po pierwsze było mi głupio, że blokuję innych, po drugie autentycznie bałam się, że mnie stratują. Więcej tego nie zrobiłam.