niedziela, 9 grudnia 2012

Dobrze jest

Kiedy w sobotę biegłam po zaśnieżonym chodniku, w popadującym śniegu i siedmiostopniowym mrozie, myślałam, że chyba przyjemniej byłoby leżeć na naszej wygodnej kanapie, pod ciepłym kocem i czytać książkę. Po chwili przypomniałam sobie tegoroczne lato, gdy leżałam na tej samej kanapie z książką (minus koc) i marzyłam, żeby już biegać. I to niezależnie od pogody. Potęga autosugestii musi być ogromna, ponieważ natychmiast zaczęło mi się biec lżej i przyjemniej, choć warunki atmosferyczne i podłoże nie uległy specjalnej poprawie (choć trzeba przyznać, że przystanki autobusowe oraz tramwajowe i okolic przejść dla pieszych są odśnieżone na medal). Wróciłam przeszczęśliwa.

Mijający tydzień był nieomal idealny jeśli chodzi o aktywność sportową:

- 3 x bieganie,
- 2 x joga,
- 1 x siłownia.

A w dodatku udało mi się zwalczyć przeziębienie, które podgryzało mnie w ubiegły weekend. Już w poniedziałek było o wiele lepiej, więc podreptałam na jogę. Przyjemnie było porozciągać zesztywniałe gnaty i popracować nad stabilizacją.

We wtorek wieczorem czułam się tak dobrze, że wskoczyłam w ciuchy biegowe i ruszyłam z treningiem, który zakładał przebiegnięcie 7 km bądź bardzo spokojnie bądź w tempie 5:45 min/km (troszkę mi się poprzesuwały granice zakresów, że tak powiem, i pierwszy stał się drugim). Garmin przez kilkanaście minut nie mógł znaleźć satelity, więc biegłam na czuja, aż się okazało, że biegnę za żwawo na "spokojny trening". W domu obliczyłam, że przebiegłam około 7 km (może do 100 metrów więcej) w tempie około 5:40 min/km. To był mój pierwszy trening bez żadnych przerw w marszu! [chwila na otarcie łzy wzruszenia]

W środę wyjątkowo nie było clubbingu.

W czwartek odrobiłam sumiennie trening siłowy. Najbardziej zestresowałam zmęczyłam się wskakiwaniem na power plate, bo wskakiwanie i zeskakiwanie w ostatnim półroczu jest dla mnie ogromnym wyzwaniem mentalnym. Uspokajam: przeżyłam i nic nie złamałam.

W sobotę przebiegłam znów 7 km i Garmin znów długo nie mógł się złapać z żadnym satelitą, więc nawet nie jestem pewna, czy dobrze zmierzył czas. Odległość znam, bo pobiegłam w zasadzie tak samo jak we wtorek. Na bieganiu się nie skończyło - po południu poszłam na jogę, na której robiliśmy dużo ćwiczeń na rotację kręgosłupa i w ogóle na plecy.

Chytry plan na niedzielę zakładał trening 10 km z Ironmanem w saneczkach. Zapakowaliśmy sanki, torbę z ciuchami na zmianę, termos, wałówkę, koc dla Ironmana - prawdziwa wyprawa. Ironman na pierwszym kilometrze wydawał się bardzo zadowolony z życia, ale zaraz się znudził, zaczął schodzić z sanek, więc stanęliśmy. No i klops, bo synek do sanek nie chciał wrócić. Mąż poprosił, żebym pobiegła sama krótką pętlę (5 km), a później się wymienimy. Wrrrrr..... To miała być pierwsza dycha bez przerw w marszu. No nic - zrekompensowałam sobie biegnąc 4 km poniżej 5:20 min/km, miejscami nawet poniżej 5 min/km aż wpadłam na moich chłopaków. Odebrałam od męża sanki i przebiegłam się jeszcze ponad kilometr z Ironmanem, dopóki nie zaczął buczeć i żądać powrotu do samochodu. Bo siedzenie w samochodzie za kierownicą przerasta, niestety, wszelkie inne atrakcje, z jazdą na saneczkach włącznie. Wyszło mi tego biegania 6,2 km i, tym samym, przekroczyłam nieznacznie, ale zawsze, 20 km w tygodniowym podsumowaniu. Oj, trzeba będzie się jakoś inaczej zorganizować z weekendowymi wybieganiami, bo ani wózek ani sanki nie wchodzą w rachubę na większe wycieczki.

Jutro jadę do ortopedy na kontrolę kości i ewentualne umówienie się na wyciąganie śrubek. Tak na co dzień te śrubki nie przeszkadzają mi szalenie, ale praktycznie odpada noszenie butów nie-sportowych, zwłaszcza na wysokich obcasach. Wtedy właśnie czuję ucisk w tym miejscu, w którym kość jest ześrubowana i nie jest to specjalnie przyjemne.

Aha, przecież nie ma wpisu bez przepisu - jest zimno, czyli najlepszy czas na rozgrzewanie się zupami.  Szczególnie polecam zupę cebulową (rozgrzewa, syci, jest tania i sezonowa) - podaję swój wypróbowany i ulubiony przepis:

Zupa cebulowa

2 łyżki oliwy (lub 2 łyżki masła klarowanego)
5-6 większych cebul ważących 0,5 - 0,6 kg
1 litr dobrego bulionu warzywnego lub wody (jeśli nie mam swojego bulionu, używam polskiego bulionu eko w proszku - zawiera tylko suszone warzywa i trochę soli, ma smak naprawdę zbliżony do bulionu zrobionego w domu, bez całego dobrodziejstwa utrwalaczy i glutaminianu sodu)
1-2 ząbki czosnku
3 łyżki płatków jaglanych lub owsianych (ważne, żeby były drobne)
1 łyżeczka pieprzu ziołowego
1 łyżeczka tymianku
1/2 łyżeczki kurkumy
1/2 łyżeczki pokruszonego w palcach suszonego rozmarynu
1-2 łyżki sosu sojowego
ewentualnie sól do smaku

Cebule obieramy i kroimy w dosyć cienkie talarki lub piórka. W garnku rozgrzewamy oliwę lub masło, dodajemy cebulę i smażymy aż cebula nabierze złotego koloru. Trzeba w miarę często mieszać. Zalewamy cebulę litrem gorącego bulionu lub wody, dodajemy płatki jaglane lub owsiane i przyprawy. Gotujemy pod przykryciem około 20 minut. Na koniec dodajemy 1-2 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę do czosnku i sos sojowy. Podawać bardzo gorącą. Można zrobić od razu więcej, ponieważ świetnie smakuje odgrzana następnego dnia.

Na deser prezentuję przyszłościowego zawodnika biegów ultra (buty już ma i rusza się w nich tak szybko, że nie sposób nadążyć z aparatem).

Foto by Mąż
Miłego tygodnia!

5 komentarzy:

Gurmetka pisze...

ale przyjemny post :) jak ja lubię czytac takie rzeczy :D zupka cebulowa wygląda zachęcająco (właśnie z eko bulionem to bardzo dobra opcja, z chęcią wykonam!). małe nóżki urocze :)) już widzę jak prześcigną kenijskich zawodników, tylko na to czekac ;)

tete pisze...

zupka jest zachęcająca:) chętnie bym ja wszamał po dzisiejszym morsowaniu;) nogi prawdziwego Ultrasa;)Pozdrówka:0

Hankaskakanka pisze...

@Gurmetka, na razie ja mam czasem problemy z nadążeniem za małymi nóżkami ;)
@Tete, zachęcam do zrobienia :) Zwłaszcza po wizycie w "wannie" ;)

Ava pisze...

Bardzo pozytywnie to wszystko wygląda - i tempo i kilometry już widzę wracają do normy. No i fajnie, że się przełamałaś z tym wskakiwaniem. Tak jak piszesz głowa to potęga - rządzi nami zdecydowanie. A cebulową też bardzo lubię ale tradycyjnie dodaję tuczącą grzankę ze stopionym serem na wierzch :) na szczęście rzadko ją robię, bo strasznie się płacze przy tym. Pozdrawiam ciepło!

Hankaskakanka pisze...

@Ava, z wskakiwaniem tak, ale z przeskakiwaniem - nie ;) Lubię cebulową z grzanką z serem, ale mój brzuch i wątroba bardzo ciężko znoszą takie połączenie :( Jeśli masz w domu kogoś, kto nosi soczewki, możesz oddelegować go do krojenia cebuli. Nie wiem, jak to się dzieje, ale w soczewkach mogę skroić ponad kilo cebuli i nic. Bez soczewek, w okularach, płaczę w połowie jednej sztuki ;)