W dzieciństwie nie lubiłam słodyczy. Mięsa zresztą też nie, więc byłam idealnym dzieckiem na czasy kartek i kolejek. Niestety, jako już nieco starsze dziecko, odkryłam czar orzechowych makaroników z Hortexu, mijanego po drodze ze szkoły. Podczas rocznego pobytu Za Wielką Wodą spróbowałam tego, czego nawet po nastaniu gospodarki wolnorynkowej, w moim domu nie było nigdy - słodkich gazowanych napojów w ilości całkowicie nielimitowanej (ach, te darmowe dolewki Pepsi, DrPeppera, Mountain Dew i innych paskudztw...) oraz wysoko przetworzonych wynalazków, obowiązkowo dosładzanych syropem z kukurydzy (zapewne genetycznie modyfikowanej): ciasta z proszku, lody polewane syropami smakowymi, bita śmietana z tubki, najwymyślniejsze kombinacje składające się na chocolate chip cookies, i tak dalej, i tak dalej. Potem była praca w korporacji, w której dwa batoniki często zastępowały obiad albo wynagradzały kolejny wieczór przy klawiaturze.
Ponad dwa lata temu okazało się, że, aby wreszcie zlikwidować najprzeróżniejsze dolegliwości, dobrze by było, gdybym na kilka tygodni (6 czy 8) odstawiła wszelki krowi nabiał, wszystko co zawiera gluten (pszenica, żyto, owies, jęczmień, orkisz), drożdże i, co najważniejsze, cukier w każdej postaci (łącznie z miodem, syropem klonowym i słodkimi owocami).
Wiecie, czego brakowało mi najbardziej? Co śniło mi się po nocach? Nie biały twarożek ze szczypiorkiem i rzodkiewką. Nie jeszcze ciepła, chrupiąca bułka ze świeżym masłem i pomidorem. Nie pizza, nie "normalny" makaron.
Słodycze. Pod powiekami przewijał się film z Nutellą, z ciastem drożdżowym mojej babci, z miodem, z czekoladą z orzechami. W biurowej kuchni ktoś wystawił ciasta z okazji imienin - zapach czułam z drugiego końca piętra. To trwało jakieś 2 czy 3 tygodnie i dało mi pojęcie o tym, jak straszliwie uzależniającą moc mają drobne, białe kryształki.
Zresztą poczytajcie:
Artykuł
Po zakończeniu diety jadałam słodycze sporadycznie - dobre ciasto, lody w lecie, jakiś inny smaczny deser. Skończyło się na zawsze kupowanie batoników w kiosku na parterze albo ulubionych ciasteczek do pojadania przy komputerze w wyjątkowo szary i paskudny dzień.
Ileś miesięcy temu nabrałam jednak niezbyt dobrego nawyku - jak tylko Ironman padał na popołudniową drzemkę, robiłam sobie filiżankę espresso i brałam do niej coś słodkiego. Tak było w zasadzie codziennie.
I znowu zaczęłam gorzej się czuć.
Najpierw odstawiłam popołudniowe espresso, choć kosztowało mnie to bardzo dużo trudu. Kupiłam puszkę kawy zbożowej i, kiedy tylko przychodziła melodia na un cafe', zaparzałam filiżankę zbożówki. Albo dwie. Wyczytałam później, że kawa zbożowa jest bardzo zdrowa i, w przeciwieństwie do "normalnej", nie zakwasza organizmu ani nie wypłukuje z niego minerałów (m.in. magnezu).
Następne w kolejce były słodycze. Niby nadal nie jadłam ich wiele - tarta na spodzie z mąki razowej, kawałek czekolady - ale, w zasadzie, codziennie. Wprowadziłam zasadę dla samej siebie: ciasto lub deser "z okazji" (np. jakieś urodziny, imieniny, spotkanie przy kawie z koleżankami) - ok. Nie ma co się umartwiać, jednak w domu podjadania słodkości nie będzie.
Tym razem odzwyczajanie się idzie mi znacznie łatwiej niż dwa lata temu. Kiedy napada mnie chęć na coś słodkiego, zjadam 2-3 suszone morele lub suszone śliwki albo garstkę rodzynek czy orzechów nerkowca. Dobrym zamiennikiem są też Batony z Kota Jurka (zawierają tylko 3 łyżki syropu klonowego). Jednak hitem okazały się naleśniki, choć, jak to przy naleśnikach - jest trochę zabawy ze smażeniem. Mimo to, bardzo zachęcam do wypróbowania. Na zachętę dodam, że sprawdziły się znakomicie jako paliwo przed dzisiejszym treningiem biegowym (zjadłam dwa). Jeśli zrobicie ich za dużo, można je trzymać parę dni w lodówce pod przykryciem, żeby nie wyschły. Przepis na ciasto naleśnikowe pochodzi z jednej z moich najulubieńszych książek kucharskich "Alchemia pożywienia" Bożeny Żak - Cyran, a kombinacja masła orzechowego z musem jabłkowym spłynęła na mnie w formie natchnienia.
Słodkie naleśniki bez cukru
Ciasto naleśnikowe:
1 szklanka mąki z amarantusa
1 szklanka mąki orkiszowej (używam chlebowej typ 750)
2 jajka
2 łyżki oliwy
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 szklanka wody gazowanej
1/2 łyżeczki soli
odrobina oleju do smażenia (używam Kujawskiego albo rzepakowego, przeznaczonego do smażenia)
Nadzienie:
4-5 jabłek (polecam antonówki)
2 płaskie łyżeczki cynamonu
kilka łyżek wody
masło orzechowe (warto czytać etykiety - nie raz i nie dwa o mało nie nakryłam się nogami, kiedy zobaczyłam, co może zawierać wyrób mający napis "masło orzechowe" - dobre masło orzechowe powinno mieć w składzie tylko orzechy, które są wystarczająco tłuste i nie potrzebują dodatków typu "roślinny olej utwardzany" zawierający bardzo niezdrowe tłuszcze trans)
Wszystkie składniki wymieszać ręcznie albo mikserem. Ciasto powinno mieć konsystencję gęstej śmietany. Zostawić na kilka minut, żeby "odpoczęło".
Jabłka umyć, obrać, pokroić na ćwiartki i usunąć nasiona. Pokroić z grubsza na mniejsze kawałki i wrzucić do garnka, zalewając kilkoma (5-6) łyżkami wody. Dusić pod przykryciem. Doprawić cynamonem i wymieszać. Powinna wyjść z nich w miarę jednolita ciapa, jednak niektóre gatunki jabłek mogą nie rozpaść się do końca.
Na patelnię wlać dosłownie łyżeczkę oleju do smażenia - będzie potrzebny tylko na początku - i rozsmarować pędzelkiem po całej powierzchni (albo końcem ręcznika papierowego, jeśli nie macie pędzelka). Rozgrzać patelnię i wlewać ciasto, rozprowadzając je łyżką. Z podanych proporcji wychodzi około 25-27 niewielkich naleśników. Są one nieco grubsze niż naleśniki z białej mąki pszennej.
Naleśniki smarować cienką warstwą masła orzechowego, nakładać nadzienie z jabłek i zwijać w ruloniki. Gotowe! Polecam również na zimno, jako przekąskę do pracy, przed treningiem, po treningu.
A Wy lubicie słodycze? Słodzicie kawę albo herbatę? Pijecie słodkie napoje?
PS. Przebiegłam dziś pierwsze 10 km od pamiętnego czerwca!
14 komentarzy:
Haniu super wpis! Ja słodkich napojów nie piję, ciastek kupnych, batoników i innych śmieci nie jadam, ale jestem totalnie uzależniona od czekolady, domowego biszkoptu i ciasta drożdżowego. I niestety taka ochota na słodycze nachodzi mnie falami - potrafię wtedy zjeść całą tabliczkę gorzkiej czeko z orzechami. Nie mam silnej woli nie umiem z tym walczyć.
Cieszę się że wróciłaś do biegania!
Tylko uważaj na siebie ;)
Słodycze są mi obojętne - zjem ze smakiem, ale nie pożądam. Natomiast odkąd zacząłem biegać piję codziennie puszkę coli i jem jakiś baton czekoladowy (Mars, Snickers...) Organizm się domaga :)
Prawdziwa spowiedź słodyczoholiczki :-)
Ja mam niestety wielką słabość do słodyczy. Mocno się staram, by jeść ich rozsądne ilości, i by to nie był batonik z nadzieniem chemicznym, a jakiś dobry deser. Ostatnio trochę nauczyłam się piec ciasta, co nie ułatwia sprawy... Generalnie nie kupuję żadnych słodyczy, ale kiedy od kogoś dostaję czekoladki, nie leżą w szafce zbyt długo...
A pomysł połączenia jabłek z masłem orzechowym wydaje mi się świetny, chętnie wypróbuję :-)
Ach i te orzechowe makaroniki z Hortexu... Smak dzieciństwa!
Rodzynki w czekoladzie Milki - moja miłość. Jedna z tysiąca, jeśli chodzi o słodycze. Uwielbiam, nie rzucam. Gratulacje pierwszej poczerwcowej dyszki! Super!
O słodyczach, a właściwie o mojej walce z nimi, to mogłabym całą epopeję napisać. Wymyślam różne sposoby na rzucenie tego słodkiego nałogu i nic. Mój rekord bez słodyczy to 6 miesięcy.
Uwielbiam słodycze, ale nie czuję potrzeby uwalniania się od nałogu. Po prostu te "mniej zdrowe" wyrzuciłem z diety. Poza skrajnymi przypadkami nie jem żadnych pączków smażonych w tłuszczu czy deserów z tłuszczami trans. Ciasta ok, najchętniej domowe - szarlotka, sernik, ciastko z wiśnią. I gorzka czekolada.
Staram się, żeby słodycze były dodatkiem, a nie podstawą :)
Słodzonych napojów typu cola i inne nie piję. Wolę kompocik z jabłuszek:)Słodycze sporadycznie, bo jakoś mnie nie ciągną, ale dobrego ciasta domowej roboty nigdy nie odmówię;)Kawę uwielbiam i chyba każdy musi mieć coś niezdrowego he,he...
Herbatę piję zieloną i nie słodzę:)kawy również, ale miód mam zawsze pod ręką:)
Aha, przyznaję się bez bicia;( z napojów nic tak nie ugasi mojego pragnienia po bieganiu jak szklaneczka "złocistego" izotonika;)
Bardzo fajny wpis! To i ja dorzucę swoje - też włączyłam ostatnio do menu zbożówkę - trzeba przyznać że nasza polska Inka z magnezem jest świetna! Co do słodyczy - oj, lubię bardzo, ale staram się kontrolować. Zasada nr 1 jem je rano - nigdy wieczorem. Też nie tykam batonów typu Mars, itd. jeśli już to czekoladę, raczej gorzką, własne ciasta (ostatnio jabłkowo-marchewkowy keks z orzechami) no i batony-muesli niestety przepadam za granolą, ale jest zgubna więc muszę ją ograniczać). Też w chwilach despery sięgam po rodzynki, żurawinę i pestki słonecznika.
10 km, brawo i tak trzymać!:)
Kawa zbożowa to jest to! Zgadzam się w stu procentach. Jest jeszcze opcja z dodatkowym błonnikiem jednej z firm, ale jeszcze nie wypróbowałam. Choć od jednej (syfiastej) rozpuszczalnej dziennie jeszcze się nie odzwyczaiłam...
@ePolka, te napady nie są mi obce! Obiecuję uważać na siebie :)
@Paweł, a cola i Mars to nie słodycze? :) Pozdrawiam!
@Emilia, orzechowe makaroniki były naprawdę pyszne. Nigdy już nie znalazłam nic choćby zbliżonego do nich w smaku.
@Bo, dziękuję za gratulacje :) Cieszę się, że jakoś wszystko powoli wraca do biegowej "normalności" ;)
@Ultrasetka, 6 miesięcy?? Nieźle!
@Adam, no i fajnie. Ja muszę zrezygnować z regularnego jedzenia słodyczy, bo, tak jak napisałam, źle się po nich czuję.
@Tete, też wolę domowy kompot od słodzonej chemii :)
@Ava, nie piłam jeszcze Inki z magnezem i chyba czas spróbować!
@Krasus, :)
@Kasia, ja też piję jedną "normalną" dziennie - rano obowiązkowe espresso z mlekiem sojowym. Nie potrafię sobie odmówić tej przyjemności :)
Orzechowe makaronuki Hortexu to była miłość mojego dzieciństwa!!! Jakie to wspaniałe, że jeszcze ktoś je pamięta. To był smak szczęścia totalnego:)
Pozdrawiam Cię serdecznie.
Katarzynko, chętnie bym je jeszcze kiedyś zjadła! Pozdrawiam :)
Prześlij komentarz