Znów nie nadążam za czasem, choć miniony tydzień sportowy miał aż 8 dni. A to dlatego, że w ubiegłą niedzielę, zainspirowana kibicowaniem i sportową atmosferą Biegu Niepodległości, wieczorem zerwałam się z kanapy, wskoczyłam w biegowe ciuchy i pobiegłam. Robiąc tym samym trening z nowego tygodnia planowego: 2 x 15 minut biegu z 3-minutową przerwą. Było ciemno, trochę wietrznie, ale bardzo, bardzo fajnie.
W poniedziałek poszłam na CrossFit, obiecując sobie, że tym razem nic nie złamię. Słowa dotrzymałam, tylko coś sobie paskudnie naciągnęłam w już i tak bolącym prawym barku i szyi. Doprawiłam je ćwiczeniami ogólnorozwojowymi pomieszanymi z bieganiem podczas środowego clubbingu. To znaczy - nie zrozumcie mnie źle - ćwiczenia były super i w ogóle, tylko ja powinnam była raczej sobie spokojnie truchtać, a nie robić wygibasy.
Czwartkowe 500 km za kółkiem niespecjalnie pomogło.
W piątek znęcał się nade mną Cudotwórca, bo z bólu już prawie nie mogłam spać. Tzn. i tak od miesiąca niewiele śpię, bo Ironman koncertuje po nocach, względnie ćwiczy stepowanie na moich nerkach albo podawanie z główki (strzał dziecięcym czółkiem w szczękę o 2 w nocy - niezapomniane przeżycia). Te bóle barkowo-szyjne to jeszcze pokłosie złamania (tak, tak, choć dziś już 5-miesięcznica). Zostałam bardzo gorliwie zachęcona do powrotu na jogę.
No to w sobotę ubrałam się sportowo, wygrzebałam z szafy matę i poszłam do najbliższej szkoły jogi. Wybrałam grupę przejściową, czyli początkująco - ogólną, co okazało się trafnym strzałem. Spędziłam ogromnie przyjemne 1,5 godziny z asanami relaksacyjnymi, rozciągającymi i stabilizacyjnymi. Jeszcze tylko wrócę do grupy początkującej na powtórkę ze świecy, bo zapomniałam, jak ją się robi bez ryzyka złamania karku albo rymnięcia centralnie na kość ogonową.
Kolejna niedziela i znów wycieczka do Lasu Kabackiego. Mąż ma roztrenowanie, więc w jego ramach truchtał u mego boku, pchając wózek z Ironmanem. Który nieco odwykł od wózkowych wycieczek biegowych i miejscami marudził. Mąż mu śpiewał, ja zagadywałam: "A jak robi piesek?" "A jak robi kotek?" (chodzi o wydawanie odgłosów, które, w wydaniu Ironmana, i tak najczęściej brzmią "hau hau"). Biegałam sobie 8-minutówki z 1-minutowymi przerwami, na koniec dokładając 5 x 100 metrów z 300-metrową przerwą. Trochę się zmęczyłam tymi 100-metrówkami - kondycja jeszcze ciągle taka sobie, ale powolutku wszystko chyba idzie ku lepszemu.
Obiecywałam wiele razy przepisy, więc dziś pierwszy - curry wegańskie a la mąż. Historia tego dania jest taka: we Wszystkich Świętych wróciliśmy strasznie głodni z wizyt na cmentarzach. Chcieliśmy zrobić coś bardzo szybko i żeby to nie był makaron, ale też coś ciepłego. Mąż zaczął kombinować w stronę czegoś a la curry - sprzęgliśmy pomysły i - voila'! Nie podaję proporcji, bo robiliśmy do tej pory to danie "na oko". Potrzebujemy: cebulę, czosnek, świeży imbir, ugotowaną fasolę adzuki (zawsze gotuję więcej do Batonów z Kota Jurka, ale może być też np. ugotowana ciecierzyca), mleko kokosowe, mieszankę curry (mam słoiczek ostrej mieszanki Curry Madras), brązowy ryż i warzywa (raz robiliśmy z brokułami, innym razem z dynią) oraz kawałek tofu (1/3 - 1/4 kostki). Cebulę kroimy w piórka, czosnek i imbir drobno siekamy i wrzucamy na 1-2 łyżki rozgrzanego oleju, smażymy chwilę i wrzucamy parę łyżeczek curry. Dodajemy fasolę, różyczki brokułów albo pokrojoną w drobną kostkę dynię (jedno i drugie surowe!) oraz pokrojone w kostkę tofu. Mieszamy, smażymy, podlewamy odrobiną wody i dodajemy mleko kokosowe. Wszystko dusimy pod przykryciem do takiej miękkości jaka nam pasuje (ja np. wolę nieco bardziej chrupkie brokuły, a dobrze ugotowaną dynię) i mieszamy z ugotowanym brązowym ryżem. Można trochę posolić. Robi się szybko, można zużyć resztki z robienia batonów (fasola i mleko kokosowe), rozgrzewające i pożywne. Można kombinować z różnymi innymi przyprawami, np. następnym razem sypnę trochę zmielonego kuminu i kolendry (nie zielonego świństwa, tylko tej w ziarenkach) i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Smacznego!
Następnym razem będzie indyk w warzywach, a na razie - dobranoc i miłego tygodnia!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
Uwielbiam takie inspirowane zawartością lodówki dania, z reguły są świetne. Chętnie wypróbuję.
No teraz po przerwie i powrocie do treningów to już możesz co najwyżej życiówki łamać :-)
z niecierpliwością czekam na indyka;)Kurcze Ironman się robi niebezpieczny;)Pozdrówka dla całej Rodzinki:)
@Emilia, to daj znać, czy smakowało :)
@Tete, chłopak ma krzepę ;) Pozdrawiam!
Takie gotowanie z tego, co akurat jest w lodówce i wedlug własnych proporcji to moje ulubione. Kolejny Twój przepis wypróbuję na pewno
Teraz już po zaliczeniu pierwszego cross-fitu mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć że można go podciągnąć pod sporty wysokiego ryzyka ;-) nie wiem czy faktycznie wskazane dla rekonwalescentów, aczkolwiek jak nie walczysz o pudło dla teamu tylko o to, żeby wyjść bez kontuzji to w sumie można przeżyć. :) Ciekawe jak ta Marzena i jej kolano.
Fajnie że ciągle pogoda dobra do biegania po lesie (czyt. nie leje, tfu tfu ;)
@Ultrasetka, miło mi :)
@Ava, prawda? Narty, windsurfing czy kite to przy tym pestka!
Prześlij komentarz