Biegowy światek obiegła decyzja burmistrza Nowego Jorku, Michaela Bloomberga, o odwołaniu tegorocznej edycji NYC Marthon. Jedni burzą się, że tak późno, co oznacza stratę kosztów podróży i pobytu dla tych, którzy już do Nowego Jorku przyjechali, inni z decyzją burmistrza się zgadzają.
Co ja sądzę?
Z tego, co czytałam, decyzja zapadła późno, ponieważ burmistrz nie chciał odwoływania maratonu. Jest on dorocznym świętem miasta, i, przede wszystkim, znakomitą okazją, aby przez kilka dni rosły zyski lokalnych przedsiębiorców, a sponsorzy zacierali ręce w oczekiwaniu na owoce reklamy. Tymczasem na początku mijającego tygodnia huragan Sandy pierdyknął we Wschodnie Wybrzeże, pozbawiając wielu ludzi dobytku całego życia, odcinając prąd i siejąc spustoszenie, zabijając kilkadziesiąt osób (41 tylko 2 Nowym Jorku).
Na samej Staten Island, wyspie, z której co roku startuje maraton i która została najmocniej zniszczona przez huragan, do tej pory nie ma prądu, temperatura na zewnątrz spada, włamywacze wchodzą do domów i sklepów i wynoszą co się da. Ludzie nie mają gdzie spać, wielu nie jadło ciepłego posiłku od kilku dni, żyją w ciemności, bez ogrzewania, często bez bieżącej wody. Czy w takich warunkach wypada rozkładać miasteczko maratońskie i ustawiać się na linii startu?
Nowojorska opinia publiczna stwierdziła, że nie, nie wypada. Wypada zakasać rękawy i pomóc tym, którzy ucierpieli, zająć się usuwaniem gruzów, organizowaniem normalnego życia. Burmistrz ugiął się pod naciskiem swoich wyborców i imprezę odwołał.
Rozumiem, że można być wściekłym, bo np. planowało się start w Nowym Jorku od lat, zbierało na niego pieniądze, traktowało jako przygodę życia. Jednak, nie jestem przekonana, czy można porównywać tę przyczynę wściekłości, rozczarowania, z tym, przez co przechodzą ludzie, którzy utracili bliskich, domy, albo po prostu od kilku dni egzystują w ciężkich warunkach.
Wklejam link do artykułu z CNN.com, gdyby ktoś miał ochotę na lekturę, zdjęcia i reportaże.
Wracając do Warszawy:
Kolejna wiadomość, która w tym tygodniu była tematem biegowych rozmów - podobno firma Orlen planuje organizację maratonu w... Warszawie. Miałby on się odbyć 21 kwietnia 2013 roku.
Dwa maratony w jednym mieście?
Mam mieszane uczucia - z jednej strony, biorąc pod uwagę nieprawdopodobny wzrost ilości biegaczy i prędko wyczerpujące się miejsca na listach różnych biegów, być może jest to dobry pomysł i okazja do przyciągnięcia biegających turystów aż dwa razy w roku. Z drugiej strony, czy nie lepiej byłoby mieć jeden, duży, liczący się w Europie maraton raz w roku, zamiast dwóch mniejszych?
Hm... Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej nic nie wiem.
I wiadomość najzupełniej lokalna: chyba przyszedł czas, żebym wzięła rozwód z dotychczasową pieczarkarnią, do której chodzę już szósty rok. Niby nie jest to jeszcze "seventh year itch", ale czasem rzeczy nabierają rozpędu i, choć nie jestem zwolenniczką teatralnych gestów, powodują, że mam ochotę głośno trzepnąć drzwiami. Na razie szukam w miarę bliskiej i sensownej alternatywy.
O innych sprawach: moich wyczynach sportowych, Achillesie, batonach Scotta Jurka itp. będzie w następnym odcinku. Mam nadzieję, że pisanym już z mojego własnego komputera, który od wtorkowego poranka leży w ekspresowej naprawie. Po 5 latach nienagannej służby i jemu mogło się coś przytrafić.
Na poprawę nastroju - piosenka, która zawsze kojarzy mi się z Nowym Jorkiem.
Miłej reszty świątecznego weekendu!
6 komentarzy:
Co do NY - nie wiem, czy bym w takich okolicznościach chciał biec. Decyzja burmistrza była trudna, ale chyba jednak słuszna.
A czym sobie Twoja siłownia zasłużyła na koniec współpracy?
Adamie, zbierało się ziarnko do ziarnka, a na koniec wpadło zgniłe jajo :(
Drugi maraton w Warszawie, to moim skromnym zdaniem, poroniony pomysł. W moim odczuciu jest to działanie nastawione stricte na zarobek i reklamę marki Orlen, a nie rzecz prosportowa. Rozmienianie się na dobre, które poza Orlenem nikomu innemu raczej nie przyniesie wielkich korzyści.
Moim zdaniem coś w tej całej sprawie z drugim maratonem... śmierdzi. Mam odczucie, jakby firma na O. chciała zrobić komuś na złość. Jeśli tek bardzo chcą mieć swój maraton tytularny, czemu nie zorganizują go np. w Płocki, albo na tzw. ścianie wschodniej, gdzie akurat wielkich imprez biegowych jak na lekarstwo?
A co do Pieczarkarni, jako prosty lud domagamy się pikantnych szczegółów ;-( A tak poważniej, jeśli chodzi o trening siłowy, mam naturalną niechęć do miejsc dostępnych publicznie. Dlatego trening siłowy organizuję sobie w domu. Inna rzecz jest taka, że mam ku temu prawie idealne warunki...
@Marcin, szkoda, że nie będzie jednej, wielkiej imprezy, takiej jak, nota bene, BMW Berlin Marathon, ING New York Marathon (w tym roku, wyjątkowo, zasponsorowany przez huragan Sandy), Flora London Marathon. No ale zobaczymy, czy ten orlenowy maraton w ogóle się odbędzie, a, jeśli tak, jak będzie wyglądał.
@DrProctor, ciekawość to pierwszy stopień do piekła :) Niestety, mnie jest trudno zmotywować się do regularnych ćwiczeń w domu, a jak już wiem, że mam opiekę dla Ironmana i wolny grafik, biorę torbę i idę do pieczarkarni. Poza tym nie mam już miejsca na trzymanie kolejnego zestawu sprzętu sportowego ;)
Choinka, gdyby nie komentarze, nie wiedziałbym co to jest pieczarkarnia! Skąd to określenie?:)
Co do Orlen Maratonu to też jestem na nie. Londyn, Berlin, NY - mają po jednym dużym maratonie, po co Wawie dwa? Albo niech zrobią np. w Lublinie, albo dołączą się w jakiś sposób do Fundacji MW. Nie ma co kombinować.
Prześlij komentarz