Biegowy kolega tak usłyszał, gdy poczęstowałam go batonem Scotta J. i zapytał, co to za ciasto. Bo wczoraj upiekłam całą blachę batonów dla Obozybiegowe.pl, na nasze dzisiejsze spotkanie, połączone z oglądaniem "Town of runners". Całego, niestety, nie obejrzeliśmy, bo Ironman interesował się filmem do momentu, kiedy często pojawiały się w nim krowy i konie, a potem znudzili go biegający oraz gadający ludzie i trzeba było wracać do domu.
Dziś nie biegłam w Biegu Niepodległości, za to kibicowaliśmy gorąco z Ironmanem. Mąż wybiegał życiówkę, z której jest zadowolony i niezadowolony (brawo!), widziałam finiszującego Mariusza Giżyńskiego (niestety w trakcie finiszu elity Ironman wdepnął w gigantyczne psie gówno i musiałam zająć się czyszczeniem jego bucika przy pomocy mokrych chusteczek, walcząc jednocześnie z proporcjonalnie gigantycznym pawiem), z ekipy Blogaczy zauważyłam tylko Leszka., mężowi gdzieś mignęła Ava Na pierwszym kilometrze zdumiał mnie widok kilku osób, o których wiem, że biegają na 45-50 minut, a dziś ambitnie walczyły z tymi na 35-40. Ech...
No ale w ogóle kibicowanie było fantastyczną zabawą, nawet jeśli przed startem zakręciło się parę łezek, że znów stoję przy krawężniku. Ech, odbiję sobie wiosną!
Tak a propos - na razie (odpukać 3 razy w niemalowane!!) Achilles naprawdę dał sobie siana i nie boli nic a nic, a w dodatku mam plan na najbliższe 4 tygodnie i wynika z niego, że w czwartym tygodniu będę robiła biegi ciągłe. BEZ MASZEROWANIA, że tak sobie zacapslockuję.
W mijającym tygodniu byłam tylko na 2 treningach i już prawie rozwiodłam się z pieczarkarnią (wyjaśnienie dla Krasusa: pieczarkarnia, bo w sezonie laszczenia przedwiosennego jest w niej tyle ludzi, że wyglądają jak pieczarki - łepek przy łepku). W środę - clubbing i 6-minutówki, przeplatane minutowym marszem, a na koniec 4 x 60 m przyspieszeń (biegałam je po 13-14 sekund) z 300-metrowymi przerwami w truchcie. Przy okazji pobiłam rekord dystansu od 17 czerwca, tzn. przebiegłam 8,4 km! A Achilles nic a nic.
Na drugi trening wyszłam wczoraj, o 9 wieczorem. Tym razem biegałam 7-minutówki z minutowymi przerwami i 5 x 60 m przyspieszeń z 200-metrowymi przerwami plus niecałe 5 minut schłodzenia. W sumie 7 km, podczas których po raz kolejny przekonałam się, ze na niezbyt wesołe myśli najlepiej pomaga przewietrzenie głowy. Nie wiem, czy kiedykolwiek zamienię swoją biegową terapio-medytację na douszną muzykę albo audio-książki. Próbowałam - nie raz - to nie dla mnie.
Skoro o książkach w ogóle mowa, skończyłam czytać Scotta Jurka i cieszę się, że ta książka w ogóle powstała, że trafiła na nasz rynek, że ją przeczytałam. Wyczerpującą recenzję napisał już Dr Proctor, więc sama chciałabym wspomnieć tylko o tym, co mnie w tej książce urzekło:
Po pierwsze - choć sama nie jestem wegetarianką ani weganką - podoba mi się, że na polskim rynku znalazła się książka, napisana przez jednego z najlepszych ultramaratończyków na świecie, który od lat jest weganinem i osiągał znakomite wyniki żywiąc się wyłącznie produktami roślinnymi. Ile razy otwieram gazetę biegową z opisem optymalnej diety dla biegaczy i widzę znów makaron, pierś z kurczaka, łososia, wołowinę, jogurt i, ufff, sałatkę, kręcę głową z niedowierzania. Naprawdę? Tylko tyle? Poza tym zawsze znajdą się obrońcy grochówki z boczkiem czy kiełbasą oraz pączka, jako najlepszego posiłku regeneracyjnego, jaki może zapewnić organizator w ramach wpisowego. To ja dziękuję, bo połączenie warzyw strączkowych i mięsa jest wybitnie ciężkostrawne (ja po nim prawie nie żyję), a jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę zawartość tłuszczu w zupie oraz pączku (plus biały cukier), naprawdę zadowolę się przywiezioną z domu herbatą z termosu, owocem i kanapką, a obiad zrobię sobie w domu.
No więc, konkludując przydługi wywód (dziękuję za cierpliwość), fajnie, że ktoś napisał książkę, w której potwierdził, że rośliny nie zabijają, a weganizm to nie, excusez le mot, wpieprzanie surowej trawy i zagryzanie jej gotowaną soją. Ponadto ten ktoś podał przepisy na wartościowe potrawy. Choć, muszę się czepnąć, że niektóre składniki są raczej ciężko dostępne w Polsce (a być może nawet w wielu krajach Europy) oraz zgodzę się z Dotą - też byłam zawiedziona, że przepisów nie było więcej.
Po drugie - z zaciekawieniem prześledziłam historię ambitnego chłopca znikąd, który, przezwyciężając wiele ograniczeń i trudności, wspiął się na szczyty świata biegowego. Nie tracąc przy tym miłości do biegania.
Po trzecie - wzruszyłam się do łez czytając historię o Scottowym zającowaniu (więcej nie napiszę, żeby nie psuć wrażeń tym, którzy książki nie czytali).
Po czwarte - fajnie, że znów ktoś pisze, że dobre bieganie, to nie samo bieganie, ale i ćwiczenia siłowe (Jurek szczególną uwagę zwraca na ćwiczenia core stability) oraz rozciąganie. A także odpowiednia dieta i równowaga psychiczna.
Wiem, że obiecałam wklepać dwa przepisy, ale kot Jurka stanął mi na przeszkodzie. Poza tym, może już w tym tygodniu mój komputer wróci z trzeciego serwisu i będę mogła rozwinąć znów blogowe skrzydła.
Na razie pozdrawiam niedzielnie, życzę Wam miłego tygodnia i lecę szykować ciuchy na jutrzejszy CrossFit. Ha!
niedziela, 11 listopada 2012
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
8 komentarzy:
Nowe źródło energii dla biegaczy "Batony z kota" - drżyjcie dachowce i wypieszczone persy ;-)
Trzeba przyznać że do kibicowania pogoda była dziś idealna, prawda. To już trzeci Bieg Niepodleglości ktory chociaż odbywa się w listopadzie to jednak co rok zaskakuje super pogodą. Ogromne gratulacje dla męża, a Ty Haniu będąc w "klubie" na wiosnę na pewno szybko odrobisz zaleglości!
Graty dla Twojej "gorszej"połowy;) Świetnie, że achilles sobie poszedł;)Przygody z czyszczeniem buta Ironmana nie zazdroszczę:( Brawa za kibicowanie i pozdrówka dla całej Rodzinki:)
haha, a ja byłam przekonana, że pieczarkarnia to stąd, że jest duszno i śmierdzi (przepraszam za kolokwializm, no ale naprawdę...) na siłowniach :D
gratuluję coraz dłuższych dystansów, no i wspaniale, że nie boli :))
Dzięki za kibicowanie. Opis psiej kupy nieźle realistyczny :))) Mam nadzieję że na wiosnę sobie odbijesz to przymusowe lenistwo z tego sezonu!
Na pewno na wiosnę odbijesz sobie cały długi okres powrotu do zdrowia.
Ja jeszcze nie czytałam i to kolejny blogowy wpis który utwierdza mnie, że powinnam :-)
@ itsfineirantoday - miałem podobne skojarzenia, takie tłumaczenie terminu nie przyszło mi do głowy, ale faktycznie, zjawisko tłumu wiosennego (i po-noworocznego) występuje :)
A co do mitów o wegetarianizmie / weganizmie to nie znają one granic,podobnie zresztą jest ze wszystkim co jest kapkę bardziej niespotykane.
W sumie Haniu na bardzo ciekawą rzecz zwróciłaś uwagę. Te wszystkie drożdżówki, pączki i kiełbaski po biegu - co to ma wspólnego z sensowną dietą sportowca? Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja je olewam i wolę pojechać do domu na własny obiad :-)
@Ewa, na batonach z kota pomknę po wór życiówek :)
@Tete, dziękuję i też pozdrawiam! A a propos czyszczenia buta: godzinę wcześniej się cieszyłam na widok pani sprzątającej po swoim psie ;)
@Itsfineirantoday, duszno jest, ale śmierdzi tylko w zakątku testosteronu, czyli tej części, w której są sztangi i hantle i duzi panowie w przepoconych koszulkach, mówiący dużo razy "k..wa" :)
@Leszek, ja też mam nadzieję:)
@Adam, oj, zgoda co do mitów!
@Emilia, gorąco polecam książkę! I też nie mam pojęcia, kto wprowadził trend na te wszystkie grochówki z wkładką, tłuste bigosy, pączki, kiełbasy na gorąco w ramach posiłku regeneracyjnego :( Przecież to ciężkie i jeszcze wrzucone na wytrzęsiony biegiem żołądek...
Prześlij komentarz